Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Daria Węsierska
O TYM JAK PO RAZ PIERWSZY STANĘŁAM NA CAMINO I ODNALAZŁAM UKRYTY SKARB

Wstęp


Była słoneczna lipcowa sobota. Bałtyk aż rozpływał się pod ciężarem turystów, którzy zapragnęli w południe nacieszyć się kąpielą.

Czekałam na dworcu na resztę grupy, którą miałam dopiero bliżej poznać. Plan był następujący -mieliśmy najpierw dojechać pociągiem do Poznania, aby stamtąd dotrzeć na lotnisko i o północy być już w Madrycie. 

Wszyscy zjawili się punktualnie: ksiądz Krzysztof, pani Małgosia z panem Andrzejem oraz Ewa z Piotrem. Agata dosiadła się kilka stacji później. Kiedy siedzieliśmy już w komplecie ciężko było mi skoncentrować się na rozmowie. Moje wszystkie myśli i moje wszystkie zmysły były już skierowane na nieznane mi Camino. Ciekawość zwyciężała strach przed setkami kilometrów jakie mieliśmy pokonać w ciągu najbliższego tygodnia. Ponadto zastanawiałam się dlaczego ludzie świadomie i z ochotą podejmują taki wysiłek. Czy ze względu na wiarę w cud jaki się dokona jeśli przejdą szlak w określonej intencji, czy też z chęci przeżycia przygody swojego życia i odnalezienia spokoju z dala od codziennych obowiązków. Ja sama postawiłabym siebie gdzieś pomiędzy. Z jednej strony wierzyłam, że droga do Santiago pozbiera do te pory nieujarzmione myśli i chociaż trochę je uporządkuje, z drugiej byłam ciekawa kultury i ludzi, którzy zamieszkują w Galicji.

Pociąg posuwał się ospale do przodu. W przeciągu kilku godzin zdążyliśmy się trochę poznać. Potem szybka przesiadka do autobusu i bezpośredni transfer na lotnisko Ławica. Wszyscy z plecakami o wadze nieprzekraczającej 10 kg. Z plecakami, które wiernie siedziały na naszych barkach aż do ostatniego dnia pielgrzymki.

O północy byliśmy już w Madrycie. Podjechaliśmy taksówką do Estación del Sur, aby stamtąd udać się do Ponferrady, skąd mieliśmy wyruszyć już pieszo. Była godzina 1:30. Cały autobus pogrążył się we śnie. Zza szyby obserwowałam cienie mijanych pól i pagórków. Przestraszyłam się ogromnej kartonowej krowy reklamującej niskotłuszczowe mleko, ale i tak nie mogłam się doczekać kiedy postawię swoje pierwsze kroki na francuskiej trasie.

Z opóźnieniem dotarliśmy do Ponferrady, skąd od celu dzieliło nas ponad 200 kilometrów. Po śniadaniu, składającym się jeszcze z polskich produktów i hiszpańskiej cafe con leche ruszyliśmy… 

PONFERRADA – VILLAFRANCA DEL BIERZO


Przywitały nas wysokie platany, które niczym żołnierze w mundurach moro pilnowały wszystkich ulic i placów miasta. Pierwsze kroki okazały się bardzo przyjemne. Lekki plecak, dobre buty, orzeźwiające ranne powietrze i podekscytowanie. Wszystko to sprawiało, że nogi same z ochotą zaczęły podążać przed siebie. Tego dnia nauczyłam się rozpoznawać pierwsze pielgrzymkowe znaki pokazujące trasę. Na chodnikach co chwilę pojawiały się muszle, na ulicach żółte, lekko już starte strzałki.

- Żółte prowadzą do Santiago, niebieskie do Fatimy – wyjaśniła Agata, która już drugi raz maszerowała do Santiago. Wcześniej przez Ruta de La Plata, a tym razem przez Camino Francés, które paradoksalnie tylko w niewielkim stopniu zahacza o tereny Francji.

Pierwszym ciekawym obiektem jaki ukazał się naszym oczom był malowniczy Castillo de Ponferrada z renesansową bazyliką.

To tam po raz pierwszy poprosiłam Boga o opiekę nad nami w drodze. Odpowiedział mi delikatny snop światła padający na ołtarz.

 

Wyruszyliśmy z Ponferrady i poruszaliśmy się dalej asfaltowymi uliczkami. Mijaliśmy osiedla równo stojących domków, zdobionych biało-niebieskimi flagami, pilnowanymi przez średniej wielkości psy.

Przy pierwszym słupku, wskazującym drogę do celu, pielgrzymi ułożyli stosy kamieni – symbol intencji, które każdy może wziąć ze sobą i jeszcze bardziej obciążyć swój bagaż. Taki kamyczek wzbogacony ludzkim pragnieniem nabiera niesamowitej tajemniczej mocy urzeczywistniania marzeń, oczywiście pod warunkiem, że się w jego działanie bardzo mocno wierzy.

Słońce coraz bardziej dawało o sobie znać, a wiatr rozwiewał jego przyjemne ciepło po całej twarzy. W oddali obserwowałam pola, na których roiło się od bocianów, oglądałam wieże kościółków z bocianimi gniazdami i niesamowicie wyrośnięte rośliny. Czego tam nie było! Ogromne, turlające się po piasku dynie oraz arbuzy, nabrzmiałe sokiem i idealnie okrągłe czereśnie, brzoskwinie wielkości tenisowych piłek, kukurydza, winogrona, ziemniaki…

Błękitne kule hortensji i delikatnie kłaniające się magnolie zdobiły wszystkie mijane domy. Tworzyły piękne kolorowe i ciągnące się kilometrami żywopłoty. W pierwszym kościele, mijanym na trasie, zaopatrzyliśmy się w pieczątki w naszych paszportach pielgrzyma. Minęliśmy Cacabelos.

Pierwsze kilometry bardzo mnie zaskoczyły. Nie spodziewałam się asfaltowej drogi i aż takiej cywilizacji. Nie wiedziałam jeszcze jak mocno zmieni się ten krajobraz za kilka chwil.

Kiedy wyszliśmy z miasteczek zarysowała się polna droga, ostro schodząca w dół. Naprzeciwko rozciągały się ciemnozielone pasma wzgórz poprzecinane karmelowymi wstążkami ścieżek. Byłam ciekawa co się za nimi kryje dlatego jeszcze chętniej maszerowałam przed siebie.

Ale w pewnej chwili zwolniłam, gdyż tereny jakie właśnie mijałam mogłyby z powodzeniem wystąpić w konkursie na najbardziej urodzajne rejony świata. Dopiero teraz poczułam, iż znajduję się blisko natury, co prawda zagospodarowanej już przez człowieka, ale w żaden sposób jej niekrępującej. Z dwóch stron otaczały mnie soczyście zielone rośliny i winnice, złote zboża, śpiew ptaków. Pomyślałam, że może tak wyglądałby biblijny Eden, gdyby zasadzić tu jeszcze więcej drzew. Szłam dość powoli, kontemplując ten krajobraz, skutecznie odciągający mnie od codzienności. Co jakiś czas napotykaliśmy źródełka z wodą, gdzie można było ugasić pragnienie.

W południe promienie słońca stały się trochę uciążliwe. Zmęczeni podejściem pod górę, położyliśmy się na trawie pod dorodnymi śliwami. Odpoczywająca obok niewielka grupa młodych ludzi poczęstowała nas słodkimi owocami.

Zorientowałam się, że nogi zaczynają domagać się odpoczynku. Ale trzeba było iść dalej. W palącym słońcu przemierzaliśmy teraz tereny bardziej kamieniste i piaszczyste. Wspinaliśmy się pod górę po to, aby za chwilę móc znów zejść w dół. Tylko kiedy spoglądaliśmy z góry na zielone doliny odczuwaliśmy jeszcze namiastkę poprzedniej sielanki.

Około godziny 13 dotarliśmy do Villafranca del Bierzo, do przyjaznego albergu, który surowo zabraniał jedzenia na łóżkach. Potrzebowałam nie tyle fizycznego odpoczynku, co czasu do samotnej refleksji. Dlatego też udałam się na spacer poza obrzeża miasteczka. Usiadłam na ławce i zastanawiałam się jak będzie wyglądała nasza jutrzejsza trasa. Czy będzie pod górkę, czy bardziej z górki, czy asfalt, czy polna ścieżka. Ale w końcu przestałam o tym myśleć. Zamknęłam oczy i zobaczyłam twarze najbliższych, którzy zostali w Polsce. I nagle spłynęły na mnie słowa, które już wiele razy czytałam: Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego jak siebie samego.

Jak siebie samego – powtórzyłam i poczułam jak coś drgnęło w moim sposobie myślenia. Bo chyba do tej pory tego nie rozumiałam. Od dziecka wpajano przecież, że egoizm i samouwielbienie są złe, a tu nagle okazują się niezbędne do traktowania reszty świata w życzliwy sposób. Jeszcze nie wiedziałam do końca dlaczego akurat taka myśl przyszła mi do głowy tutaj w Hiszpanii. Zresztą liczyłam na to, że dalsza droga podsunie mi kolejne znaki.

Na mszy pod rozłożystym dębem i przy źródełku z agua no potable odwiedziła nas zwinna jaszczurka, a donośne podmuchy chłodnego powietrza ciasno nas oplatały. Potem jeszcze krótki spacer po centrum, gdzie zaopatrzyliśmy się w różowe muszle, które przypięte do plecaków od tej pory towarzyszyły nam już do końca podróży.

VILLAFRANCA DEL BIERZO – LA FABA


I want to deepen my faith – powtarzałam nieświadomie w myślach za księdzem, który od poprzedniego dnia zapragnął uczyć się codziennie pięciu nowych zdań po angielsku. Wyszliśmy około godziny 5:30 bez śniadania.

Mieliśmy do wyboru 2 trasy: jedną łagodniejszą wzdłuż drogi i drugą pod górkę. Po wczorajszym wysiłku postanowiliśmy wybrać tę pierwszą, szczególnie, że na mapach rysowała się przed nami jeszcze inna spora góra nie do ominięcia – O Cebreiro.

Rano, kiedy jeszcze było ciemno, miasto nie wyglądało zbyt gościnnie. Niewielkie światełka oświetlały punktowo krawężniki, na plecach czuliśmy chłód. Nagle odnaleźliśmy oznaczenie wskazujące drogę pod górę – bardzo stromą drogę. Piotr zaczął przyświecać latarką, gdyż wyszliśmy już z miasta i poruszaliśmy się teraz po omacku po ciemnej nierównej drodze usianej mniejszymi i większymi kamieniami. Było ciężko. Za sobą i przed sobą słyszałam coraz bardziej urywane oddechy, w tym także swój. Serce biło coraz szybciej, nogi ledwo się przesuwały, a plecak dodatkowo przygniatał. Zorientowaliśmy się, że zupełnie przypadkiem poszliśmy drugą drogą, którą chcieliśmy ominąć. Zapewne był to kolejny, jakże metaforyczny znak. Przecież nie zawsze droga jaką obieramy prowadzi nas prosto do końca. Istnieje tyle niewytłumaczalnych zbiegów okoliczności, które spychają nas na inne, znacznie trudniejsze ścieżki. Dlaczego? Rozważałam to w czasie wchodzenia pod górę. Prawie nie mogłam oddychać, ale jednak oddychałam. Prawie nie mogłam iść, ale jednak szłam. Wtedy zrozumiałam ile każdy człowiek ma w sobie niespożytkowanej, ukrytej energii, którą blokują wyłącznie złe myśli. Każdy etap, nawet ten najtrudniejszy ma na celu nas wzmocnić i nigdy nie jest wymierzony przeciwko nam. Do takich wniosków doszłam i chociaż niemiłosiernie bolała mnie stopa poczułam ulgę, że odkryłam coś bardzo ważnego i zarazem budującego. 

Zaczynało świtać. Zatrzymaliśmy się w pierwszym barze na cafe con leche, po czym ruszyliśmy dalej. Zmęczeni wcześniejszym rannym podejściem szliśmy teraz trochę wolniej, ale nadal konsekwentnie do celu. Droga wiodła stromo w dół i mogliśmy podziwiać widoki przypominające te znane mi z wyjazdów w Bieszczady. Zielone niekończące się lasy wznosiły się, to znów opadały, a na samym dole przebiegała zakręcona jak wąż asfaltowa droga. To nią szliśmy dalej. Moje stopy po zejściu źle znosiły twardy asfalt.
W miarę coraz dłuższego chodzenia zaczęliśmy się lepiej poznawać. Ksiądz wciąż kontynuował naukę angielskiego.

W końcu zza rogu wyłonił nam się kolejny kościół. Tak jak wszystkie i jego fasadę zdobiły dzwony, w środku drewniane figury emanowały niesamowitym spokojem. Cisza i cień panujące wewnątrz sprawiły, że skupieni na modlitwę mogliśmy naprawdę na chwilę fizycznie odpocząć. Przy wejściu starsza Hiszpanka rozdawała pieczątki. Powiedziała, abym zwróciła wzrok w prawą stronę i wskazała mi palcem na portret Jana Pawła II.

Po dość długim zachwycie nad życiem papieża Polaka nastąpiła chwila smutku i rozczarowania. Narzekała, że w kościele, w którym się właśnie znajdowaliśmy msze odprawiane są tylko raz na miesiąc, a jednemu księdzu w tej okolicy przypadają jeszcze 42 inne wioski.

Młodzież pragnie wolności, ucieka do miast i natychmiast zrywa z kościołem – żaliła się. – Młodzi ludzie nie czują powołania, nie chcą pielęgnować wartości, którymi dawniej Hiszpania tak bardzo się szczyciła

Trochę zdziwiły mnie te słowa, gdyż na Camino przeważająca część pielgrzymów to właśnie Hiszpanie – młodzi kolarze czy całe zorganizowane grupy młodzieży z plecakami. Czyżby podążali wyłącznie w celach rekreacyjnych?

Opuściliśmy kościół z mieszanymi uczuciami. Cały czas widziałam przed sobą ciemne opuchnięte oczy napełnione smutkiem, a jednocześnie iskrą nadziei, że może coś się jeszcze zmieni.

Przeszliśmy teraz kilka wiosek ukwieconych hortensjami. Po ulicach wałęsały się małe pstrokate kociaki. Wymijały nas grupy kolarzy, a każdy po kolei życzył Buen Camino.

Ostatni etap marszu przeszliśmy w przygrzewającym słońcu. W międzyczasie zdążyłam z Agatą wymienić kilka zdań na temat kuchni włoskiej i hiszpańskiej, ale znowu zaczynała się droga pod górkę, więc wolałyśmy milczeć i zbierać siły. Pani Małgosia i pan Andrzej w rytmie kijków trekingowych wspinali się szybko do góry. Ja i ksiądz robiliśmy krótkie przerwy. Agata była za nami i jak się później okazało dotarła do albergu szybciej, ścieżką, którą my ominęliśmy. W końcu dotarliśmy do La Faby.

A była to dopiero 1/3 część góry, którą mieliśmy pokonać. Zatrzymaliśmy się w albergu obok którego stał piękny kościółek. Poznaliśmy tam polskie małżeństwo z Warszawy podróżujące z León, jakieś 100 kilometrów więcej niż my. Był to bardzo udany aczkolwiek męczący dzień. Właśnie w tym dniu Ewa z Piotrem się zaręczyli.

Pragnęłam jak najszybciej się położyć, ale stos różnych myśli i refleksji nie pozwolił mi na to. W kościele odnalazłam kolejny znak – wiersz napisany przez jednego z pielgrzymów, który dokonał przełomu w widzianym przeze mnie świecie.

Chociażbym przeszedł wszystkie drogi
Przeciął łańcuchy górskie i doliny
Od Wschodu do Zachodu
To, jeśli nie odkryłem wolności bycia sobą
Nie dotarłem do żadnego miejsca (...)1

Powoli zaczynałam rozumieć...

Z jednej strony martwiłam się trochę jutrzejszym podejściem, z drugiej cieszyłam się, że mogę wygenerować w sobie nowe pokłady sił. Nareszcie zasnęłam...

Fraydino, fragment wiersza

Spis treści

Komentarze

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:17

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:17

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:16

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Zobacz wszystkie »