Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
CAMINO PORTUGALSKIE

Dzień XVI – 22 października, piątek


 Trasa:

  1. Herbon
  2. Teo
  3. Santiago de Compostela

Rano, o 7.30 nasi hospitaleros przygotowali dla nas śniadanie, po czym udaliśmy się znaną drogą na Mszę św. Odprawiali ją dwaj księża; Jose Maria i drugi, znacznie młodszy zakonnik wesołego usposobienia. Kościół oświetlony był tylko światłem ołtarza, wydawał się przytulny i ciepły.

Nadeszła pora, by pożegnać gościnne progi choć wcale nie miałyśmy na to ochoty. Zwlekałyśmy z opuszczeniem schroniska. W końcu, chyba wpół do jedenastej, jako ostatnie wyruszyłyśmy na szlak. Ania i Czesław odprowadzili nas do bramy i wskazali drogę do Padron. Pogoda chyba zaczęła się zmieniać, bo na niebie pojawiło się sporo chmurzastych obłoków. Poranek był chłodny i mimo że zbliżało się południe, nadal było zimno. Szłyśmy rześkim krokiem w terenie zabudowanym. Na skraju miasteczka wstąpiłyśmy do baru na kawę, by się trochę rozgrzać. Znad pól wstawały mgły.

Mijałyśmy po drodze stare kościoły i piętrowe cmentarze, szlak wiódł wąskimi uliczkami starych, kamiennych wiosek, klucząc między domami. W jednej z takich wiosek przysiadłyśmy na murku i zjadłyśmy kanapki z serem popijając wodą. Na dworze zrobiło się wreszcie ciepło i słonecznie. Pola pachniały jesienią chociaż w ogrodach kwitło jeszcze wiele kwiatów, jakby lato nie miało zamiaru ustąpić miejsca kolejnej porze roku. Zbliżałyśmy się do schroniska w Teo z myślą, że tam wypadnie nasz nocleg. Gdy dotarłyśmy na miejsce dochodziła 15.00. Niebo zaczęło się chmurzyć i spadł pierwszy deszcz. Nie mogłyśmy się zdecydować, czy zostać ze względu na pogarszającą się pogodę, czy jednak pójść dalej. W schronisku była już Lucy. Ucieszyła się na nasz widok. Po chwili wpadła z zakupami zrobionymi w pobliskim barze Nadia, Niemka, czy też Angielka, trudno powiedzieć. Rodzice jej są rozwiedzeni, ojciec mieszka w Niemczech, matka zaś w Anglii. Przyniosła hiobowe wieści; po pierwsze, od dzisiaj przez kilka dni mają padać deszcze, a po drugie, zbankrutowały linie lotnicze Ryanair. Ogarnęła mnie dzika radość. Zaczęłam się śmiać. Jak wrócimy do Polski? Mamy właśnie bilety tego Towarzystwa! Może autostopem przez Europę? Czy my, stare kobiety mamy jeszcze szansę na taką formę podróży? Czy w ogóle ktoś na nasz widok zatrzyma się na szosie? Coraz bardziej bawiła nas perspektywa przeżycia takiej przygody. Nadia przysięgała, że wstrzymano loty Ryanaira w całej Europie i że widziała w telewizji ludzi koczujących na lotniskach. Zatelefonowałam do dzieci, by jednak szukały dla nas jakichś rozwiązań, same zarzuciłyśmy plecaki na ramiona i ruszyłyśmy w drogę. Deszcz przestał padać i niebo trochę się przejaśniło. Lepiej z powodu niekorzystnych prognoz być bliżej Santiago.

Wkrótce okazało się, że do Polski nie dotarły żadne wieści o plajcie Ryanaira, a chmury deszczowe też gdzieś odpłynęły. Zrobiło się ciepło, szłyśmy zgrzane. Szlak był piękny, wiódł lasem i polami. Miałyśmy zamiar znaleźć nocleg w pobliżu Santiago, ale przy szlaku były tylko drogie hotele i pensjonaty. Zboczyłyśmy z trasy na odległość 1 km, jednak ciągle było drogo. Nocleg w prywatnych domach kosztował 40 euro. Wróciłyśmy na szlak. Planowałyśmy zakończyć naszą pielgrzymkę w sobotę, tymczasem wszystko wskazywało na to, że zakończymy ją dzisiaj.

Do schroniska w Santiago de Compostela dotarłyśmy o 21.00, klucząc uliczkami miasta. Gdzieś po drodze zgubiłyśmy żółte strzałki. Na dworze zrobiło się ciemno i zimno. Byłyśmy już porządnie zmęczone i głodne. Nocujemy w Seminario Menor, tam gdzie spałam sześć lat temu, w ogromnej sali z wieloma pielgrzymami. Św. Jakubie, oto jesteśmy, ale odwiedzimy ciebie w katedrze dopiero następnego dnia.

Ze zdziwieniem zauważyłam, że w dużej sali na trzecim piętrze prawie wszystkie łóżka były zajęte. Skąd o tej porze roku tylu pielgrzymów? Obok mnie zajął miejsce młodziutki, przystojny Rosjanin z Rostowa. Do tej pory nie spotkałam na szlaku Rosjan. Camino nie jest znane w Rosji. Sasza, bo takie jest jego imię, najpierw przeczytał książkę Paulo Coelho „Pielgrzym”. Ale to jeszcze nie zdecydowało o jego wędrówce. Potem poznał młodą, ładną Hiszpankę, która uczyła w Rostowie hiszpańskiego. Od niej dowiedział się znacznie więcej o Camino. Wówczas zaświtała mu myśl, by udać się w Drogę, ale zabrakło czasu, pieniędzy i być może determinacji. Wkrótce poważnie zachorował. Pomyślał, że to jest znak od Boga, że powinien ruszyć na Camino. Gdy tylko powziął decyzję o pielgrzymce wówczas wydarzył się cud, natychmiast wyzdrowiał. I tak znalazł się na swoim Camino. Wyruszył z Pamplony i szedł Drogą Francuską. W jednym ze schronisk napotkał wpis innych Rosjan, którzy wybrali się tu w poszukiwaniu Świętego Graala. I chyba byli to wszyscy obywatele Rosji, którzy zawitali w tym roku na Camino.

Gdy siedziałyśmy na łóżkach zmęczone dzisiejszą wędrówką, naszą rozmowę usłyszał Michał, sympatyczny, młody Polak z Łowicza, który pielgrzymuje rowerem. Przyszedł do nas porozmawiać i podzielić się piwem. Za jakiś czas dołączył Ryszard, Polako – Niemiec, z winem tinto. Tak się zagadaliśmy, że nie zauważyliśmy, kiedy zrobiła się 23.00. Ludzie chcieli spać, a my przeszkadzaliśmy im rozmowami. Musieliśmy się rozstać. Michał planuje zrobić jakąś audycję radiową o Camino.

W nocy nie mogłam spać. Znowu dopadła mnie bezsenność.

Dzień XVII – 23 października, sobota


  1. Santiago de Compostela

W sobotę rano musiałyśmy opuścić salę przed 9.30 i znieść na dół nasze ciężkie plecaki. Taka jest procedura, gdyż przed południem odbywa się sprzątanie schroniska. Można uniknąć pakowania się i „przeprowadzki”, gdy jest się w jednoosobowej celi. Pielgrzymi mają więc do wyboru albo wielkie dormitorium na kilkadziesiąt osób, albo jedynkę. Postanowiłyśmy wziąć na kolejne noce po takiej jedynce. Zawsze to trochę intymności, no i nie trzeba codziennie powtarzać rytuału pakowania i rozpakowywania plecaków, znoszenia ich z trzeciego piętra na poziom minus jeden. Koszt noclegu w pojedynczej celi to 15 euro, natomiast w wieloosobowej sali – 10 euro.

Zjadłyśmy skromne śniadanie w schroniskowej kuchni i udałyśmy się do miasta po Compostelę i do katedry. Na szczęście zdążyłyśmy do biura pielgrzyma przed pierwszą falą pątników przybywających tego dnia do Santiago więc niezbyt długo stałyśmy w kolejce po certyfikat. Na podstawie paszportów pielgrzyma otrzymałyśmy karty rabatowe na kolej. Przydadzą się przy kupnie biletów do Barcelony, skąd mamy lot do Gdańska. Koszt biletu dla jednej osoby to 66 euro. Bez zniżki byłoby drożej. Za podobną kwotę można prawdopodobnie polecieć z Santiago do Barcelony samolotem, ale chciałam przejechać przez Hiszpanię pociągiem, aby jeszcze raz popatrzeć na krajobrazy i miasta, które mijałam sześć lat temu wędrując szlakiem francuskim. Taka podróż sentymentalna…

W biurze, na parterze pielgrzymi pozostawiają swoje kosturki. Jest ich cała masa; mniejsze, większe, grubsze, chudsze, do wyboru, do koloru. Zaraz obok biura znajduje się katedra i… wielka kolejka do grobu św. Jakuba. Postanowiłyśmy w niej stanąć, bo i tak nie miałyśmy nic lepszego do roboty. Do schroniska nie mogłyśmy wrócić, bo jeszcze było zamknięte, więc ustawiłyśmy się na końcu ogonka. W Santiago zrobiło się zimno i pochmurno. Dobrze, że skończyłyśmy nasze pielgrzymowanie przed zmianą pogody. Po godzinie czekania przyszła nasza kolej na uściskanie św. Jakuba, potem zeszłyśmy do krypty, gdzie jest srebrna skrzynia z relikwiami świętego. W katedrze stało mnóstwo rusztowań. Gdzieś zabrano botafumeiro, chyba do renowacji. A więc nie będziemy miały okazji zobaczyć tej niewątpliwej atrakcji. Poczułam się rozczarowana. Liczyłam że w roku świętym, ta wielka kadzielnica fruwa na każdej Mszy św. Również ograniczono dostęp do figury mistrza Mateo, ogrodzono ją i nie można było włożyć rąk w specjalne otwory, co dotychczas należało do rytuału. Katedra i miasto przygotowywały się do wizyty papieża, która ma nastąpić 6 listopada. Nas jednak już tu nie będzie.

Zatrzymałyśmy się w jakiejś małej kawiarence na mieście. Byłyśmy tak zmarznięte, że postanowiłyśmy trochę się ogrzać. Potem ruszyłyśmy na dworzec kolejowy po bilety do Barcelony. Nie mogłam sobie przypomnieć, którędy trzeba iść, więc błądziłyśmy uliczkami miasta, zanim dotarłyśmy na miejsce. Po drodze wstąpiłyśmy do kafejki internetowej, aby wydrukować bilety lotnicze do Gdańska. Załatwiłyśmy więc wszystkie najważniejsze sprawy. Pooglądałyśmy jeszcze sklepy z pamiątkami i kupiłyśmy muszle św. Jakuba na prezenty dla bliskich. Mimo, że to koniec października, jeszcze sporo pielgrzymów przybywało do Santiago. Na pewno rok święty przyciąga więcej caminowiczów niż inne lata.

O wpół do dziewiątej wieczorem udałyśmy się do katedry na uroczystości specjalnie przygotowane dla pielgrzymów. Ksiądz zaprowadził nas na wewnętrzny dziedziniec świątyni, który zwykle jest niedostępny dla zwiedzających. Tam rozpalono malutkie ognisko, do którego wrzucaliśmy czarne karteczki – symbol grzechów. Niech spłoną! Potem wróciliśmy do katedry i usiedliśmy w stallach przy głównym ołtarzu. Św. Jakub był tuż, tuż, nad nami. Pielgrzymi dzielili się swoimi przeżyciami z Camino. Potem dość długo przemawiał do nas ksiądz, ale niestety w języku hiszpańskim, którego zupełnie nie rozumiem. Na koniec udaliśmy się wszyscy pod Portyk Chwały mistrza Mateo. Ksiądz wygłosił tu wykład o historii tego dzieła, o poszczególnych postaciach wyrzeźbionych w kamieniu, ale znów mówił tylko po hiszpańsku. Docierały do mnie pojedyncze słowa. Na zakończenie tego spotkania przeszliśmy procesją obok krypty z relikwiami św. Jakuba do kaplicy z Najświętszym Sakramentem na wspólną modlitwę i błogosławieństwo. Wśród obecnych pątników były znajome twarze z Camino. Myślę, że na długo pozostanie w naszej pamięci to zakończenie pielgrzymki.

Wracając do schroniska postanowiłyśmy powłóczyć się uliczkami starego miasta. Dawno zapadł zmrok, miasto powoli pustoszało. Na jednej z uliczek trzyosobowy zespół grał argentyńskie tango. Ale jak?! Nogi same zaczęły mi chodzić w takt muzyki. Podeszła do mnie jakaś kobieta i nagle obie zaczęłyśmy tańczyć na pustej ulicy. Pożegnanie Santiago…

W schronisku było potwornie zimno. Pranie w ogóle nie schło. W powietrzu czuło się wilgoć. Nieprzyjemnie. Mógłby ktoś włączyć ogrzewanie. Założyłam na siebie polar i wsunęłam się cała w śpiwór. Mimo to czułam przejmujący chłód, nie mogłam zasnąć.

Dzień XVIII – 24 października, niedziela


  1. Santiago de Compostela

Rano, po śniadaniu udałyśmy się do katedry na Mszę św. o 10.00. Świątynia była wypełniona po brzegi a ludzi ciągle napływało. Usiadłam na kamiennej posadzce. Tu przynajmniej było ciepło. I uroczyście. Po mszy poszłyśmy utartym zwyczajem na poranną kawę z ciasteczkiem. Na dworze rozpadał się deszcz. Brrrrr… Miałyśmy szczęście do pogody na trasie, ale teraz… dobrze, że jesteśmy już na miejscu. Postanowiłyśmy odwiedzić muzeum pielgrzymowania. Nie jest to wielka ekspozycja, ale są tu mapy przedstawiające święte miejsca na całym świecie związane z różnymi religiami. Zgromadzono tu wiele posągów i rzeźb św. Jakuba i św. Rocha, który jest także patronem pielgrzymów oraz księgi i starodruki. Co można robić w czasie deszczu? Najlepiej zwiedzać muzea. W następnej kolejności poszłyśmy więc do muzeum sztuki współczesnej. Była tam wystawa prac Willsonów i film opowiadający o twórcach. Może nie było to dla nas zbyt interesujące, ale wewnątrz przynajmniej było sucho i ciepło. W małej, zwykłej knajpce zjadłyśmy obiad za 8 euro. Wreszcie trochę rozpogodziło się. Poszłyśmy na dworzec autobusowy by rozeznać się w autobusach na Finisterrę. Planowałyśmy następnego dnia wyruszyć na Koniec Świata. Autobus odchodzi o 9.00 rano, podróż trwa trzy godziny, a koszt biletu to 12,25 euro w jedną stronę. Drogo, ale cóż… Jutro przynajmniej ma być lepsza pogoda.

Ze stacji autobusowej udałyśmy się znów pod katedrę. Obeszłyśmy ją wokół, porobiłyśmy zdjęcia i jeszcze raz odwiedziłyśmy św. Jakuba. Tak na pożegnanie. Obejrzałyśmy jeszcze sklepiki z pamiątkami i wróciłyśmy do schroniska. Znów okrutnie zimno i nieprzytulnie. Pielgrzymów też jakoś mało. Pewnie ten weekend był ostatnim tak bardzo obleganym przez Caminowiczów.

Dzień XIX – 25 października, poniedziałek


 Trasa:

  1. Santiago de Compostela
  2. Finisterra
  3. Santiago de Compostela

Pobudkę zarządziłyśmy dość wcześnie, bo o 7.00 rano, gdy na zewnątrz panują egipskie ciemności i jest bardzo zimno. Fatalnie tu sypiam, a właściwie nie śpię, tylko drzemię. Dobrze zrobił mi ciepły prysznic. Popędziłyśmy na stację autobusową ulicą w dół. Spory kawałek drogi. Na szczęście zdążyłyśmy na czas. Bilet kupiony w obie strony jest tańszy, bo kosztuje 22,05 euro. Autobus okazał się bardzo wygodny, piętrowy, wręcz elegancki i zajechał na stanowisko punktualnie. Byłyśmy pierwsze w kolejce, więc zajęłyśmy najlepsze miejsca – na górze, przy samej przedniej szybie. Czułam się jak pilot samolotu. Trasa na Finisterrę jest przepiękna. Wiedzie postrzępionym nabrzeżem, na którym rozsiadły się wioski i miasteczka, w większości turystyczne. Akurat rano jest odpływ i brzegi zatoczek oceanu wyglądają jak zaśmiecone bagniska. Woda lśni w słońcu, góry schodzą do oceanu, zielone, pokryte eukaliptusowymi i piniowymi lasami. Do pełni szczęścia brakuje tylko wodospadów. Podróż trwała prawie trzy godziny. Trasa wzdłuż nabrzeża wynosi ponad 100 km.

W Finisterze czuje się powiew prawdziwego oceanu. Wszędzie unosi się zapach ryb. Słońce stało wysoko na pogodnym niebie i zrobiło się gorąco. Ruszyłyśmy w kierunku przylądka. Przypomniała mi się wędrówka sprzed sześciu lat. Minęłyśmy stary, bo XII wieczny kościół Santa Maria. Niestety, jak wówczas, zamknięty. Chyba nie będzie mi dane zobaczyć jego wnętrza. Dwie starsze kobiety siedziały na kamiennej ławce przed kościółkiem i obserwowały wędrowców. Szosa pięła się delikatnie w górę. Skrajem podążał pielgrzym odlany z brązu, w kapeluszu z muszlą, z kosturem, smagany wiatrem. Wkrótce przed nami ukazała się latarnia morska na Finisterze. Ocean łagodnie obmywał skaliste brzegi klifów, srebrzył się w promieniach słońca.

Na Końcu Świata nie można palić już ubrań, butów, kosturków, ani żadnych innych rzeczy, z którymi pielgrzymi wędrowali do św. Jakuba. Zabraniają tego przepisy przeciwpożarowe. Stoki klifów noszą świeże ślady pożogi. Z ziemi sterczą zwęglone resztki krzewów i traw do niedawna porastających zbocza. Smutny to widok… Na cyplu, wśród głazów skalnych stoi metalowy słup obwieszony postrzępionymi rzeczami. Pątnicy tutaj zostawiają swoje odzienie i zdarte drogą buty, nie rozpalają już ognia. Tak rodzi się nowy, pielgrzymi zwyczaj.

Usiadłam za wyłomem skalnym. Szum fal wplatał się w ciszę tego miejsca. Dalej była już tylko woda… Bezmiar oceanu… Koniec naszej wędrówki.

Galeria


Galeria »

Komentarze

Ines - 12.02.2012 21:17

Ja rowniez przeszlam Camino Portugalskie. Uwazam jednak, ze przejscie z Porto do Vilar de Pinheiro wcale ni jest bezsensowne ze wzgledu na niekonczace sie ulice miasta. Pielgrzymka ma to wlasnie do siebie, ze wszelkie trudnosci, niedogodnosci (w tym kurz i spaliny miasta) spotykamy na swojej drodze. Nie tylko te dobre i przyjemne elementy podrozy. Mnie tez latwo nie bylo, ale nie zaluje, to byl bardzo owocny dzien, moze nawet bardziej niz pozostale? Niemniej jednak ciesze sie, ze Pani takze dostrzega niesamowite uroki tej Drogi. Pozdrawiam serdecznie!

pielgrzym polski - 30.09.2011 10:15

Z ciekawoscia przeczytalem twoja relacje z Camino Portugues.W Santiago de Compostela nocowalas w Seminario Menor.Nocowac mozna za 10 Euro na duzych salach(zone A i B) oraz malych 8- mio osobowych z pieknym widokiem ( zone C i D) w tej samej cenie. Prza kazdym lozku jest szafka z kluczem. Nie ma potrzeby do zabierania plecakow do poziomu -1.Natomiast wielu udajacych sie do Finisterry zostawia zbedny bagaz w szafkach znajdujacych sie przy schodach.Koszt 2Euro za kazde otworzenie szafki. Buen Camino

Krystyna - 14.06.2011 17:32

Wstyd mi. Pani Lucyno, proszę o więcej samorefleksji i mniej fantazji. Pani wspomnienia to pseudonotatki zadufanej tylko w sobie kobiety. U Pani rzeczywistość miesza sie z elementami fantazji. Po tym co Pani pisze np. o Porto widać, że połowy obiektów Pani nie zwiedziła, a ich opisy wzięła Pani z przewodnikow, nie wie Pani nawet gdzie się znajdują. Ma Pani jeszcze manię uznawania, że wszyscy robią rózne rzeczy gorzej i wolniej. Nie szanuje Pani wysiłku innych osób. Pani wspomnienia (także te wczesniejsze) to tylko autoreklama kobiety, ktora z luboscią pisze zwłaszcza co zjadła, jakie piwo wypiła i w jakim brudnym miejscu spała. Wstyd mi za Panią.

Zobacz wszystkie »