Lucyna Szomburg
CAMINO PORTUGALSKIE
| « Poprzednia strona | Część II | Następna strona » |
Dzień IV – 10 października, niedziela
Trasa:
- Z Porto do Vilar de Pinehro metrem
- Vilar de Pinehro
- Giao
- Villarinho
- Most na rzece Ave
- Most na rzece Arcos
- Arcos
- Sao Pedro de Rates
Wstałyśmy o 7.00 rano miejscowego czasu. Najpierw mycie, potem śniadanko, pakowanie i o 9.30 ruszyłyśmy z plecakami na trasę. Przywitał nas pogodny dzień. Na ulicach było jeszcze niewiele ludzi, jak to w niedzielę. Naszym celem był najpierw kościół Dos Congregados i Msza św. o 10.00. Stary ksiądz miał dłuuuuugie kazanie, z którego nic nie zrozumiałam. Podziwiałam wnętrze kościoła. Ołtarz główny przedstawiał jakby siedem stopni zmierzających do nieba, na pięciu z nich stały lichtarze ze świecami. W bocznych ołtarzach znajdowały się figurki świętych; św. Jakuba Starszego i Młodszego, Matki Bożej, pastuszków z Fatimy: Hiacynty i Franciszka oraz innych. Przed jednym z ołtarzy wisiała wieczna lampka w kształcie niezwykłej świątyni. Wykonana była ze srebra, misternie rzeźbiona i niezwykle piękna.
Po Mszy św. udałyśmy się pieszo do stacji metra Trindade. Stąd można dojechać do miejscowości Vilar de Pinhero, skąd zamierzałyśmy wyruszyć na szlak. Wielu pielgrzymów uważa, że nie ma sensu wędrować sprzed katedry w Porto, gdyż Camino ciągnie się kilometrami przez nieciekawe przedmieścia i tereny zabudowane. W pociągu spotkałyśmy jeszcze kilku innych pątników, którzy mieli podobne plany do naszych.
W Vilar de Pinhero zatrzymałyśmy się w przydrożnym barze na kawę i ciastko, taki słodki akcent przed wyruszeniem na Camino. Wyciągnęłyśmy mapę i jeszcze raz prześledziłyśmy dzisiejszą trasę. Miałyśmy do pokonania niewiele ponad dwadzieścia kilometrów.
Mimo że odjechałyśmy spory kawał od miasta, droga nadal wiodła w terenie zabudowanym. Miałam wrażenie, że tak już będzie do końca. Szłyśmy asfaltową szosą bez poboczy. Trzeba było bardzo uważać na przejeżdżające samochody. Niektóre pędziły wręcz z zawrotną prędkością. Gdy kończyła się jedna miejscowość, natychmiast zaczynała się druga. Tak dotarłyśmy do Giao a potem do Villarinho. Po obu stronach szosy wznosiły się wysokie, kamienne mury, które pewnie kiedyś grodziły pola, czy posiadłości. Ale czemu były aż tak wysokie? Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Co jakiś czas w murze znajdowały się, kute z żelaza i zdobione pięknymi herbami, wielkie bramy. Teraz zardzewiałe, porzucone, prowadziły donikąd. Często za tymi ogrodzeniami rósł las eukaliptusowy lub zwyczajne chaszcze.
Villarinho to nieduża miejscowość. Na ryneczku przed kościółkiem odbywał się pchli targ, na którym sprzedawano różne starocie. Usiadłyśmy w barze naprzeciwko i wyjęłyśmy kanapki. Było gorąco. Miałam kompletnie mokrą koszulkę od plecaka. Niewiele ludzi kręciło się dokoła. Miasteczko wydało się raczej nudne i senne.
Dalsza droga znów prowadziła ulicami, a potem szosą. Mijałyśmy wille i domki z pięknymi, zadbanymi ogródkami, wyłożone glazurą. Na szczęście szlak zaczął wreszcie odchodzić od ruchliwej szosy i coraz częściej prowadził przez laski i pola. Wkrótce znalazłyśmy się nad rzeką, nad którą zbudowano kamienny most. W pobliżu była jakaś tama, czy raczej próg rzeczny spiętrzający wodę. Wędrowałyśmy dalej kamienistymi i błotnistymi dróżkami, aż dotarłyśmy do kolejnego kamiennego mostu Puente de Arcos. Zapewne była to bardzo stara budowla, z pięknymi łukami, pod którymi płynęła niewielka rzeka. Camino wiodło teraz wśród winnic do wioski Arcos, gdzie miałyśmy nadzieję znaleźć nocleg. Hotelik St. Miguel, otoczony sadem, ładny i zaciszny okazał się jednak zbyt drogi – 40 euro za dwuosobowy pokój ze śniadaniem. Postanowiłyśmy pójść dalej, poszukać czegoś tańszego. Droga niestety znów zmieniła się w asfalt, chociaż prowadziła wśród piniowo – eukaliptusowych lasów. Zbliżałyśmy się do Sao Pedro de Rates. Na jakimś straganie przed wioską kupiłyśmy winogrona i jabłka. Na wieczór. Sprzedawca powiedział, że do schroniska mamy jeszcze 2,5 km drogi.
Cały dzisiejszy dzień towarzyszyła nam piękna pogoda, chociaż zapowiadano deszcze. Zachodzące słońce różowiło niebo. Przed nami ukazała się kamienna bryła kościoła w Rates.
Trochę historii
Zgodnie z legendą Piotr z Rates miał przybyć na te tereny w 44 roku, zaproszony przez samego św. Jakuba Starszego. Został pierwszym biskupem Bragi. Zginął śmiercią męczeńską przy próbie nawracania pogan na chrześcijaństwo. Grób Piotra odkryto na nowo w IX wieku i by uczcić pamięć świętego wybudowano w XI wieku właśnie ten kościół. Tutaj umieszczono też relikwie św. Piotra i odtąd liczni pielgrzymi nawiedzali Rates. Ta budowla dała początek miastu.
Kościół był otwarty. Weszłyśmy do środka. Wewnątrz panował półmrok. Niewiele dziennego światła wpadało przez malutkie okienka. Wnętrze było raczej surowe; ściany z kamiennych bloków, drewniane sklepienie, skromny ołtarz w porównaniu z tymi oglądanymi w Porto, dwa rzędy ławek i… cisza. Niesamowity spokój.
Miasteczko wydało się opuszczone; nikogo na placu przed kościołem, nikogo na uliczkach, żadnego ruchu, gwaru… Odszukałyśmy schronisko pielgrzyma. Przywitało nas grono wesołych, młodych ludzi. Część z nich to hospitaleros, reszta ich przyjaciele. Pielgrzymi, którzy przybyli wcześniej odpoczywali na patio, integrowali się. Na szczęście o tej porze roku nie trzeba „walczyć” o wolne łóżka. Miałyśmy kilka do wyboru. Z racji wieku wybrałyśmy te na dole. Zresztą górne znajdowały się tak wysoko, że strach było na nie wchodzić. W schronisku była też dobrze wyposażona kuchnia, więc zabrałyśmy się za przygotowanie kolacji.
Schronisko w Sao Pedro de Rates jest donativo, są tu trzy sale po 10 łóżek. Wrzuciłyśmy do skrzyneczki po 5 euro.
Dzień V – 11 października, poniedziałek
Trasa:
- Sao Pedro de Rates
- Pedra Furada
- Santa Guia
- Pereira
- Pedrego
- Carvalhal
- Barcelinhos
- Barcelos
Dzisiejsza trasa licząca zaledwie 16,5 km biegła początkowo uliczkami Rates. Miasteczko wyglądało zupełnie inaczej rankiem, niż w świetle zachodzącego słońca. Przede wszystkim na drogach pojawiły się samochody i ludzie. No cóż, poniedziałek to dzień pracy. Wkrótce znalazłyśmy się poza terenem zabudowanym, wśród pól i eukaliptusowych lasów. Znowu towarzyszyły nam wysokie, kamienne mury, a w nich pozostałości po wspaniałych bramach wiodących do dawnych, zamożnych hacjend. Czasami ogrodzenie było niższe, ułożone z płaskich, kamiennych łupków i odgradzało pole od pola. Jesień nęciła nas kolorami i zapachami. Mijałyśmy piękne wrzosowiska z dorodnymi, liliowymi kwiatami, szpalery winnych krzewów, posadzone wzdłuż tych kamiennych płotów niczym pergole, teraz cudnie przebarwione. Gdzieś z boku została nieduża miejscowość z rysującym się w oddali kościółkiem i znów zagłębiłyśmy się w krajobraz polno – łąkowy. Przy drodze spotykałyśmy jadalne kasztany, z mnóstwem dojrzałych owoców, a w sadach cytryny, kaki, pomarańcze i kiwi. Zatrzymałyśmy się w miejscowości Pedra Furada na kawę i ciastko. Dzień był chłodny, wręcz rześki, lecz słoneczny. W sam raz na wędrówkę.
Gdy tylko minęłyśmy wioskę, znalazłyśmy się na drodze prowadzącej przez piniowo – eukaliptusowy las. Niestety, dość szybko zmieniła się ona w asfaltową szosę i znów szłyśmy w terenie zabudowanym, mijając kolejne miejscowości. Wiele domów w Portugalii ozdobionych jest azulejo, czyli płytkami ceramicznymi, z których układane są obrazki przedstawiające najczęściej postaci świętych lub jakieś zdarzenia biblijne.
Mniej więcej po trzech kilometrach dotarłyśmy do małej kapliczki Santa Guia. Stała na wzniesieniu i prowadziły do niej kamienne schody. Niżej, w pobliżu szosy znajdowało się źródełko wody. Pewnie miało jakieś szczególne właściwości, gdyż było niezwykle pięknie obudowane i ozdobione wizerunkiem świętej. Przy źródełku stała jakaś starsza kobieta i napełniała wodą plastikowe butelki. Uśmiechnęła się do nas i zagadała po portugalsku. Zrozumiałam tylko słowo „Porto” i „Santiago”. Szkoda, że nie możemy porozmawiać z miejscowymi ludźmi. Gdyby wszyscy mówili tym samym językiem… Zrobiłyśmy sobie wspólne zdjęcie i zaproponowałyśmy na migi, że pomożemy jej zanieść butelki do domu. Kobieta dała nam do zrozumienia, że poradzi sobie sama, po czym włożyła wełnianą czapkę, załadowała butelki do plastikowego worka, odpowiednio go uformowała i umieściła na głowie. Chwyciła dwie kule i podpierając się ruszyła w kierunku wioski. Dopiero teraz zauważyłyśmy, że miała trudności z poruszaniem się. Dzielna kobieta.
Na dworze zrobiło się gorąco. Nie wiadomo kiedy nadciągnęła niewielka chmura i pokropił deszcz. Nasza trasa wiodła szosą, przez kolejne puebla, bez żadnych sklepów i barów. Minęłyśmy Pereirę i Carvalhal. Przy kapliczce św. Krzyża zjadłyśmy co nieco i znów ruszyłyśmy na szlak. W końcu pojawiły się zabudowania Barcelinhos, średniowieczny most przez rzekę Cavado i… Barcelos! Śliczne, stare miasto, trochę zrujnowane przez trzęsienie ziemi w XVIII wieku.
Na wzgórzu, za rzeką stały ruiny zamku bogatych książąt z Bragancy, ratusz miejski i kościół Matki Bożej. Postanowiłyśmy przenocować w Barcelos, ponieważ następnego dnia planowałyśmy wyskoczyć stąd na kilka godzin do Bragi i odwiedzić słynne sanktuarium Bom Jesus. Tutaj nie ma schroniska pielgrzyma, więc musiałyśmy poszukać jakiegoś pensjonatu lub niedrogiego hotelu. Korzystając z porad innych caminowiczów zatrzymałyśmy się w samym centrum miasta, w pensjonacie Residencial Arantes. Niestety, nie było wolnego pokoju dwuosobowego, więc umieszczono nas w luksusowej, przestronnej trójce z łazienką, balkonem i TV za 40 euro. Obok był salonik z duszą, stylowy, pięknie umeblowany, gdzie można było odpocząć, poczytać i podumać. Rozwiesiłam pranie zrobione jeszcze w Rates - nic tam nie wyschło! – i poszłyśmy zwiedzać miasto. Wieczór był ciepły i pogodny. Spacerowałyśmy wąskimi uliczkami starego miasta, zaglądałyśmy do kościołów, niezwykle pięknych i bogatych. Znalazłyśmy też przystanek autobusowy do Bragi, by jutro rano niepotrzebnie nie błądzić. W wielu miejscach Barcelos spotykałyśmy symbol tego miasta – charakterystycznego koguta. Jak głosi jedna z wersji legendy, dawno temu pewien bogaty człowiek wydał przyjęcie. Gdy przyjęcie skończyło się zauważył, że ktoś ukradł jego drogocenne sztućce. O kradzież posądzono pewnego biednego pielgrzyma i przyprowadzono przed sąd. Pielgrzym zaklinał się, że jest niewinny, lecz nie uwierzono mu i skazano na śmierć. Sędzia jadł wówczas pieczonego koguta. Wówczas pielgrzym odezwał się w te słowa: jeżeli jestem niewinny, ten kogut zapieje trzy razy. W chwili wykonywania wyroku kogut rzeczywiście zapiał, a sędzia natychmiast uwolnił pielgrzyma. Cała ta historia znalazła swój kres kilka lat później, gdy pielgrzym powrócił do Barcelos i wykonał posąg koguta na pamiątkę tamtego wydarzenia.
Na koniec wstąpiłyśmy na piwo do pobliskiej knajpki. Przyjemnie było usiąść po całym dniu chodzenia i wreszcie odpocząć.
Dzień VI – 12 października, wtorek
Dzień małych cudów
Trasa:
- Barcelos
- Braga
- Barcelos
- Tamel
Nastawiłam budzik w komórce na 6.15. Po porannych czynnościach takich jak mycie, śniadanko i pakowanie plecaków cichutko wymknęłyśmy się z hotelu. Bagaż zostawiłyśmy w kąciku obok recepcji. Wszędzie było pusto i głucho. Barcelos spało. Autobus do Bragi miałyśmy o 7.40.
Jechałyśmy przez liczne wioski i miasteczka. Na tym odcinku właściwie cały czas ciągnął się teren zabudowany. Po drodze wsiadały głównie dzieci i młodzież jadąca do szkół. W Bradze, dość sporym mieście, bo liczącym 110 tys. mieszkańców, utknęliśmy w korku. Podróż do centrum zajęła nam ponad godzinę. Na miejscu zdecydowałyśmy się pojechać autobusem miejskim do sanktuarium Bom Jesus, położonego około 5 kilometrów od centrum. Trochę kluczyłyśmy, zanim dotarłyśmy na właściwy przystanek. Kurs był o 9.40 i kończył się na pętli przy kolejce linowo – szynowej na górę Espinho. Przy wejściu do kolejki stała już grupa osób. Okazało się, że to pielgrzymka z Polski, z Warszawy. Dołączyłyśmy do niej. Wjazd na górę kosztował 1,10 euro od osoby. Wprawdzie można było iść pod górę po schodach, ale to około 1000 stopni.
Gdy wjechałyśmy na szczyt, ukazała się nam piękna, barokowa świątynia. U jej stóp, głęboko w dole, leżało miasto Braga. Sprzed bram kościoła prowadziły w dół przepiękne schody, prawdziwe dzieło sztuki. Zbudowane z granitowych bloków, jak dwie wstęgi, to rozchodziły się, to znów splatały na niewielkich tarasach, na których umieszczono fontanny będące alegorią każdego z pięciu zmysłów i trzech cnót. Poniżej stały murowane kapliczki - stacje Drogi Krzyżowej. Wszystkie, niestety, wymagały renowacji. Teren sanktuarium otaczała bujna zieleń, ogrody kwiatowe i fontanny.
Świątynia wewnątrz była równie piękna, a szczególnie ołtarz w formie przestrzennej rzeźby, przedstawiający ukrzyżowanie Jezusa i łotrów, a także inne postaci biblijne.
Polskiej pielgrzymce towarzyszył ksiądz, z pochodzenia Ormianin. W sanktuarium Bom Jesus odprawił Mszę św. po polsku. Niezapomnianym przeżyciem dla nas była Komunia św. pod obiema postaciami. Czyż nie można nazwać tego małym cudem na Camino?
Miałyśmy szczęście zwiedzać ten obiekt z polskim przewodnikiem. Gdy pożegnałyśmy się z grupą, usiadłyśmy na tarasie widokowym i zamówiłyśmy kawę z croisantem. Było ciepło i słonecznie.
W końcu trzeba było opuścić to magiczne miejsce. Zeszłyśmy lasem, schodami w dół, na przystanek autobusowy do Bragi i dojechałyśmy do samego centrum, w pobliżu Rynku. Odszukałyśmy katedrę z XI wieku. Stała na końcu wąskiej uliczki – deptaka. Wokół otaczały ją stare kamieniczki wyłożone ceramiką. Widać było stąd bramę wjazdową do miasta, równie wąską, jak tutejsze uliczki. Weszłyśmy na teren katedry. Na zewnątrz, pod murami ustawiono stare, kamienne elementy kościołów z okresu średniowiecza. Wnętrze zdobiły liczne ołtarze i postaci świętych. Wśród nich wypatrzyłam figurę św. Jakuba w pielgrzymim stroju. Jesteśmy na Camino! Przypomniało nam to, że nie mamy zbyt wiele czasu na zwiedzanie Bragi, musimy wracać do Barcelos i powędrować dalej, do Tamel. Zdecydowałyśmy się jeszcze zjeść w Bradze obiad, tyle tu niedrogich i nastrojowych knajpek.
Do Barcelos dotarłyśmy o 16.00. Nasze plecaki stały tam, gdzie je raniutko zostawiłyśmy. Przebrałam się w lżejsze rzeczy i ruszyłyśmy na szlak. GORĄCO! Camino prowadziło znów przez teren zabudowany. Oznaczało to asfalt i chodniki. Szłyśmy przegryzając winogrona i plując wokół pestkami. Czy miasto nigdy się nie skończy? Trwało to chyba wieki, zanim znalazłyśmy się w niewielkim lasku i droga poprowadziła nas cienistym wąwozem leśnym w kierunku pól i winnic. Gdy tylko wyszłyśmy na otwartą przestrzeń, znów słoneczko zaczęło przygrzewać. Pola pachniały świeżo zoraną ziemią i… naturalnymi nawozami. Co jakiś czas mijałyśmy niewielkie puebla.
Do schroniska w Tamel dotarłyśmy przed 19.00. Słońce zachodziło za góry i zrobiło się chłodniej. Przywitał nas bardzo miły hospitalero. Nocleg jest na piętrze, w czystej sali i na czystych łóżkach. Przypominam sobie informacje z Forum Caminowiczów na temat pluskiew i innych insektów. Tutaj jest naprawdę bez zarzutu. Schronisko jest nowe, na 36 łóżek, z dobrze wyposażoną kuchnią i ciepłymi prysznicami. Na parterze znajduje się salonik z Internetem, takie miejsce integracyjne pielgrzymów. Koszt noclegu – zaledwie 3 euro.
| « Poprzednia strona | Część II | Następna strona » |