Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Dorota Bruk
Camino Primitivo - wspomnienia zapisane

11 maja


Dziś wielki dzień, dochodzimy do celu naszej wędrówki – Santiago! Około południa docieramy do Monte de Gozo. Znajduję nocleg dla siebie i moich towarzyszy u ojca Romana. Jakże dziwne uczucie po tylu dniach usłyszeć język polski z ust innego człowieka! Zostawiamy bagaże i ruszamy do Santiago. Łzy wzruszenia po wejściu na Plaza de Obradoiro… Świadomość, że oto osiągnęliśmy cel, do którego szliśmy tyle dni, dla którego pokonywaliśmy swoje słabości, walczyliśmy z przeciwnościami napawa nas radością i pewną dumą, ale z drugiej strony pojawia się smutek, że oto nadszedł koniec tego wszystkiego… Zakończył się ten etap w naszym życiu, już dalej nie pójdziemy razem, nie będziemy się wspierać w drodze, nie będzie już wspólnych rozmów i posiłków… Ale zarazem zaczyna się nowy rozdział w naszym życiu, jesteśmy bogatsi nowe doświadczenia, przemienieni przez Drogę… Może trudno wskazać jakieś konkretne zmiany w naszym życiu, w nas samych, ale każdy z nas instynktownie czuje, że nie jesteśmy już tacy sami jak jeszcze kilkanaście dni temu…

Droga do Santiago jak i samo wejście do Katedry było dla mnie całkiem odmienne od pielgrzymek, do jakich jestem przyzwyczajona, jak choćby na Jasną Górę. Oczywiście, że różnice muszą być, choćby ze względu na to, że tutaj jest to pielgrzymka indywidualna, więc można samemu decydować niemalże o wszystkim, nie trzeba się do nikogo dostosowywać. Ja przeżywałam to inaczej także ze względu na to, że szłam z ludźmi, którym obce są zorganizowane pielgrzymki, więc nie mieli się oni na czym wzorować. Dzień zaczynał się od wyjścia na drogę, co oczywiste, ale tak naprawdę pierwszym punktem było śniadanie w barze. Szliśmy szybkim krokiem, nie robiliśmy żadnych postojów przez wiele kilometrów. Zatrzymywaliśmy się jedynie w barach by napić się cafe con leche, posilić się oraz podbić Credenciale. Jeśli na trasie nie było barów wówczas w ogóle nie robiliśmy postojów.

Samo wejście na Plaza de Obradoiro każdy przeżywa inaczej, na swój sposób. Mi było dane zobaczyć, jak przezywają to ludzie, którzy nie znają tak uroczystych wejść do celu pielgrzymowania jakie są u nas. Moi towarzysze byli bardzo szczęśliwi, głośno się śmiali, ściskali, gratulowali sobie nawzajem osiągnięcia celu. Było jednak również widać wzruszenie w ich oczach, a nawet łzy szczęścia… W Polsce wejściu na Jasną Górę czy inne miejsce kultu towarzyszy podniosła atmosfera, pielgrzymi są uroczyście witani, panuje ogólne poruszenie… Tam byliśmy tylko jednymi z wielu docierających do świętego Jakuba, więc i nasze emocje były bardziej szczere, osobiste…

Katedra w Santiago jest niesamowitą budowlą, cisną się na myśl pytania, w jaki sposób ludzie nie dysponujący dźwigami i inną nowoczesna technologią byli w stanie tyle wieków temu zbudować coś tak ogromnego i pięknego… W obliczu czegoś takiego człowiek ponownie nabiera pokory, czuje respekt wobec Boga… Bo w końcu to na Jego cześć zbudowano Katedrę, jeden z najznakomitszych zabytków architektury w tej części Europy.

Wnętrze uderza przepychem i bogactwem, a święty Jakub patrzący na nas jednocześnie jako pielgrzym jak i dostojnik siedzący na tronie uzmysławia nam, że pielgrzymowanie leży w naturze człowieka, że jako pielgrzymi na drogach życia jesteśmy równi, bez względu na to, jakie stanowiska zajmujemy.

Wieczorem zostajemy zaproszeni na obiad do ojca Romana. Teraz tylko spowiedź i już jestem gotowa na jutrzejszą mszę w Katedrze!;) 

12 maja


Ostatni wspólnie spędzony dzień… Msza, pożegnalny obiad i czas pożegnań… Będzie mi ich brakowało, pewnie już nigdy więcej się nie zobaczymy… Ale nigdy nich nie zapomnę, to z nimi spędziłam najpiękniejsze chwile swojego życia…

Wieczorem jadę z Amaią i jej mężem do Fisterry. Docieramy niestety już po zachodzie słońca, ale lekcja pokory, jaką odebrałam w ostatnich dniach przynosi owoce i bez żalu godzę się z tym, że nie zobaczę upragnionego zachodu słońca nad oceanem… znajduję nocleg w uroczym hoteliku z widokiem na port... Wraz z Amaią i jej mężem idziemy na kolację. Kolejne pożegnanie… Tym razem już ostatnie… 

13 maja


Z samego rana wyruszam na przylądek Finisterra, a więc na Koniec Świata… Nie załapałam się na zachód słońca, ale dane mi było zobaczyć wschód i uważam, że cieszę się chyba z tego bardziej niż cieszyłabym się z zachoduJ W obliczu oceanu okalającego z trzech stron skrawek ziemi ponownie daje się odczuć ogromną wielkość Boga…

Na usta same cisną się słowa piosenki „(…)Bo wielkiś Ty, wielkie dzieła czynisz dziś, nie dorówna Tobie nikt(…)”…

Widoki są po prostu przepiękne, zapierają dech w piersi… Po prostu raj na ziemi… niestety nie mogą długo napawać się tym krajobrazem, po południu wracam do Santiago i nocuję w Monte de Gozo. 

14 maja


Z samego rana jadę do Santiago, muszę wykorzystać ostatni dzień, bo wieczorem mam nocny pociąg do Madrytu. Idę na mszę, ostatni raz spoglądam na świętego Jakuba, podziwiam Botafumeiro…

Kupuję pamiątki dla siebie i bliskich, zajadam churros i żegnam się z tym niesamowitym miejscem… Mam nadzieje, że dane mi będzie jeszcze tu wrócić… 

15 maja


Z samego rana docieram do Madrytu, melduję się w hotelu i wyruszam na zwiedzanie miasta. Mam tylko kilka godzin, więc wybieram miejsca najsłynniejsze, a zarazem położone najbliżej – Plaza del Sol, Plaza Major, Palacio Real, Prado, Museum Thyssen – Bornemisza oraz Parque de Retiro… Już jutro powrót do Polski… Aż trudno uwierzyć, że te dwa tygodnie tak szybko minęły… Na szczęście pozostaje mi mnóstwo wspomnień, część też uwieczniona na zdjęciach… Będą mi pociechą przez długi czas… 

16 maja


Ostatnie chwile w Hiszpanii… za chwilę moje marzenia staną się już tylko wspomnieniem… To, co było moim udziałem zostanie na zawsze w mojej pamięci… Osoby, które poznałam na Camino maja swoje miejsce w moim sercu… Choć spędziliśmy razem zaledwie kilka dni stali się dla mnie niesamowicie bliscy… 

Na koniec...


Camino było dla mnie prawdziwą szkołą życia, te kilkanaście dni stanowiło swego rodzaju odzwierciedlenie całego życia, doświadczyłam na nim całej gamy emocji, od smutku, przez gniew i bunt aż do ogromnej radości. Sytuacje napotkane na drodze również były pewnym odniesieniem zdarzeń, jakie doświadczamy w codziennym życiu. Camino wiele mnie nauczyło, zwłaszcza pokory, miłości do drugiego, bezinteresowności… Dało mi ogromne pokłady energii, nadziei, wiary - nie tylko w Boga, ale i w siebie, w swoją wartość i możliwości…

Camino pozwoliło mi spotkać wspaniałych ludzi, których, choć pewnie już nigdy nie zobaczę, nigdy nie zapomnę… Każdy z osobna nauczył mnie czegoś innego, zapisał się na zawsze w moim sercu…

Camino naprawdę zmienia człowieka… Mam nadzieję, ze będę mogła kiedyś powrócić na Camino i przeżyć je jeszcze lepiej, doświadczyć kolejnych przemian, spotkać kolejnych wspaniałych ludzi…

 

Galeria


 Zapraszam również do obejrzenia moich zdjęć »

Spis treści