Lucyna Szomburg
CAMINO PORTUGALSKIE
| « Poprzednia strona | Część III | Następna strona » |
Dzień VII – 13 października, środa
Trasa:
- Tamel
- Ponte des Tabues
- Vitorino Dos Piaes
- Ponte de Lima
Dzisiejszy dzień był bardzo piękny; wspaniała pogoda i śliczna trasa. Niedaleko za schroniskiem szlak skręcił w pola. Szłyśmy wśród winnic, rżysk po kukurydzy, lasami… Ptaki śpiewały, jakby to była wiosna, rośliny wydzielały intensywne wonie. Każda inną. Na kamiennych murach odgradzających pola wygrzewały się w słońcu jaszczurki. Na nasz widok uciekały spłoszone i chowały się w dziurach. Przez jakiś czas razem z nami wędrowała sympatyczna Irlandka w starszym wieku. Po raz pierwszy spotkałyśmy ją w schronisku w Rates. Pielgrzymuje sama, z lekkim plecakiem, nawet nie niesie śpiwora i zatrzymuje się tylko tam, gdzie można dostać jakieś koce. Zwykle zakłada na siebie charakterystyczną kamizelkę odblaskową. Dobry pomysł na portugalskie drogi bez poboczy. Mijałyśmy po drodze małe wioski z zapachami kiszonek i krowich placków, traktory wyjeżdżające w pole, mężczyzn pracujących na roli – wiejskie obrazki. Czasami niemal surrealistyczne, jak ten ze staruszką siedzącą w odludnym miejscu, na niskim murku obok rozległej łąki. Ubrana w przykrótką sukienkę i dżinsowy kapelusz, pruła stary, wełniany sweter. Za murkiem pasło się stado owiec. Wkrótce przekroczyłyśmy kamienny most Ponte des Tabues na rzece Neiva i skrzyżowanie z drogą N 308. Stąd można było pójść, nieco zbaczając ze szlaku, do romańskiego kościółka i sanktuarium Matki Bożej z Aparecida. Wprawdzie kusiła nas ta alternatywa, ale postanowiłyśmy dzisiaj trzymać się Camino.
Krajobraz powoli zmieniał się. Otaczały nas góry. Coraz to wyższe. Wędrowałyśmy zielonymi dolinami, wśród jabłoniowych sadów, winnic, drzew cytrusowych, granatów i kasztanowców. Dotarłyśmy do miejscowości Vitorino Dos Piaes w porze obiadu. Najpierw brukowana ulica doprowadziła nas pod sam kościół. Miałyśmy nadzieję na zdobycie stempla w paszporcie pielgrzyma. Kościółek był otwarty, ale wokół ani żywego ducha. Udałyśmy się więc na poszukiwanie baru. Znalazłyśmy lokalną jadłodajnię. W dość dużej sali, przy stołach nakrytych kraciastymi obrusami siedziała grupa mężczyzn i jadła obiad. Pewnie byli to pracownicy jakiegoś zakładu. Zamówiłyśmy zupę galicyjską z chlebem i dzban czerwonego wina.
Dalsza droga była równie piękna. Po raz pierwszy widziałam dziko rosnące, białe kalie i granaty dojrzewające na drzewach. Na skrzyżowaniu polnych dróg ukazała nam się niezwykła kapliczka. Stała obok małego, samotnego kościółka. Wykuta w kamiennym obramowaniu data informowała, że postawiono ją w 1840 roku. Wewnątrz umieszczono ceramiczny obrazek przedstawiający św. Jakuba w stroju pielgrzyma. We wnęce pod ołtarzykiem stały wypalone znicze.
Wkrótce dotarłyśmy do kolejnej miejscowości na trasie, której nazwy nie zapamiętałam. Miałam wrażenie, że w tych starych, kamiennych domach mieszkają same kobiety; rozwieszały pranie, plotkowały, któraś ciągnęła dwukołowy wózek wyładowany zielskiem. Nigdzie nie widać było mężczyzn. Zbliżałyśmy się do kresu dzisiejszej wędrówki, urokliwego, pełnego zabytków miasteczka Ponte de Lima. Szlak prowadził wzdłuż rzeki piękną, starą aleją platanową, w kierunku średniowiecznego mostu. Prawdopodobnie pierwszy most zbudowali w tym miejscu rzymianie. Ponte de Lima była strategiczną miejscowością na drodze z Bragi do Tui, tędy wędrowali też pielgrzymi do Santiago de Compostela. Po drugiej stronie rzeki znajdował się czerwony, piętrowy dom – nasze albergue. Zachodzące słońce rzucało ciepłe światło na most, nabrzeże i starówkę. Zatrzymałyśmy się w pół drogi, by popatrzeć na miasto. Do latarni ulicznych na moście przytwierdzono małe głośniki, z których sączyła się cichutko muzyka, tworząc niesamowity nastrój. Wiele ludzi wyszło na wieczorny spacer. Na nabrzeżu od strony starówki stoją dwa współczesne pomniki. Jeden przedstawia dawne życie na portugalskiej wsi, ciężką pracę wołami na roli, drugi – wiejski ślub: młodą parę, muzykantów i weselników w odświętnych, ludowych strojach.
Schronisko w Ponte de Lima usytuowane jest tuż za mostem, z zewnątrz stare i zabytkowe, wewnątrz nowocześnie urządzone, przyjemne i czyste. Dysponuje 30 miejscami noclegowymi. Na parterze znajduje się recepcja, na pierwszym piętrze pomieszczenia sypialne – teraz zamknięte na klucz, kuchnia, salonik z Internetem, pokój odpoczynku i sanitariaty. Nasza sypialnia jest na poddaszu i ma wyjście na taras. Wszystko jest nowe i eleganckie, ale nie zawsze funkcjonalne. Na przykład kabina prysznicowa dla kobiet ma cztery natryski przytwierdzone na stałe do ściany. Woda ciurka niewielkim strumieniem, trzeba przy tym dość często naciskać przycisk, żeby w ogóle leciała. W dodatku nie ma możliwości regulacji temperatury wody. Nad długą umywalką również znajdują się krany na przycisk. Woda leci z nich tak krótko, że właściwie jedną ręką trzeba stale trzymać wciśnięty przycisk. Trudno jest myć się w taki sposób.
Koszt noclegu to 3 euro od osoby.
Dokonałyśmy rytualnych czynności, czyli mycia, prania i zjedzenia zasłużonej kolacji, po czym ponownie wyruszyłyśmy na miasto. Wieczór był jeszcze ciepły, ale gdy tylko słońce zniknęło za horyzontem, natychmiast zrobiło się chłodno. Wszędzie było pełno ludzi; na nabrzeżu, na uliczkach starego miasta, w restauracyjkach i barach. Poszłyśmy poszukać informacji turystycznej. W albergue można zostać tylko na jedną noc, a my miałyśmy w planie następnego dnia wycieczkę do miejscowości Viana do Castelo. Chciałyśmy wrócić wieczorem do Ponte de Lima i przenocować w schronisku młodzieżowym. Nocleg w pokoju wieloosobowym ze śniadaniem dla pielgrzymów kosztuje 9,90 euro. Tylko gdzie to jest? Informacja turystyczna okazała się zamknięta, jednak na planie ogólnym miasta zlokalizowałyśmy ten obiekt. Niestety, znajdował się dość daleko od centrum, przy drodze wylotowej z miasta, w przeciwnym kierunku niż nasze Camino. Na dworze szybko zapadał zmrok i wkrótce zrobiło się zupełnie ciemno. Szłyśmy dłuższy czas szosą bez poboczy, uskakując przed samochodami lecz nigdzie nie mogłyśmy dojrzeć schroniska. Postanowiłyśmy wracać. Myśl, że rano trzeba będzie jeszcze raz pokonać tę trasę z ciężkim plecakiem psuła mi humor. Jakież było nasze zdziwienie, gdy znacznie bliżej centrum, tuż przy rondzie pojawił się napis: Pousada de Juventude. Poszłyśmy sprawdzić, czy możemy tam jutro przenocować. Nie było przeszkód. Nawet mogłyśmy zostawić rano w recepcji nasze plecaki, żeby pojechać do Viany bez bagażu.
Wracałyśmy do albergue przez ślicznie podświetlone miasto. Ludzie siedzieli w knajpkach, jedli kolację i pili wino. Na moście ciągle grała muzyka.
Dzisiaj w schronisku nocuje nas dwanaścioro pielgrzymów. Na szczęście nie ma tu piętrowych łóżek, a materace są bardzo wygodne. Ledwie przyłożyłam głowę do „poduszki”, a już spałam snem sprawiedliwego. Piękny był dzisiejszy dzień.
Dzień VIII – 14 października, czwartek
- Ponte de Lima
- Viana do Castelo
- Ponte de Lima
Pobudkę zrobiłyśmy o 7.00 rano. Tutaj o tej porze jest zupełnie ciemno! Po prostu noc. Jak zwykle zaczęłyśmy od krótkiej toalety, pakowania plecaków i śniadania. Ruszyłyśmy wcześniej niż zwykle w drogę, niezbyt daleką, bo raptem dwukilometrową, do schroniska młodzieżowego w Ponte de Lima. Taka mała przeprowadzka. Dziś jedziemy autobusem do Viana do Castelo, niewielkiego miasteczka u ujścia Limy do Atlantyku. Znajduje się tam sanktuarium Santa Luzia, o którym słyszałam, że jest godne odwiedzenia.
Autobus miałyśmy o 10.00 rano. Pogoda była jak na zamówienie; słoneczna, bez jednej chmurki na niebie, a my w wyśmienitym nastroju. Podróż nie trwała długo, więc już o 11.00 wysiadłyśmy na dużym, eleganckim dworcu w Vianie, który znajdował się obok dworca kolejowego. Najpierw poszłyśmy zwiedzić stare miasto. Zatrzymałyśmy się na chwilę na skwerku pod platanami, by przyjrzeć się mapie i tam zgubiłam moją ukochaną „poddupówkę”, czyli malutką karimatę. Może komuś bardziej się przyda? Pierwsze kroki skierowałyśmy do informacji turystycznej po aktualny plan miasta. Wkrótce znalazłyśmy się przy romańskiej katedrze z XV wieku. Jest to monumentalna budowla z szarego kamienia, posiada dwie wieże zwieńczone blankami i jest przykładem średniowiecznej architektury obronnej. Z zewnątrz ładna, powiedziałabym dostojna, wewnątrz bardziej surowa niż kościoły dotychczas przez nas odwiedzane.
W uliczkach starego miasta można się rozkochać. Stoją tu kamieniczki, z malutkimi balkonikami, wyłożone ceramiką, przedstawiającą sceny z życia świętych, liczne kawiarenki i restauracyjki. Usiadłyśmy pod parasolami na Placu Republiki. Zamówiłyśmy kawę i ciasteczka. Miałyśmy stąd widok na zabytkowy ratusz i renesansową fontannę z 1535 roku, która jest dumą Viany. Potem udałyśmy się nad rzekę, żeby obejrzeć bardziej współczesny obiekt, a mianowicie dwupoziomowy, żelazny most zbudowany według projektu Gustawa Eiffla. Cacko. Akurat był w remoncie, wiec podziwiałyśmy go z nadrzecznego bulwaru.
Wreszcie nadszedł czas na odwiedzenie sanktuarium Santa Luzia. Znajduje się ono na wzgórzu o tej samej nazwie, skąd roztacza się wspaniały widok na Vianę, płynącą w dole rzekę, ocean i wspaniałe, szerokie plaże. Dostałyśmy się tam kolejką szynowo – linową. Kościół zbudowano na początku XX wieku na planie krzyża greckiego i jest on wzorowany na paryskim Sacre Coeur. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie wielkie rozety z przepięknymi witrażami oraz ogromna kopuła rozpięta nad świątynią. Wnętrze nie przypominało żadnego z dotychczas odwiedzanych kościołów. Jeden z bocznych ołtarzy poświęcony był św. Luzii, patronce chorych. We Vianie jest też szpital jej imienia. Na ołtarzu znajduje się przeźroczysta skrzyneczka, do której wierni wrzucają karteczki z prośbami o uzdrowienie i kładą plastikowe odpowiedniki chorych części ciała. Widziałam dwie pary oczu z fragmentem twarzy i głowę, leżącą osobno. Trochę dziwny zwyczaj…
Okolice Viany można także podziwiać spod kopuły świątyni, tylko trzeba się tam wspiąć po wewnętrznych schodach. W pierwszej chwili miałyśmy ochotę wdrapać się na górę, ale zrezygnowałyśmy, gdyż pogoda spłatała nam figla. Niby było ładnie i słonecznie, ale nad miastem zawisła mgła i przesłoniła widok. Zatarła się granica między niebem i oceanem.
Poszłyśmy na spacer w kierunku luksusowego hotelu, znajdującego się na samym szczycie wzgórza. Otaczał go piękny, zadbany ogród. Weszłyśmy do środka, chociaż zupełnie nie pasowałyśmy do tego wnętrza; w butach trekingowych, turystycznych spodniach, z niedbałymi fryzurami i szmacianymi siatkami przewieszonymi przez ramię. Recepcjonista dyskretnie spojrzał w naszym kierunku. Z półokrągłej, przeszklonej sali roztaczał się niebywały widok na niżej położone sanktuarium i hen, daleko na Vianę. Przy okrągłym stoliku, w wiklinowych fotelach siedziała para starszych ludzi elegancko ubrana. Miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie, do innej epoki.
Wróciłyśmy do miasteczka głodne i pełne wrażeń. Tutaj spotkała nas przykra niespodzianka. Okazało się, że wszystkie restauracyjki w mieście są zamknięte!!! Przerwa popołudniowa trwa tutaj od 15.00 do 19.00. Chodziłyśmy uliczkami licząc na cud. I rzeczywiście trafiłyśmy na jedyny bar serwujący ciepłe dania. Zjadłyśmy ogromną porcję ryby z ziemniakami w kształcie chipsów i sałatę. Do tego zamówiłyśmy piwo. Na przystawkę dostałyśmy specjalność zakładu: rybne pulpeciki i pierożki z krewetką.
Do Ponte de Lima dotarłyśmy po 19.00 spragnione jak smok wawelski. To wskutek rybnego obżarstwa. Nigdzie nie mogłyśmy znaleźć czynnego sklepu spożywczego. W końcu kupiłyśmy w jakiejś knajpce dwie butelki wody mineralnej i dwa piwa na wynos. W schronisku przydzielono nam czteroosobowy pokój z piętrowymi łóżkami. Warunki były skromne, ale niczego nie brakowało, Były nawet prześcieradła, powłoczki i koce. W recepcji poinformowano nas, że śniadanie będzie nazajutrz o 8.30.
Na pierwszy ogień poszło piwo. Niestety, nie zabrałyśmy z domu otwieracza. Danusia namęczyła się otwierając butelki nożem. Po piwie była herbata i jeszcze jedna herbata. Nie mogłyśmy ugasić pragnienia. W końcu położyłyśmy się do łóżek. Jutro czeka nas trasa do Rubiaes.
Dzień IX – 15 października, piątek
Trasa:
- Ponte de Lima
- San Pedro
- Fonte Tres Bicas
- Labruja
- Crus Dos Franceses
- Portela Grande
- Rubiaes
Wyruszyłyśmy na szlak o 9.20. Najpierw wydawało nam się, że dzień będzie pochmurny i deszczowy. Chmury wisiały nisko nad górami, a dalszych partii gór w ogóle nie było widać. Jakby tonęły w deszczu. Zastanawiałam się, co na siebie włożyć. W końcu wyszłam w tym, co zwykle, tylko narzuciłam jeszcze polar.
Żegnamy cię, Ponte de Lima. Ostatni raz przeszłam starą, platanową aleją i średniowiecznym mostem na drugą stronę rzeki. Minęłyśmy nasze albergue. Miasto dopiero budziło się do życia. Szlak wkrótce powiódł nas ścieżkami wśród pól i winnic, wzdłuż Limy. Piękna, portugalska jesień! Słońce wyjrzało zza chmur i znów zrobiło się gorąco. Polar powędrował do plecaka. Na łące, pod laskiem natknęłam się na rodzinę kani. Widocznie nikt tutaj nie zbiera tych grzybów.
Słońce ma niesamowitą moc wydobywania przeróżnych zapachów; wędrując Camino można doświadczyć jak pachną eukaliptusowe drzewa, poszycie leśne, kolorowe liście w winnicach, zorana ziemia…
Zatrzymałyśmy się na kawę w przydrożnym barze, obok hodowli pstrągów. W lesie, z dala od cywilizacji, w naturalnym, kamiennym basenie pływała niezliczona ilość ryb. Obok płynęła rzeka, szemrząc i skacząc po kamieniach. Wtórowały jej ptaki.
Danusia pierwsza ruszyła znowu na szlak, ja zostałam jeszcze chwilę, tak tu było pięknie. Wkrótce pojawili się kolejni pielgrzymi spragnieni kawy i odpoczynku. Dalsza droga prowadziła niewielkim laskiem w pobliżu autostrad i polnymi, kamienistymi ścieżkami wśród winnic. Słońce przygrzewało coraz mocniej. Towarzyszyła nam rzeka Labruja. Słyszałyśmy jej odgłosy gdy przeskakiwała głazy i progi. Raz miałyśmy ją po lewej, to znów po prawej stronie. Minęłyśmy wioskę San Pedro z małą, przydrożną kapliczką. Wokół pojawiły się zielone, pokryte lasami góry. Gdzieniegdzie jeszcze widać było wioski przyklejone do zboczy z charakterystycznymi sylwetkami kościołów. Szlak znowu zbliżył się do rzeki. Jakiś niewielki dopływ wskakiwał z impetem w jej objęcia. Miejsce to nazywa się Fonte Tres Bicas. Tutaj zarządziłyśmy postój i małe co nieco. Po odpoczynku i posiłku, gdy zaczęłam pakować swoje manatki, z przerażeniem zauważyłam, że nie ma mojej saszetki z dokumentami i pieniędzmi. Miejsce, w którym zawsze ją wkładam było otwarte i puste. Wpadłam w panikę. Danusia ze spokojem poradziła, bym dokładnie sprawdziła zawartość plecaka. Wydało mi się to bezcelowe, bo zawsze trzymam dokumenty w określonym miejscu, ale posłusznie zaczęłam sprawdzanie. Jest! Saszetka leżała sobie jak gdyby nigdy nic w przegródce z notatkami i okularami. Pewnie potrzebowała towarzystwa. Uff… odetchnęłam z ulgą.
W dalszej drodze minęłyśmy jakąś malutką wioskę, pewnie Labruję – tak też nazywa się rzeka wzdłuż której idziemy - i zagłębiłyśmy się w las. A tam… siusiające drzewo! Przynajmniej tak wyglądało z daleka. Gdy podeszłyśmy bliżej, okazało się, że tuż za drzewem była rura, z której tryskała woda. Wyglądało to bardzo zabawnie.
No i zaczęło się podchodzenie! Kamienista, leśna dróżka poprowadziła nas stromo do góry. Po drodze minął nas młody człowiek, Argentyńczyk. Pchał rower po tych wertepach, bo nie dało się jechać. Zastanawiałam się, czy to jest jedyna trasa, czy może cykliści mają jakąś alternatywę. Ale nie znalazłam odpowiedzi.
Na szlaku, za którymś zakrętem i podejściem stał kamienny krzyż. Ktoś przywiesił na nim muszlę, symbol naszej pielgrzymki. Krzyż nazywa się Crus Dos Franceses. Tutaj prawdopodobnie pielgrzymi zostawiają kamienie, które symbolizują intencje niesione do św. Jakuba.
Droga teraz wiodła ciągle pod górę. W pobliżu zabudowań Portela Grande zaczęło się wreszcie schodzenie. Niestety też po kamieniach i to niemałych. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie skręcić nogi. Wreszcie zeszłyśmy na łąki i pola. Ludzie pracowali przy zbiórce pozostałości po kukurydzy. Wypatrywałyśmy z utęsknieniem albergue. Na szlaku pojawiła się informacja, że do schroniska mamy jeszcze dwa kilometry, drogą przez las. W końcu zobaczyłybyśmy skąpany w słońcu, niewielki, ładny budyneczek, z ogródkiem i patio.
Schronisko w Rubiaes znajduje się w budynku po dawnej szkole podstawowej i może pomieścić 34 pielgrzymów. Są tu dwie sypialnie z piętrowymi łóżkami, kuchnia, salonik, recepcja, sanitariaty i pralnia. Nocleg jest donativo, więc do skrzyneczki wrzuciłyśmy po trzy euro.
W recepcji nie było nikogo. Zajęłyśmy łóżka w sali na pięterku, do której chyba nikt dzisiaj nie zaglądał. Inni pielgrzymi ulokowali się w znacznie większym pomieszczeniu, na parterze, naprzeciwko sanitariatów. Jak nakazuje rytuał, zaczęłyśmy od kąpieli, prania i jedzenia. Dzisiaj w schronisku jest towarzystwo światowe; małżeństwo z Korei Południowej w wieku 67 i 64 lata, studentka Lucy z Australii, czwórka Niemców, trójka Brazylijczyków i… sama nie wiem kto jeszcze. Nawet jest nas sporo. Wszyscy spotykają się w saloniku obok kuchni. Można tu pogawędzić, poczytać, przygotować się do kolejnego odcinka Camino. Ciekawe są rozmowy z innymi pielgrzymami. Prawie każdy sporządza jakieś notatki. Koreańczycy zapisują je dziwnymi krzaczkami. Jak oni mogą to potem rozczytać?
Na dworze, po zachodzie słońca zrobiło się bardzo zimno. W schronisku nie działało ogrzewanie, pranie nie schło, nawet w śpiworach nie było nam ciepło.
Spojrzałyśmy na mapy. Następnym etapem będzie pewnie Valenca, ostatnie miasto na granicy z Hiszpanią.
| « Poprzednia strona | Część III | Następna strona » |