Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Dorota Bruk
Camino Primitivo - wspomnienia zapisane

5 maja


Wychodzimy w całkowitych ciemnościach, dopiero po dwóch godzinach marszu zaczyna świtać. Na szczęście od samego Grandas idzie z nami pies, czuję się przy nim bezpieczniej… Opieka świętego Jakuba jest niemal namacalna…

Jak na całej Drodze widoki przepiękne, uzmysławiają wielkość Boga, który stworzył to wszystko… Bądź wysławiony Boże w swoich dziełach!

Góra przed nami, jest ciężko, ale widoki, chociaż za mgłą rekompensują wszystko…

Zamieć śnieżna… grad… teraz chyba już nic mi nie straszne! Popołudniu pogoda się poprawia, mijają nas pozostali pielgrzymi z Grandas… Nie mam już siły iść…

Żegnamy się z Asturią i wchodzimy do Galicji. Widać wyraźne różnice między tymi regionami. W Galicji nie ma już tylu krów i koni, wsie i drogi są zaniedbane… Góry stają się zdecydowanie mniejsze… Zarówno krajobrazy jak i wsie przypominają Polskę…

W restauracji, do której weszłyśmy na herbatę, właściciel częstuje nas małym obiadkiem… Coś niesamowitego… Zaczynam odzyskiwać wiarę w ludzi… Jednak są jeszcze na świecie tacy, którzy potrafią bezinteresownie coś zrobić dla drugiego…

Kostka daje mi się mocno we znaki, a jakby tego było jeszcze mało – łapię dość solidną infekcję… Czuję się fatalnie, nie mam nawet siły myśleć… Ledwo dochodzę do Fonsagrady, prawie od razu idę spać… Już wiem, że nie dam rady iść dalej, jutro jadę autobusem do następnego albergue, a potem zobaczymy co dalej. Będzie mi towarzyszyć Hiszpan Alex, który też ma problemy z nogą.
Czuję się bardzo osamotniona, jedyna Polka, z którą zostałam cały czas ma do mnie o coś pretensje... Aż się boję do niej odzywać, bo wszystko jej we mnie przeszkadza... Czuję się fatalnie, na pewno mam gorączkę, a ona na dodatek uważa, że tylko udaję chorobę... Chce mi się płakać...

6 maja


Wraz z Alexem dojeżdżamy do Cadavo Baleira… Kolejny kochany Hiszpan… Choć ledwo się dogadujemy (Alex na dodatek ma specyficzny południowy akcent, przez który trudno mi go zrozumieć), to nawiązuje się nić sympatii. Camino same w sobie łączy ludzi, pomimo dzielących ich różnic…

Pierwsze kroki kierujemy do apteki, muszę się zaopatrzyć w leki na przeziębienie i maści na nogę… „Polskie” już zużyłam…

Zaraz po otwarciu albergue idę spać… Jestem bardzo osłabiona…

Kolejny Hiszpan – Francisco – i kolejne miłe zaskoczenie… życzliwość i troska aż bije od niego…

7 maja


Znowu jadę z Alexem, do Lugo. Noga już trochę odpoczęła, od jutra już na pewno idę. Zwiedzamy Lugo – niesamowite mury romańskie otaczają całe centrum - „La Muralla”…

Pierwszy drogowskaz na Santiago od razu dodaje mi sił i energii…

W barze w końcu próbuję hiszpańskiego specjału „churros con chocolate” – pycha!

Zaprzyjaźniam się z Francisciem, kochany chłopak, troszczy się, daje leki, opatruje moją nogę… Camino po raz kolejny pokazuje, że różnice dzielące ludzi są niczym… 

8 maja


Dopada mnie tęsknota za domem… Choć wokół tyle życzliwych ludzi to czuję się osamotniona… Zaczynałam Camino z pięcioma osobami z Polski, skończę je z kilkoma Hiszpanami… Cieszę się z ich obecności, tymbardziej, że okazują mi tak ogromną sympatię i życzliwość…

Z nogą już na tyle dobrze, że ze spokojem dorównuję kroku moim nowym przyjaciołom. Idę razem z Monicą i Francuzem Michelem. Po drodze łączymy się z Francisciem, Alexem i Javierem. Pogoda jak zwykle nie rozpieszcza, praktycznie cały czas idę w pelerynie. Już około południa docieramy do albergue w San Roman de Retorta. Niesamowite miejsce! Domek chyba sprzed 100 lat, zbudowany z kamieni, drewniany dach… Prawie jak chatka z bajki, gdyby nie całkowicie nowoczesna kuchnia i dobudowana łazienka… Połączenie w jednym budynku dwóch epok robi niesamowite wrażenie!

Robimy wspólnie obiad, zjadam kolejne hiszpańskie przysmaki!

9 maja


Droga do Melide. Czasem słońce, czasem deszcz, tak jak co dzień na moim Camino. Po drodze mijamy dwie tablice upamiętniające pielgrzymów zmarłych w drodze… Jakże wymowna metafora ludzkiego życia jako pielgrzymki nasuwa się od razu na myśl…

W tym dniu Camino Primitivo łączy się z Camino Frances. Od razu więcej pielgrzymów. Śpimy w prowizorycznie przygotowanych kontenerach, gdyż albergue jest remontowane.

Na kolację idę na pulpo – ośmiornicę… Choć miałam do niej uprzedzenia okazała się być naprawdę smaczna! 

10 maja


Dochodzimy do Arci. Trzymamy się cały czas razem – z Monicą, Amaią, Michelem, Francisciem, Alexem i Javierem. Jak to na trasie francuskiej, w albergue jest już dużo pielgrzymów, z różnych zakątków świata – Meksyku, Stanów, Korei… Poznany Koreańczyk – Kan Mun częstuje mnie specjałami swojej kuchni.

Już jutro Monte de Gozo i Santiago! Z jednej strony ta myśl napawa mnie radością, z drugiej jednak wiąże się z kolejnym rozstaniem ze wspaniałymi ludźmi…

Spis treści