Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
CAMINO PORTUGALSKIE

Plan pielgrzymki


  1. Wylot z Gdańska do Porto via Londyn
  2. Porto
  3. Porto
  4. Porto – Vilar de Pinhero – Rates
  5. Rates – Barcelos
  6. Barcelos – Braga – Tamel
  7. Tamel – Ponte de Lima
  8. Ponte de Lima – Viana do Castello – Ponte de Lima
  9. Ponte de Lima – Rubiaes
  10. Rubiaes – Tui
  11. Tui – Porrino
  12. Porrino – Redondela
  13. Redondela – Pontevedra
  14. Pontevedra – Caldas de Reis
  15. Caldas de Reis – Herbon
  16. Herbon – Santiago de Compostela
  17. Santiago de Compostela
  18. Santiago de Compostela
  19. Santiago de Compostela – Finisterra

 

Dzień I – 7 października, czwartek


Październikowe Camino. Nigdy tak późno nie rozpoczynałam wędrówki.

Dzisiejszy dzień przeznaczyłyśmy na podróż. Z samego rana Krzysiu zawiózł mnie na lotnisko w Gdańsku. Pogoda była słoneczna, lecz rześka. Zaledwie +3 stopnie Celsjusza. Danusia czekała na mnie przy stanowisku odprawy. Szybko uporałyśmy się z bagażem i formalnościami. Jeszcze zdążyłyśmy przed odlotem kupić gazety na drogę i wypić kawę.

Samolot wystartował o czasie, to jest o 9.50. Przelot do Londynu Stansted trwał ponad dwie godziny, ale przy zmianie strefy czasu dotarłyśmy tam o 11.00. Najpierw wędrowałyśmy długimi korytarzami, by dotrzeć do miejsca odbioru bagażu, a potem do ogólnodostępnej sali - poczekalni. Odlot do Porto był dopiero o 18.00, więc przyszło nam spędzić niemal cały dzień na lotnisku. Zjadłyśmy kanapki przygotowane w domu i zabrałyśmy się za lekturę polskich czasopism. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się przeczytać wszystkich artykułów z Polityki i News Week’a, po kolei, jak lecą. Trochę dłużyło nam się to czekanie. W końcu nadszedł czas odprawy bagażowej. Bez plecaków zyskałyśmy więcej swobody. Spacerowałyśmy w tę i nazad wewnątrz wielkiej hali. Lotnisko położone jest z dala od miasta, gdzieś w szczerym polu, więc nie za bardzo było dokąd pójść. Dość wcześnie zdecydowałyśmy się przejść na „drugą stronę”, czyli dokonać odprawy pasażerskiej. A tam kłębił się tłum ludzi zmierzających w różne strony świata! Miałyśmy jeszcze dość czasu, by zjeść obiadokolację, czyli bułki i wędzone udka z kurczaka, przezornie zabrane z domu. Kupiłyśmy w barze po szklance piwa i… ogarnęła mnie senność. Najchętniej oddałabym się popołudniowej drzemce. Na szczęście wkrótce poproszono nas na pokład. Podróż z Londynu do Porto wyjątkowo dłużyła się. Trzy godziny lotu to stanowczo za wiele. Samolot był duży, wypełniony do ostatniego miejsca i z kiepską wentylacją. Gorąco! Jedynym miłym akcentem na pokładzie była polska stewardessa, Bogumiła Carlos.

Porto wyłoniło się z chmur dość nagle. Rozległe miasto iskrzyło się w dole światłami. Przylecieliśmy nawet trochę przed czasem, bo o 21.00. Odebrałyśmy nasze charakterystyczne bagaże - mój plecak podróżował w niebieskim, foliowym worku - i bez pośpiechu udałyśmy się do stacji metra. Zanim kupiłyśmy bilety, pociąg, czy raczej pojazd przypominający tramwaj, właśnie odjechał. Następny miał być za pół godziny. Na dworze padało, lecz było ciepło. Ze stacji Aeroporto dojechałyśmy do Trindade i dalej, z przesiadką, do San Bento. Wyszłyśmy spod ziemi wprost na Stare Miasto, śliczne i spokojne o tej porze. Mimo, że była noc, zachwyciło nas i od razu podbiło nasze serca.

Jeszcze w Polsce zarezerwowałam miejsca noclegowe w hostelu Belo Horizonte. Znajdował się on w centrum starego Porto, przy Rua Sto Ildefonso.

Staruszek portier z uśmiechem dał nam klucz… do pokoju nr 8 na pięterku. Najpierw trzeba było wypełnić jakiś druczek i zapłacić pieniądze, w sumie 93 euro za trzy noce w dwuosobowym pokoju z małżeńskim :) łóżkiem. Warunki, jak to w hostelu, raczej skromne, chociaż trafił nam się pokój z łazienką i telewizorem. Danusia zagotowała wodę swoją przedpotopową, lecz jakże przydatną grzałką i zaparzyła herbatę, napój życia po trudach podróży. Wzięłyśmy jeszcze tylko prysznic i… dobranoc.

Dzień II – 8 października, piątek


Co zobaczyłyśmy w Porto?

  1. Kościół św. Ildefonsa
  2. Stare Miasto
  3. Zabytkową Halę Targową
  4. Cafe Majestic na Rue Catarina, gdzie wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy portugalskie ciastko
  5. Dworzec San Bento
  6. Katedrę i muzeum katedralne
  7. Kościół dos Clerigos
  8. Księgarnię Lello
  9. Kościół dos Congregados (Msza. św.)

Mieszkamy w samym sercu Starego Miasta. Wszędzie stąd blisko na piechotę. Jesteśmy zachwycone miastem.

Obudziłyśmy się dość późno. Dzień był pochmurny, w dodatku okno pokoju wychodziło na tak zwaną studnię, wąską dziurę – podwórko między kamienicami. Tutaj zamierzamy tylko nocować, więc widok nie miał dla nas znaczenia. Na śniadanie poszły wczorajsze kanapki i gorąca herbata.

Wychodząc z hoteliku, klucz zostawiłyśmy na portierni. Pan portier życzył nam miłego dnia. Dodał, że dziś jest bardzo zimno, bo tylko 19 st. C. Wybuchnęłam śmiechem. Wczoraj rano w Gdańsku było zaledwie 2 – 3 st. C. Tutaj to wręcz lato. Niestety, co chwilę napływały chmury, przynosząc z sobą deszcz. Nie przeszkadzało nam to w zwiedzaniu miasta. Zaczęłyśmy od najbliższego kościoła, św. Ildefonsa. Na wzgórzu, których w Porto wiele, stała świątynia o pięknej bryle, zdobiona charakterystycznymi, błękitnymi kaflami, zwanymi Azulejo. W Portugalii, na szczęście, kościoły są otwarte. Wnętrze okazało się niewiarygodnie piękne, stare i bogate. W pobliżu głównego ołtarza, w bocznej nawie stała figura… św. Jakuba! Dobry znak.

Obecną świątynię wybudowano w latach 1709 – 1739, na miejscu starej kaplicy pod wezwaniem św. Ildefonsa, która groziła zawaleniem. Prawdopodobnie wiele elementów wyposażenia pochodzi właśnie z tamtej kaplicy. Naszą uwagę zwróciły też zabytkowe i bardzo piękne drzwi prowadzące do świątyni.

Powędrowałyśmy wąskimi uliczkami Starego Miasta, gubiąc się w ich labiryncie. Kompletnie straciłam orientację, nie potrafiłam określić, gdzie się znajdujemy. Zatrzymałyśmy się obok budynku z szeroką, metalową, pięknie zdobioną bramą prowadzącą do… no właśnie, dokąd. Z ciekawości weszłyśmy do środka. Miałam wrażenie, że jest to jakaś ogromna klatka schodowa. Poszłyśmy schodami do góry i znalazłyśmy się na… targowisku. Pod nami, piętro niżej, był dziedziniec, na którym stały drewniane budki i stragany. Budynek, który otaczał ten dziedziniec miał wewnętrzne galeryjki, na których też znajdowały się stoiska. Na piętrze sprzedawano warzywa i owoce, na dole zaś mięso, wędliny domowej roboty, wielkie, świeże, dorodne ryby, kwiaty i różne bardziej lub mniej przydatne rzeczy. Kupiłyśmy dwa pomidory i dwa owoce przypominające duże śliwki. Targowisko mieściło się w zabytkowych murach. Na galeryjkach spotkałyśmy młodzież ze szkoły plastycznej, siedzącą w kucki i szkicującą elementy architektoniczne tej budowli. Wkoło rozbrzmiewał gwar, a z głośników płynęła folkowa muzyka.

Wędrując uliczkami Porto, znalazłyśmy się obok słynnej Cafe Majestic. Wprawdzie chciałyśmy tutaj trafić, ale stało się to tak niespodziewanie, że nie umiałyśmy ukryć zaskoczenia. Przed frontonem, na chodniku wyłożonym mozaiką z granitowej kostki stały eleganckie stoliki i krzesła. Dzisiaj nikt tu nie siedział, bo siąpił deszcz i robiło się coraz chłodniej. Weszłyśmy do środka i zaniemówiłyśmy z wrażenia. Wnętrze urządzone było w stylu kolonialnym. Na ścianach zamontowano wielkie, kryształowe lustra, u sufitu wisiały piękne żyrandole, całość zdobiły stiuki oraz rzeźbione w drewnie amorki, kolumienki i girlandy. Sala była wypełniona po brzegi. Przy stylowych, przepięknych stolikach, na równie pięknych krzesłach siedzieli turyści z różnych stron świata. Wypatrzyłam jeden wolny stolik tuż przy oknie. Zamówiłyśmy kawę i tradycyjne, portugalskie ciastka z kremem, znane jako pasteis de Belem. Na dworze rozpadał się deszcz. Danusia opowiadała mi o podobnych kafejkach, które miała okazję odwiedzić będąc w Brazylii. Nie chciało nam się wychodzić na mokre ulice Porto. Zamówiłyśmy kolejną kawę. Portugalia słynie z pysznej kawy i przeróżnych, fantastycznych słodkości. Gdy tylko przestało padać, udałyśmy się na stację kolejową San Bento.

Wybudowano ją w miejscu dawnego klasztoru benedyktynów i oddano do użytku w 1916 roku. Słynie z tego, że wewnętrzne ściany pokryte są wielką ilością malowanych kafli, które przedstawiają obrazy z historii Portugalii. Porto położone jest na skalistych wzgórzach, nad rzeką Douro. Pociągi odjeżdżające ze stacji giną po chwili w tunelach, biegnących pod miastem.

Z dworca wyszłyśmy na Rua de 31 de Janeiro. Stąd już było widać charakterystyczną sylwetkę katedry z dwiema prostokątnymi, szerokimi wieżami. Postanowiłyśmy tam zaopatrzyć się w paszporty pielgrzyma. Przydadzą się pojutrze na szlaku. Koszt jednego to 0,50 euro. Katedra okazała się godna obejrzenia. Znowu niebo zasnuło się chmurami i spadł ulewny deszcz. Schroniłyśmy się w muzeum katedralnym. Zwiedziłyśmy skarbiec, stare kaplice, średniowieczne rzeźby sakralne. Był tu także posąg św. Jakuba. Przedstawiony jako pielgrzym, ubrany w pątnicze szaty i kapelusz z muszlą „wędrował” boso, z kosturem i otwartą księgą. Powędrowałyśmy krużgankami na wewnętrzny dziedziniec. Woda z rzygaczy lała się na odpowiednio wyprofilowany bruk z otworami przyjmującymi jej nadmiar.

Z katedry poszłyśmy wąskimi uliczkami w kierunku rzeki. Na kamiennym murku otaczającym katedrę namalowano dwie strzałki; jedną żółtą, wskazującą drogę do Santiago, drugą niebieską, do Fatimy. Błądziłyśmy po zaułkach Porto, zaśmieconych, z rozpadającymi się budynkami, natykając się na grupki młodych ludzi snujących się uliczkami bez żadnego wyraźnego celu. Danusi nie spodobała się atmosfera panująca w tej części miasta. Zawróciłyśmy w stronę katedry i głównymi ulicami miasta dotarłyśmy do Dos Clerigos. Jest to piękny, barokowy kościół z wieżą widokową. Prawdopodobnie rozciąga się z niej widok na całe Porto. Niestety, ze względu na pogodę musiałyśmy zrezygnować z tej przyjemności. Usiadłyśmy więc w ławce, wewnątrz kościoła. Z głośników cichutko sączyła się muzyka sakralna. Świątynia była niezwykle przytulna, jasna i niewielka.

Deszcz nie dawał za wygraną. Mimo to, postanowiłyśmy realizować nasz program turystyczny. Udałyśmy się na ulicę Carmelitan, gdzie pod numerem 144 mieści się niezwykła księgarnia Lello. Cudna! Czasopismo de Guardian uznało ją za trzecią najpiękniejszą księgarnię na świecie. Piękniejsza jest tylko w Maastricht i Buenos Aires. Szczególnie wspaniałe są schody prowadzące na piętro; czerwone, bogato rzeźbione, w oryginalnym kształcie przypominającym mostki rozpięte nad wodą w romantycznych parkach. Pod ścianami stały wielkie, zdobione regały i szafy pełne książek zarówno starych, jak i nowych. Znalazłyśmy tu przewodnik po portugalskim Camino, ale za gruby i za ciężki do plecaka. Ciekawostką były także szyny w drewnianej podłodze, prowadzące od drzwi wejściowych na zaplecze księgarni. Stał na nich nieduży wagonik wyładowany książkami. Pewnie jakaś nowa dostawa.

Na dworze lunęło. Byłyśmy zmuszone pozostać w księgarni dłużej. Wcale nas to nie zmartwiło. Lubimy przebywać w pięknych miejscach. Gdy tylko przeszła najgorsza nawałnica, ruszyłyśmy w poszukiwaniu baru. Dochodziła 17.00, byłyśmy głodne i zmęczone. Pierwotnie miałyśmy plan, aby zjeść coś na nabrzeżu, na tak zwanej Ribeirze, w jednej z tych nastrojowych restauracyjek, ale przeszkodził nam deszcz. Pierwsza, napotkana knajpka była więc nasza. Zjadłam całkiem niezłą kolację, na którą składały się frytki, ryba, sałata i herbata. Wszystko za niecałe 7 euro. W strugach deszczu ruszyłyśmy w kierunku naszego hostelu. Woda lała się z nieba ciurkiem, płynęła w dół ulicami, tworząc „rzeki”. Czy tak będzie wyglądać nasze tegoroczne Camino? Przed wyjazdem spojrzałam na statystyki dotyczące pogody w Portugalii. W październiku gwałtownie wzrasta ilość deszczowych dni. Teraz mamy tego namacalny i przykry dowód. Po drodze mijałyśmy kolejny, piękny kościół dos Congregados. Zdecydowałyśmy się wejść do środka, żeby schronić się przed ulewą. Akurat zaczynała się Msza św. Przy ołtarzu stanął staruszek – ksiądz. Msza trwała zaledwie 20 minut i znowu wyszłyśmy na ulice zalane deszczem. Czułam jak moje grube dżinsy przemakają do suchej nitki, a rękawy kurtki lepią się do rąk. Dawno tak nie zmokłam. W końcu dobrnęłyśmy do hostelu. Natychmiast przebrałam się w suche rzeczy. Ale tu nic nie schnie! Wyprana wczoraj wieczorem bielizna wciąż była mokra. Ciekawe, co będzie rano ze spodniami i kurtką? Najwyżej założę na siebie mokre rzeczy. W hostelu nie ma ogrzewania, bo chyba ciągle jest wystarczająco ciepło na zewnątrz, ale jest duża wilgotność w powietrzu. Postanowiłyśmy wypić przed snem gorącą herbatę. Tak na rozgrzewkę.

Dzień III – 9 października, sobota


Co zobaczyłyśmy w Porto – c.d.

  1. Uliczki Porto
  2. Plac Liberdade z pomnikiem Pedro IV
  3. Kościół Santa Casa de Misericordia
  4. Plac Infante
  5. Ribeira – nabrzeże nad rzeką Douro
  6. Ujście rzeki Douro do oceanu (przejazd zabytkowym tramwajem nr 1)
  7. Kościół św. Franciszka (cudo!)
  8. Mosty Porto

Spałam snem sprawiedliwego, chociaż całą noc szalała burza, grzmiało i padał deszcz. Ranek też nie wróżył niczego dobrego. Nie chciało nam się wstawać z łóżka. Za oknem było ciemno i ponuro. W końcu wygrzebałyśmy się z pieleszy, wzięłyśmy prysznic i zrobiłyśmy sobie śniadanko; po dwie kromeczki chleba z pasztetem i pomidorek, do tego herbata. Gdy kończyłyśmy jeść śniadanie, uświadomiłyśmy sobie, że na dworze zrobiło się cicho. Wyjrzałam przez okno. Niebo było błękitne, bez chmurek. Po deszczu zostały tylko kałuże.

Szybko zebrałyśmy się i wyszłyśmy na miasto. Jakże inaczej wygląda Porto w słońcu, jest kolorowe i radosne. Minęłyśmy kościół św. Ildefonsa, potem dos Congregados i udałyśmy się w kierunku placu Liberdade. Plac ze wszystkich stron otaczają wspaniałe kamienice, dowód imperialnej świetności. Na środku, na kamiennym postumencie stoi dziesięciometrowy pomnik wykonany z brązu, przedstawiający króla Portugalii i cesarza Brazylii, Dom Pedro IV, siedzącego na koniu i trzymającego w ręku Konstytucję. Dlaczego zajmuje w Porto takie poczesne miejsce? To dłuższa historia, o której można przeczytać w encyklopedii. Przytoczę tu tylko jego imiona nadane mu na chrzcie: Pedro de Alcântara Francisco António João Carlos Xavier de Paula Miguel Rafael Joaquim José Gonzaga Pascoal Cipriano Serafim de Bragança e Bourbon.

Dalej poszłyśmy uliczką des Flores w kierunku rzeki. Mieszkamy w fantastycznym miejscu! Wszędzie jest blisko. Na końcu tej wąskiej, urokliwej uliczki, wciśnięty między kamieniczki, stoi kościół Santa Casa de Misericordia. Wszystkie kościoły są tu na szczęście otwarte i tak piękne, że zapiera dech. Weszłyśmy do środka. Ściany świątyni zdobiły niebiesko – białe azulejos a z sufitu zwisały kryształowe żyrandole. Ciekawy był ołtarz główny, przedstawiający jakby schody wiodące do nieba. Na ostatnim stopniu, pod złoconą kopułą znajdował się złoty dom Boga. Przynajmniej tak to widziałam. W jednym z ołtarzy bocznych stała figura Matki Bożej w prawdziwych, aksamitnych szatach. Wnętrze było jasne i bogato zdobione.

Przecięłyśmy Plac Santo Domingo i udałyśmy się w dół, w kierunku nabrzeża. Nagle… naszym oczom ukazał się fantastyczny widok. W słońcu połyskiwała rzeka Douro, Na brzegu przycupnęły małe kafejki i restauracyjki, ze względu na wczesną porę jeszcze nieczynne. W lewo i w prawo odchodziły wąskie uliczki. Powędrowałyśmy tymi uliczkami, zachwycając się niemal każdą kamieniczką, elementami architektonicznymi, balkonikami czy praniem rozwieszonym za oknami. Nagle znalazłyśmy się na przystanku tramwajowym. Do żółtego, muzealnego wagonu wsiadała grupka ludzi. Postanowiłyśmy dołączyć do nich. Tramwaj miał nr 1 i jechał wzdłuż rzeki do dzielnicy Foz, miejsca, gdzie Douro uchodzi do Atlantyku. Podróż tramwajem miała swój nieodparty urok. Motorniczym była kobieta, niska i przysadzista, o południowych rysach i pogodnej aparycji. W połowie drogi na torach pojawiła się przeszkoda; samochód dostawczy, tarasujący przejazd. Nie pomogły sygnały dźwiękowe ani pokrzykiwania naszej tramwajarki. Okazało się, że kierowca samochodu przepadł, opuścił pojazd i zniknął. Czyżby nasza podróż tym antycznym pojazdem właśnie miała się skończyć? Z ciekawością obserwowałam, co będzie dalej. Po upływie kilkunastu minut nadjechał inny samochód, a w nim „nasz” kierowca. Uśmiechnął się rozbrajająco, wsiadł jak gdyby nigdy nic do szoferki i zamieniając kilka przyjaznych słów z motorniczym, odjechał. Podziwiałam spokój i pełne zrozumienie uczestników tego zdarzenia, żadnych wyzwisk, ani nerwowej atmosfery. Wszyscy byli spokojni i raczej rozbawieni całą tą sytuacją.

Przystanek końcowy znajdował się niedaleko ujścia rzeki, skąd można było dojść aleją spacerową wprost na falochron. Już z daleka widać było ogromne fale rozbijające się o betonową przeszkodę i przybrzeżne skałki. Słońce pięknie rozświetlało ocean, pióropusze fal i nabrzeże. Patrzyłam w zachwycie na to nieziemskie zjawisko. Ruszyłyśmy przed siebie zafascynowane i urzeczone widokiem. Z daleka wydawało się, że nadciąga tsunami. Fale, wysokie i groźne, uderzały o betonowe przeszkody, po czym wyskakiwały w górę na wiele metrów przelewając się przez falochron. Starałam się podejść jak najbliżej żywiołu. Powietrze wokół było słone i wilgotne. Nad oceanem unosiła się mgiełka wody niczym welon panny młodej. Między falochronem i skałkami kłębiła się biała kipiel. Nie wiem jak długo stałyśmy tam zafascynowane potęgą oceanu.

Do miasta wracałyśmy piechotą, wzdłuż rzeki. Po drodze wstąpiłyśmy do małego baru na kawę i krótki odpoczynek. Było rozkosznie ciepło i słonecznie. W końcu dotarłyśmy na stare nabrzeże zwane Ribeira. Nad nami, na wzgórzu pojawiła się monumentalna budowla, do której prowadziły kamienne schody. Kościół św. Franciszka i muzeum zakonne. Wstęp 3,50 euro. Dzisiejszy dzień przeznaczyłyśmy na zwiedzanie Porto, więc postanowiłyśmy wejść do środka. To, co zobaczyłam wewnątrz było tak cudowne, że niemal straciłam kontakt z rzeczywistością. Coś ścisnęło mi krtań, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Wnętrze kościoła było wyrzeźbione w drewnie i pokryte złotem. Zapewne było dziełem aniołów, nie ludzi!

Kościół św. Franciszka budowano na przestrzeni XIII – XV wieku. Swój obecny wygląd zawdzięcza rokokowym przeróbkom z XVIII wieku. Ściany, ołtarze i filary zdobią pozłacane rzeźbienia przedstawiające ptaki, zwierzęta, winne gałązki, sceny biblijne, postaci świętych i cherubinów. Najpiękniejszym dziełem jest niewątpliwie „Drzewo Jessego”. Przedstawia ono genealogię Jezusa poczynając od Jessego, ojca króla Davida. Wprawdzie w kościele nie było wielu okien, jednak zarówno naturalne światło wpadające przez te nieliczne oraz dyskretne sztuczne oświetlenie doskonale wydobywało piękno wnętrza. Niestety, obowiązywał tu zakaz fotografowania! Danusia przycupnęła w ławce za filarem i z ukrycia filmowała te cuda. Usiadłam obok kontemplując wspaniałe dzieło mało znanych, miejscowych artystów. Co jakiś czas dochodziły nas tłumione okrzyki zachwytu wchodzących w progi świątyni turystów. Dużo czasu spędziłyśmy w tym niezwykłym miejscu. Zwiedziłyśmy jeszcze krypty i muzeum , w którym przechowywane są elementy wyposażenia dawnego klasztoru. Nic już jednak nie mogło przyćmić wnętrza kościoła św. Franciszka.

Gdy wyszłyśmy na zewnątrz było późne popołudnie. Naprzeciwko znajdował się jeszcze kościół św. Mikołaja wyłożony pięknymi, niebieskimi kaflami (azulejo). Tutaj akurat odbywały się uroczystości ślubne, więc zrezygnowałyśmy ze zwiedzania. Wróciłyśmy na Ribeirę. Teraz kłębiło się tu od ludzi. Wszystkie kafejki i restauracje były otwarte. Poczułyśmy głód i zmęczenie. Usiadłyśmy przy stoliku nad brzegiem Douro. Zamówiłyśmy bacalao – rybę cut fish z warzywami – pycha! I wypiłyśmy butelkę wspaniałego wina. Mimo że to październik, było ciepło jak w lecie. Nabrzeżem spacerowały tłumy ludzi, różnojęzyczne wycieczki, turyści i miejscowi.

Wkrótce ruszyłyśmy w kierunku mostów na rzece Douro. Te niesamowite konstrukcje przyciągały zwiedzających. Niezwykle ciekawy był ogromny, dwupoziomowy most dedykowany Ludwikowi I, a skonstruowany przez ucznia samego Eiffla. Gdy oddano go do użytku w 1886 roku był najdłuższym mostem w Europie, liczącym ponad 385 metrów. Po drugiej stronie rzeki znajdowały się znane w Porto winiarnie i tawerny. Niestety, nie miałyśmy już sił, żeby tam pójść. Powędrowałyśmy w górę miasta niekończącymi się schodami, wśród ruderowatych kamieniczek z praniem wywieszanym na ulicy, z dzieciakami bawiącymi się na stopniach i dalej, wąskimi uliczkami, do najwyższej części słynnego mostu. Stąd rozpościerał się wspaniały widok na rzekę Douro, inne mosty Porto i Ribeirę. Stąd było już bardzo blisko do stacji Sao Bento, katedry i naszego hoteliku przy Rua Ildefonso. Miałyśmy ogromną ochotę na kubek herbaty i… łóżko. Jutro ruszamy na pielgrzymkowy szlak, nasze portugalskie Camino. Czułam dreszczyk emocji. Ciekawe, jaka będzie pogoda? Pod wieczór znów zaczęło się chmurzyć i nawet pokropił niewielki deszczyk.

Komentarze

agniady@gmail.com - 17.05.2013 20:44

Właśnie wróciłem z camino portugalskiego -centralne. Dla tych co startują z Porto, i tych co wiedzą ,że przejdą całą drogę do Santiago, może obrazoburczo ale uważam ,że nie muszą mieć opisu trasy, jakie wzniesienia czekają po drodze, gdzie są alberge. To wszystko jest oznaczone po drodze, ale po kolei. Po nabyciu w Katedrze credencialu dobrze jest skrócić sobie dojście do szlaku jadąc metrem do stacji Forum Maia (metro -kierunek ISMAI lub Forum Maja) Kupić bilet pomogą pracownicy metra stojący przy automacie., również na przystanka jest pomoc w żółtych kamizelkach. Bilet należy skasować przyłożywszy kartę do czytnika na słupku (kolor zielony że skasowano) W metrze na wyświetlaczu podają aktualną i następną stację. Po opuszczeniu metra ,przechodzimy na drugą stronę i cofamy się do drugiej ulicy z pomniczkiem mężczyzny. Żółte strzałki pojawią się po ok. 300m ale nie są na razie potrzebne, bo idziemy prosto, mijając po drodze ogród ZOO i w perspektywie ulicy widać fasadę kościoła. Żółte strzałki umieszcza się zawsze na: bocznej płaszczyźnie krawężnika, betonowych słupach energetycznych, na asfalcie głazach, lub drewniane żółte przybite do drzewa. Mogą to być nie tylko strzałki ale i muszla św. Jakuba skierowana zawsze stroną \"palczastą\" w kierunku właściwym. Przejścia przez szosę są oznakowane żółtą tablica z umieszczonym kierunkiem i metrami. Należy przejść na drugą stronę i dojść do strzałki na drodze prostopadłej do szosy. Bywa że zejście z szosy po której idzie się poboczem jest dalej, informuje o tym umieszczona po prawej stronie żółta tablica z literką i. W Portugalii drogi w które nie powinno się schodzić mają znaczek X . Moją zasadą było że idąc drogą zawsze powinna się pojawić strzałka na 200metrach, jeśli nie ma, to zapytać ludzi, lub jeśli jest domostwo to zadzwonić do furtki, zawsze chętnie pomogą. Wystarczy powiedzieć \"camino de Santiago\".Proponuję trzymać się zawsze pojedynczych prosto umieszczonych strzałek -są rozgałęzienia trasy.Zawsze jest informacja o Alberge, lub pytać zwłaszcza w miasteczku (Rubies i Padron) Ujęcia wody pitnej są oznakowane ,lub napis że woda jest po kontrolą.Alberge mają nową cenę 6euro. Warto pieczętować credencjal (carimbo) dość często (2x na etapie) i polecam otwarte kościoły , zawsze chętnie przyłożą pieczątkę- ludzie zawsze są przemili w stosunku do pielgrzymów)Napisałem to po to aby nie obawiać się \"camino\" uda się zawsze dojść do Santiago de Composteli, mam 69lat i \"w głowie\" następne 4-te już camino.Na różne tematy ( co wziąć ze sobą ma mężczyzna, jak się \"logistycznie\" przygotować\" i inne zapytania b.chętnie odpiszę i podzielę się tym co wiem z mojej wędrówki.Andrzej

Oskar - 19.01.2013 17:33

Bardzo interesujący opis i doskonałe fotografie, ale czy mogłabyś jeszcze opisać gdzie były robione albo co przedstawiają. Opis fotografii to pierwsza czynność jaką wykonuję zaraz po powrocie z moich wypraw. Pozdrawiam.

Lucyna - 18.11.2012 10:30

KAsiu, dwa lata temu nie było jeszcze schroniska w Barcelos :( dlatego nie ma o nim w moich wspomnieniach. Ale bardzo się cieszę, że otwarto tam nowe alberge. Na pewno informacja o nim znajdzie się w przewodnikach po portugalskim Camino.

Zobacz wszystkie »