Lucyna Szomburg
CAMINO PORTUGALSKIE
| « Poprzednia strona | Część V | Następna strona » |
Dzień XIII – 19 października, wtorek
Trasa:
- Redondela
- Arcade
- Pontesampaio
- Pontevedra
Pobudkę zrobiłyśmy o 7.00. Wszyscy mniej więcej wstają o tej porze. Trudno nam przyzwyczaić się do kompletnej ciemności. W dodatku każdy ranek jest zimny, żeby nie powiedzieć mroźny.
Szłyśmy kamiennymi ulicami, które wkrótce wyprowadziły nas na obrzeża miasta. Okrążyłyśmy częściowo zatokę i zagłębiłyśmy się w las. Po drodze mijałyśmy charakterystyczne, galicyjskie spichlerze na wysokich nogach, z krzyżem u szczytu. Wiele domów zarówno w Portugalii jak i w Hiszpanii ozdobionych jest świętymi obrazkami z ceramiki, na podwórkach i przy drogach stoją kamienne krzyże i kapliczki.
Słońce dość szybko wspięło się na firmament i znów zrobiło się przyjemnie ciepło. Las eukaliptusowy wydzielał intensywny zapach.
W miejscowości Arcade, przy bardzo ruchliwej szosie wypiłyśmy poranną kawę z rogalikiem i znów wyruszyłyśmy na szlak. W pewnym momencie ukazał się przed nami stary, pamiętający chyba jeszcze czasy rzymskie, a na pewno średniowieczne, most Pontesampaio. Był wąski, kamienny i łączył brzegi rzeki Rio Verdugo. Zatrzymałyśmy się by zrobić pamiątkowe zdjęcia. Imponująca budowla. Miejscowość Pontesampaio leży na wzgórzu. Dalsza trasa prowadziła więc ślicznymi, ciasnymi uliczkami, które wznosiły się ku niebu. Po chwili znów zagłębiłyśmy się w las. Dzisiejsza trasa jest piękna; lasy, winnice, pola, kamienne i ziemne ścieżki… A pogoda? Wymarzona! Słońce, błękit nieba, żadnej chmurki i rozkosznie ciepło. Zatrzymałyśmy się w jakiejś malutkiej wiosce pod baldachimem krzewów kiwi, prowadzonych jak winnice. Obok kobieta sprzedawała kiepską kawę. Ale była miła. Odpoczywałyśmy w cieniu kiwi przyglądając się igraszkom kotów. Stąd do Santiago pozostało mniej niż 70 km.
Wokół nas pojawiła się cudna, galicyjska jesień. Otoczyła nas wiejska cisza, tylko ptaki świergoliły z zapałem i gdzieś daleko rozdzwoniły się kościelne dzwony. Przypomniało mi się moje dzieciństwo w Brzeźnie, wrześniowy sad, owoce na drzewach, tato strzygący żywopłot przed zimą i zapach. Zapach tamtych jesieni.
Dzisiejszy dzień był piękny, ale z lekka zwariowany. Wyszłyśmy z baru kawowego pod krzewami kiwi na polną drogę i powędrowałyśmy do Pontevedra. Minęłyśmy dziewiętnastowieczną kaplicę św. Marty i po przejściu niewiele ponad 3 km dotarłyśmy do schroniska. Na szczęście niezbyt długo musiałyśmy iść przedmieściami tego nieco większego miasta. Albergue było nowe, zadbane i komfortowe. W naszej sali znajdowało się 40 łóżek. Niemal wszystkie były już zajęte. Sporo osób wybrało się na październikową pielgrzymkę.
Po kąpieli i praniu udałyśmy się do miasta. Centrum znajduje się w odległości około półtora kilometra od schroniska. Zachwyciła nas starówka, zabytkowe budowle i kościoły. Tutaj znajdują się też ciekawe muzea, ale z braku czasu i późnej pory zrezygnowałyśmy z ich zwiedzania. Skupiłyśmy się na kościołach. Najpierw odwiedziłyśmy kościół Panny Marii Pielgrzymującej, potem bazylikę Najświętszej Marii Panny z cudnym ołtarzem głównym i ołtarzami bocznymi. Te arcydzieła poświęcone są Maryi i Chrystusowi. Bazylikę wybudowano za pieniądze marynarzy i ludzi związanych z morzem. Odwiedziłyśmy jeszcze ruiny konwentu św. Dominika i skromny kościół św. Franciszka. W końcu postanowiłyśmy znaleźć jakąś knajpkę, żeby zjeść porządną kolację. Niestety, wszystkie restauracje otwierano dopiero o 20.00, a my umierałyśmy z głodu. Wróciłyśmy więc w pobliże naszego schroniska, gdzie serwowano menu pielgrzyma za 7,50 euro. Pyszne! Zjadłyśmy sałatę mixta, ośmiornicę z ziemniakami, krem flan i butelkę doskonałego wina. Teraz trochę szumi mi w głowie. Pora iść spać.
Dzień XIV – 20 października, środa
Trasa:
- Pontevedra
- Goxilde
- San Mauro
- Briallos
- Caldas de Reis
Wstałyśmy o 7.00. Wszyscy powoli zbierali się już do wyjścia. Czekałyśmy niemal do 9.00, bo dopiero o tej porze otwierają sklepy. Musiałyśmy zaopatrzyć się w żywność na kolejny dzień. Na dworze było bardzo zimno, zaledwie 6 stopni C. W mieście kupiłyśmy ciabatę, dwa jabłka i serek Filadelfia, po czym ruszyłyśmy raźnym krokiem przed siebie. Przyczyną szybkiego marszu nie była nasza determinacja jak najwcześniejszego dotarcia do Santiago ale przenikliwe zimno. Przed opuszczeniem miasta zdecydowałyśmy się jeszcze wypić gorącą kawę w przydrożnym barze. Po wczorajszej obfitej kolacji wcale nie czułam głodu.
W końcu wyszłyśmy za miasto i sennymi, asfaltowymi uliczkami zaczęłyśmy piąć się w górę. Idąc wśród pól a potem laskiem dotarłyśmy do kościółka Santa Maria de Alba. Obok znajdował się niezwykły cmentarz z piętrowymi, marmurowymi grobowcami. Uzmysłowiłam sobie, że Hiszpania jest zbudowana na skałach i niezwykle trudno byłoby wkopywać się w „ziemię”. Kościół niestety był zamknięty.
Kolejną miejscowością na trasie była Goxilde z kaplicą św. Kajetana. Danusia zatrzymała się, by uwiecznić ją na zdjęciu. Jeden z wnuków Danki ma na imię Kajetan i na pewno ucieszy się widząc kościółek poświęcony swojemu patronowi.
Droga znów poprowadziła nas w górę. Szłyśmy teraz przez intensywnie rozbudowujące się tereny, wszędzie wzmożony ruch, place budowy, wielkie ciężarówki, nieciekawie… W końcu dotarłyśmy do szosy szybkiego ruchu w okolicy miejscowości San Mauro. Przy drodze napotkałyśmy bar, gdzie wreszcie można było zjeść śniadanie – kupioną rano ciabatę z Filadelfią. Lucy, która szła z nami, czuła się źle, przeżywała kryzys. W pewnym momencie rozpłakała się i nie była w stanie dalej iść. Postanowiłyśmy dłużej odpocząć, aby nabrała sił. Minęła 12.00 w południe. Zatelefonowałam do Janka z życzeniami. Dokładnie o tej porze 37 lat temu braliśmy ślub w maleńkim kościółku św. Antoniego w Brzeźnie. A teraz ja jestem tutaj, w Hiszpanii, w drodze do św. Jakuba.
Dalsza droga przez krótki odcinek prowadziła w dół i znów zaczęła piąć się w górę. Kiedy skończy się podchodzenie? Mam wrażenie, że ciągle gdzieś się wspinamy, jakby Santiago było na jakimś mitycznym szczycie. Gdy dotarłyśmy do kolejnego baru okazało się, że dopiero teraz znajdujemy się rzeczywiście w San Mauro. Jak nazywała się poprzednia miejscowość? Nie wiadomo. Okazuje się, że mamy zbyt schematyczne mapy.
Trasa znów wiodła pod górę, trochę lasem, trochę polami, ale głównie asfaltem. Przeszłyśmy przez most na rzece Rio Agra i znalazłyśmy się przy kolejnym barze na szlaku. Był pięknie położony, z widokiem na zielone, zalesione góry, z ławkami i stołami pod cienistą wiatą. Wreszcie zrobiło się gorąco jak w lecie. Zamówiłam zimne piwo i rozłożyłam notatki. Danusia poszła dalej. Chciałam ją zawołać, zatrzymać w tym urokliwym miejscu, ale nie usłyszała. Szkoda. Znów zrobiło się cudnie; piękna, letnia pogoda, choć wokół jesień. Na polach rozsiadły się wielkie, pomarańczowe dynie, a pozbawione owoców winne krzewy złociły się w słońcu i czerwieniły.
Miejsce, które tak mnie urzekło jest przypisane do miejscowości Barro. Niechętnie ruszyłam znowu na szlak. Miałam ochotę zatrzymać czas.
Danusia czekała na mnie przy drodze. Domyśliła się, że zostałam w barze, ale nie zamierzała wracać. Odpoczywała na łonie natury. Ruszyłyśmy razem w dalszą drogę. Dzisiejsza trasa była nawet ładna, chociaż większa jej część prowadziła asfaltem. Wkrótce minęłyśmy bardzo stary, kamienny krzyż de Amonisa. Piękne są hiszpańskie krzyże, smukłe, postawione na postumencie, górujące nad otoczeniem. Pierwotnie zamierzałyśmy nocować w schronisku w Briallos, ale szło się nam tak dobrze, że zmieniłyśmy plany. Postanowiłyśmy pójść dalej, do Caldaz de Reis, a to kolejne 5 km. To była dobra decyzja. Szłyśmy boczną drogą, wzdłuż szosy, wśród jesiennych winnic i pól. Gdzieś na trasie napotkałyśmy źródełko z pyszną wodą do picia. Taka drobna przyjemność. Do Caldas de Reis dotarłyśmy zmęczone o wpół do szóstej. W schronisku było sporo pielgrzymów. Prawie wszyscy znamy się już z widzenia, mijamy i pozdrawiamy na szlaku. Teraz zajęliśmy niemal wszystkie miejsca w wieloosobowej sali.
Nasze albergue znajduje się obok starego, średniowiecznego mostu. Znajduje się tu 36 miejsc do spania, sanitariaty, pralka za 6 euro i suszarka za kolejne 6 euro. Natomiast brak jest kuchni. Schronisko wyposażone jest w mikrofalę i niewielką ilość naczyń, a także w czajnik elektryczny. Koszt noclegu to 5 euro. W Hiszpanii nie spotykamy się z donativo, wszędzie jest ustalona sztywna cena. Główną zaletą albergue w Caldas de Reis było to, że nie trzeba było opuszczać go przed 8.00 rano. Można było poczekać aż się rozjaśni.
Miasteczko słynie z leczniczych wód termalnych. Zjeżdżają się tu kuracjusze z całego kraju. My również skorzystałyśmy z dobrodziejstwa tych źródeł. W pobliżu schroniska jest fontanna z leczniczą wodą. Usiadłyśmy na cembrowinie i poddałyśmy obolałe stopy naturalnemu masażowi wody o temperaturze 38 stopni. Fantastyczne uczucie. Miejscowi ludzie przychodzili i nabierali tę wodę do butelek. Ponoć picie jej też służy zdrowiu. Po krótkim odpoczynku wybrałyśmy się na zakupy żywnościowe. Kupiłyśmy chleb, serek topiony, jabłka i jogurty. To wszystko na jutro. Wieczorem postanowiłyśmy zjeść kolację w miejscowej knajpce. Menu peregrino kosztowało 7 euro i niestety, nie było rewelacyjne.
Dzień XV – 21 października, czwartek
Trasa:
- Caldas de Reis
- Campo
- Herbon
Dzisiaj spałam dłużej, niż zwykle, bo do 7.30. Danka przez pomyłkę wstała godzinę wcześniej. Na dworze ciągle było ciemno i zimno. Powoli zbierałam się do drogi. Nawet udało mi się przed wyjściem zjeść śniadanie. W końcu, o 9.00 wyruszyłyśmy na szlak. Lucy z nami. Nareszcie poprowadzono Camino piękną trasą, polno – leśnymi drogami. Słoneczko znowu nam przyświecało, chociaż było raczej chłodno. Założyłam polar o jesiennych barwach. Zmęczenie z poprzedniego dnia minęło bez śladu. Szłyśmy raźnym krokiem. Szlak był bardzo dobrze oznakowany więc po dwóch godzinach dotarłyśmy do miejscowości Campo. Zatrzymałyśmy się w przydrożnym barze na pyszną kawę i półgodzinny odpoczynek. Potem znów powędrowałyśmy pięknymi drogami i dróżkami. Znów zrobiło się ciepło i mogłam zdjąć polar. Mijałyśmy stare, kamienne wioski, kościoły i przedziwne cmentarze. Jesień w Hiszpanii jest podobna do polskiej, lecz trochę później opadają tu liście. Kolorowo i cudnie. W ogrodach jeszcze kwitną kwiaty, a na polach dojrzewa kiwi. Wszędzie można spotkać galicyjską kapustę na wysokiej nodze. Mijałyśmy też grządki małych, czerwonych papryczek. Nastała pora zbiorów.
Miłą niespodzianką na szlaku była szkoła na końcu pewnej wioski, a dokładnie jej okno wyklejone kartkami z życzeniami miłej drogi w ponad dwudziestu językach.
Większość pielgrzymów wędrowała na nocleg do schroniska w Padron. Razem z nimi Lucy. My postanowiłyśmy pójść alternatywnym Camino, zbaczając nieco z trasy, do konwentu franciszkanów w Herbon. Szlak poprowadzono cudowną trasą, wśród lasów, uprawnych pól, przez malutką, zapomnianą wioskę, wzdłuż niezwykle pięknej rzeki aż do wysokich, omszonych murów otaczających tajemniczy, ukryty w zieleni konwent. Znalazłyśmy się na dziedzińcu kościółka, tuż pod drzwiami albergue. Wokół panowała święta cisza. Schronisko otwierano o szesnastej. Miałyśmy godzinę na rozejrzenie się po okolicy.
Miejsce okazało się cudowne. Obok konwentu był park ze starymi, poskręcanymi czasem i wiekiem drzewami, obrośniętymi bluszczem. Klasztor otaczały góry, zielone i łagodne, w dole płynęła rzeka przeskakując niewielkie progi. Gęste krzewy i drzewa pochylały się nad wodą.
Poczułam zmęczenie i senność. Usiadłam na murku, w cieniu i przymknęłam oczy. Usłyszałam Ciszę. Byłyśmy tutaj tylko we dwie. Czy ktoś jeszcze tu zawita?
Przyszły trzy sympatyczne Niemki i Japonka. A więc w sumie jest nas sześć osób. Hospitaleros to Polacy, Anna i Czesław. Anna świetnie mówi po hiszpańsku i po angielsku. Wolontariat ich przypada na dwa ostatnie tygodnie października, potem schronisko będzie zamknięte. Swoje podwoje otworzy znów 1 kwietnia. W konwencie nie ma ogrzewania, w salach jest bardzo zimno, dlatego schronisko nie może być czynne cały rok. Myślę, że w upalne, letnie dni taki chłód jest wybawieniem.
W schronisku jest bardzo miło i rodzinnie. Tutejszym zwyczajem jest goszczenie pielgrzymów kolacją i śniadaniem. Wieczorem w kościółku konwentualnym odbywają się nieszpory, a rano Msza św. W klasztorze mieszka teraz tylko trzech braci. Budynki ustawione w czworobok powoli rozsypują się, przemijają… Budowę klasztoru zapoczątkowano w 1390 roku. Teraz wymagają ogromnych nakładów na remonty. Franciszkanie podpisali umowę z władzami Santiago, że w dwóch częściach tego kompleksu znajdzie siedzibę Uniwersytet Galicyjski, w jednej schronisko dla pielgrzymów, a ostatnia, niewielka pozostanie klasztorem. Udostępniono nam do zwiedzania część starych pomieszczeń. Obejrzałyśmy przestronną kuchnię z paleniskiem, ogromnymi fajerkami i kominem, który jednocześnie był wywietrznikiem i sięgał samego dachu, potem refektarz z kamienną amboną, gdzie dawniej jeden z wyznaczonych braci w czasie posiłku czytał Pismo św. W refektarzu wisiał też obraz przedstawiający ostatnią wieczerzę. Wewnątrz czworoboku konwentu św. Franciszka znajduje się patio, taki wewnętrzny dziedziniec. Pośrodku niego stoi kamienny krzyż, charakterystyczny dla Galicji; z jednej strony jest Chrystus ukrzyżowany, z drugiej Matka Boska z Dzieciątkiem na ręku. Wzdłuż murów dziedzińca biegną podcienia. Na ścianach umieszczono stacje drogi krzyżowej.
Śpimy w dość dużej, przestronnej sali oddzielonej od części wspólnej kotarą. Na zewnątrz znajduje się rozległy ogród a w nim drzewa owocowe; mandarynki i pomarańcze a także ozdobne, lecz nieznane nam kamelie. Zakwitną dopiero w listopadzie, gdy my będziemy w Polsce. Ciekawe, jak wygląda drzewko kameliowe poryte kwieciem?
Usiadłam na trawie, przed schroniskiem. Mimo że minęła 18.00 słoneczko nadal mocno przygrzewało. Pięknie. Cisza… Dochodził tylko delikatny szum źródełka św. Franciszka. Tryska nieopodal, w cieniu wiekowych drzew. Wybudowano tam niewielką kapliczkę i ustawiono kamienne ławki. W upalne dni jest miejscem wytchnienia i medytacji.
Zmrok zapadł nagle, znienacka. Powiało chłodem. Anna i Czesław zaprowadzili nas do kościoła na liturgię godzin. Szliśmy w kompletnych ciemnościach labiryntem korytarzy i podcieniami otaczającymi dziedziniec. Drogę wskazywało nam światełko malutkiej latarki. Zapewne przez całe wieki przemierzali w ciszy tę drogę mnisi udając się ze swoich cel na wieczorną modlitwę. Kościółek był stary i piękny. Wewnątrz panował półmrok sprzyjający skupieniu. Liturgię godzin odprawiał bardzo stary zakonnik, Jose Maria. Ma 89 lat, jest niewysoki i bardzo chudziutki, lecz emanuje z niego dobroć i uduchowienie.
Anna i Czesław przygotowali kolację dla wszystkich pielgrzymów; sałatę, zielone papryczki, z których słynie Herbon i Padron, makaron na ciepło z pysznym sosem, chleb, masło wędliny, herbatę, białe wino… Jednym słowem UCZTA. I rozmowy, rozmowy, rozmowy… Nie chciało nam się kończyć tej kolacji. W końcu zwyciężył rozsądek. Jutro czeka nas dalsza wędrówka, św. Jakub wzywa.
W sali sypialnej zrobiło się bardzo zimno. Dostałyśmy dodatkowe koce. Na zewnątrz panowała kompletna cisza, na firmamencie zawisł księżyc w pełni. Wtuliłam nos w śpiwór i na wszelki wypadek włożyłam sweter. Spało się naprawdę zdrowo i wspaniale.
| « Poprzednia strona | Część V | Następna strona » |