Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Daria Węsierska
O TYM JAK PO RAZ PIERWSZY STANĘŁAM NA CAMINO I ODNALAZŁAM UKRYTY SKARB

LA FABA – TRIACASTELA


Był to niewątpliwie najcięższy dzień pielgrzymowania. Wyszliśmy bardzo wcześnie, na zewnątrz było jeszcze ciemno. Opuściliśmy La Fabę i dalej wspinaliśmy się pod górę przez gęsty las. Kamienie i nierówna droga utrudniały wchodzenie, szczególnie, że oczy nie były jeszcze przyzwyczajone do ciemności. Było zimno i wilgotno. Lekka mżawka skrapiała nasze twarze. Każdy podążał w swoim tempie, z innymi myślami, ale podejrzewam, że z tak samo włożonym wysiłkiem.

Nagle pod naszymi butami pojawiło się błoto, dodatkowo utrudniające podejście. Zaczęło padać – na początku delikatnie, a potem coraz bardziej intensywnie. W płaszczach przeciwdeszczowych dotarliśmy do O Cebreiro. Nie była to już kolorowa i radosna wioseczka. Kamienne domki skąpane w chłodzie okalały gęste opary mgły, prawie jak na irlandzkim wrzosowisku.

Szliśmy dalej patrząc na linki, na których ktoś zawiesił poprzedniego popołudnia pranie.

Nie było żadnej żywej duszy. Tylko my i skrzypiący wiatr, zacinający deszczem. Nieco się rozjaśniło.

Więc taka jest ta Galicja – pomyślałam, bo jeszcze przed O Cebreiro jedna z tabliczek poinformowała nas, że znajdujemy się właśnie w tym regionie Hiszpanii.

Mgła utrudniała nam odnajdywanie strzałek, ponadto zgubiliśmy gdzieś panią Małgosię i pana Andrzeja. Ewa z Piotrem wyszli jeszcze szybciej od nas, więc byli kilka kilometrów przed nami.

Szłam nie zwracając na nic uwagi. Tak jak wcześniej zastanawiałam się nad tysiącem spraw, tak tego dnia ogarnęło mnie całkowite zobojętnienie. Po prostu trwałam, posuwając nogi, jedna za drugą coraz szybciej do przodu. Czułam jak mój plecak moknie. Z Agatą i księdzem zatrzymaliśmy się w końcu w pierwszym barze. Naturalnie cafe con leche. Lekko zziębnięci przycupnęliśmy przy kamiennej ścianie. Zrobiliśmy około 9 kilometrów, zostało jeszcze szesnaście – oznajmiła Agata. Nie tracąc czasu, założyliśmy znów plecaki i mokre peleryny na nasze ubrania.

Dalsza droga była jeszcze cięższa. Rozpętała się prawdziwa ulewa, a polna droga zamieniła się w płynne błoto. Brodziliśmy w nim, szukając wystających kamieni, na których można postawić stopę. Zaczęliśmy odmawiać różaniec i w tym momencie niebo przecięła błyskawica, po czym zagrzmiało. A my szliśmy sami, wzdłuż ulicy, po błocie, a po dwóch stronach rozciągały się jedynie trawy i pola.

Nie widziałam co jest przed nami, ponieważ wszystko zasłaniała gęsta mgła.

Ostatecznie znaleźliśmy jakiś bar, w którym tłoczyli się inni przemoknięci pielgrzymi. Nie miałam na sobie już nic suchego, a drewniane drzwi, które co chwilę się otwierały i zamykały potęgowały uczucie zimna. Zamówiliśmy tortillę i śmialiśmy się z zaistniałej sytuacji, aby lepiej znieść dalszą drogę. Po 30 minutach ruszyliśmy dalej.

Deszcz nie oszczędził nawet mojej twarzy, która umazana zielonym barwnikiem z czapeczki jaką miałam na głowie prezentowała się nad wyraz komicznie. Nadal padało, więc zaczęliśmy śpiewać piosenki. Mijał metr za metrem, kilometr za kilometrem, a poza drogą, lasem i deszczem nie było nic.

Agata zaproponowała nam zabawę w układanie historii. Każdy dopowiadał po jednym zdaniu. Tak powstała opowieść o Ahmedzie, który zakochał się w pięknej Miriam. Jednak w pewnym momencie postanowił ją zgładzić z powodu niespełnionej miłości. Pożałowawszy zbrodni Ahmed zwrócił się do bóstwa z prośbą o przywrócenie życia Miriam. Bóstwo spełniło prośbę, lecz pozbawiło Ahmeda i Miriam słuchu w jednym z uszu. Dalej Ahmed znalazł się na Camino i tam samotnie podróżował...

Wymyślanie opowieści okazało się tak wciągające, że nawet nie zauważyliśmy kiedy przestało padać, a zza drzew nieśmiało przebijało słońce. Mroczny las w mgnieniu oka stał się żywym orzeźwiającym parkiem. Z radością wdychałam wilgotne, lecz ciepłe powietrze. Ubrania zdążyły wyschnąć. Nagle zorientowaliśmy się, że po drodze nie ma żadnych znaków, które miały wskazywać nam dalszą trasę. Zboczyliśmy ze szlaku, ale nie zawróciliśmy, tylko postanowiliśmy dojść jakimś sposobem do głównej drogi. Co chwilę mijaliśmy linki, które zabezpieczały krowy przed wyjściem z pola. W końcu dotarliśmy do głównej drogi, na której ktoś narysował podejrzaną strzałkę prowadzącą do wioski. Posłusznie przecięliśmy więc ulicę i weszliśmy na górę, ale tam znaki znowu się skończyły.

W pewnej chwili zobaczyliśmy pielgrzyma, który skoncentrowany wertował swoją mapę. Był Niemcem i miał na imię Thomas. Okazało się, że także on zabłądził. Przypomniały mi się wtedy słowa, które jacyś pielgrzymi napisali na kamieniu w Villafranca del Bierzo: dopiero kiedy zgubisz drogę na Camino odnajdziesz tę najważniejszą – drogę swojego życia. To zdanie dodało mi otuchy. Zapytaliśmy jakiegoś Hiszpana o Camino. On jednak potrafił nam tylko wskazać dojście do głównej drogi. Ruszyliśmy więc w tamtym kierunku. Po drodze Thomas opowiedział nam, że w tym roku jak większość pielgrzymów wyruszył z León i ma nadzieję dojść do samego Santiago. Wcześniej przeszedł dwa poprzednie etapy drogi francuskiej – każda po 250 kilometrów. Po każdym etapie robił przerwę i wracał do kraju. W ten sposób mógł powiedzieć, że przeszedł całe Camino.

Gdy doszliśmy do głównej drogi znowu zaczynało lekko kropić. Reszta naszej grupy zaczynała się niepokoić, gdyż już dawno dotarła do Triacasteli i zakwaterowała się w albergu. Na drodze zatrzymaliśmy pierwszy przejeżdżający samochód ciężarowy. To jeszcze 3 kilometry wzdłuż drogi – stwierdził kierowca i pojechał w przeciwnym kierunku. W czwórkę kroczyliśmy dzielnie wzdłuż ulicy, aż znowu znaleźliśmy oznaczenie i weszliśmy na szlak. Przed albergiem tłoczyły się już kolejki pielgrzymów. Wyciągnęliśmy nasze paszporty w oczekiwaniu na pieczątki. Przed nami młody chłopak z Litwy ustąpił nam miejsca. Kiedy przyszła nasza kolej pani przyłączyła mnie i Agatę do pokoju z dwoma Francuzami, a księdza ulokowała na podłodze w pokoju, gdzie spała reszta naszej grupy. Dla Litwina nie starczyło już miejsca i musiał udać się do kolejnej wioski oddalonej o kilka kilometrów.

Nie zawsze dobro zostaje wynagrodzone – stwierdził ksiądz, nie kryjąc wyrzutów sumienia i zażenowania. Podobnie Thomas musiał już szukać noclegu w innym albergu.

Wszystkie rzeczy były przemoknięte do suchej nitki. Rozwiesiłam je na poręczy łóżka z nadzieją, że zdołają jednak do jutra wyschnąć. Następnie udaliśmy się do baru na menu peregrino, a stamtąd na mszę, którą ksiądz odprawił w pokoju noclegowym.

TRIACASTELA – FERREIROS


Od rana nastawiłam się pozytywnie z nadzieją, że już nie zaskoczy nas deszcz. Wyszliśmy tradycyjnie jeszcze przed wschodem słońca i weszliśmy w ciemny las. Przeszliśmy kilka kilometrów kiedy nagle usłyszeliśmy przeraźliwe szczekanie psa. Jego beżowa sierść połyskiwała w świetle latarek. Najwidoczniej nie rozpoznał w nas pielgrzymów, skoro szczekając biegał dookoła nas jakby chciał ostrzec przed jakimś niebezpieczeństwem. Gdy go zręcznie wyminęliśmy znowu zapadła cisza, a my pogrążeni w ciemnościach szliśmy dalej, stopniowo rozgrzewając nasze obolałe i sztywne nogi.

Po jakimś czasie po lewej stronie zaczął zarysowywać się kontur niewielkiego domku, z którego przebijały ciepłe snopy światła. Zbliżyliśmy się i ujrzeliśmy przez otwarte drzwi na jednej ze ścian niewielki ołtarzyk przyozdobiony świeżymi kwiatami. Jakiś mężczyzna, siedzący do nas plecami malował obrazy. Delikatnie kreśląc linia za linią kontur drzewa nawet nie obejrzał się w naszą stronę. Najwidoczniej hałas, jaki na chwilę wprowadziliśmy, był mu obojętny, bo pogrążony w swoim twórczym świecie nie przestawał malować.

Ile na świecie musi być takich miejsc, gdzie człowiek w zupełnej ciszy i otoczeniu natury w samotności zajmuje się wyłącznie tworzeniem. Z dala od miejskiego zgiełku gdzie większość pracy jaką się wykonuje jest nastawiona na zysk, ta praca wykonywana w pustelni wypływała szczerze z całego serca.

Zastanawiałam się jaki musi być ten mężczyzna prowadzący bardzo spokojne i zrównoważone życie. Czy odnalazł w tym szczęście? Na chwilę zamknęłam oczy i starałam się wyobrazić sobie jego stan. Milczenie, przerywane wiatrem, które, które początkowo bardzo przeszkadza komuś przyzwyczajonemu do różnych dźwięków nagle stało się bardzo kojące. Już przecież od kilku dni nikt z nas nie oglądał wiadomości, nie słyszał szumu radia, a tylko sporadycznie warkot silnika samochodu. Uświadomiłam sobie zresztą, że wcale mi tego nie brakuje. Po prostu jestem, podążam przed siebie, mam na wszystko czas. A natura sama rządzi się swoimi prawami. Być może tak również czuł się ten mężczyzna – całkowicie wolny i niezależny w zaczarowanym świecie sztuki i ufności, że niczego nie czyni wbrew sobie, lecz podąża za swoim wewnętrznym głosem.

Dalsza część drogi była bardzo refleksyjna. Szliśmy w ciszy, obserwując jak do życia budzi się nowy dzień. Mijaliśmy polany, na których pasły się krowy, zamglone kamienne domki i stojące na podwyższeniach solidne spichlerze charakterystyczne dla tego regionu. Z ciekawością próbowałam rozszyfrować napisy pojawiające się na tabliczkach w języku gallego.

Po wyjściu z baru zaczęło ponownie padać, lecz nie tak drastycznie jak poprzedniego dnia.

Około południa lesisty krajobraz zaczynał powoli się zmieniać, aż znaleźliśmy się w otoczeniu złocistych pól jakie znałam z naszych polskich krajobrazów. Nie przypuszczałam, że chłodna Galicja ze swoją zielenią i lekko zamglonym pejzażem jest tak podobna do Polski.

Na ostatnich 3 kilometrach zaczął się prawdziwy wyścig do albergu w Ferreiros, aby otrzymać jeszcze wolne miejsce. Na szczęście udało się. Po krótkim odpoczynku relaksowaliśmy się pod dębami, których konary przypominały ludzkie twarze. Odprawiona została też msza przed zamkniętym kościołem w otoczeniu hiszpańskich grobów. Za ołtarz posłużył nam kawiarniany stolik. Przed snem jeszcze puszka zimnego napoju w barze i krótkie spojrzenie na małego kotka, który bawił się ze swoim ogonem.

Nawet nie zauważyłam kiedy przyzwyczaiłam się do towarzyszącego nam od niedawna trybu dnia. Wstawaliśmy przed świtem, maszerowaliśmy intensywnie 7 godzin, po czym już o godzinie 14 mieliśmy czas na własne przemyślenia wśród kojącej obecności natury. Wieczorem analizowałam różnych pielgrzymów, których do tej pory spotkaliśmy: Thomasa, Litwina, grupę Francuzów grających do północy w karty w Triacasteli, dwie młode Japonki w La Fabie, które przez cały wieczór robiły pranie, młodą Hiszpankę, która zaraz po wejściu zasnęła ze zmęczenia, małżeństwo z Warszawy, które musiało zostawić część swojego bagażu po drodze gdyż był za ciężki do noszenia, starszego Australijczyka, który uwielbiał snuć filozoficzne opowieści przy piwie, Łukasza z Bielsko-Białej, który podróżował samotnie z León, grupę Polaków z księdzem, którzy część swojego bagażu przewozili samochodem, Włoszkę, mieszkającą w Hiszpanii, która podpierając się kijem z trudem stawiała kolejne kroki, Niemców, którzy przebiegali niektóre fragmenty trasy i wielu innych o różnych zwyczajach, różnych osobowościach, mówiących różnymi językami i posiadającymi różne ukryte pragnienia.

FERREIROS – EIREXE


Był to dzień kiedy monotonne krajobrazy wsi przeplatały się z widokami niewielkich miasteczek, jak Portomarín. Powoli zbliżaliśmy się do cywilizacji. Miasteczka tętniły życiem, już od rana otwierano mniejsze i większe kawiarnie oraz sklepiki. Na drodze zaczęło się pojawiać coraz więcej pielgrzymów, co jest ponoć normalne na ostatnim 100-kilometrowym odcinku. Pielgrzymka bowiem, aby zostać uznana musi liczyć przynajmniej taki dystans. Dlatego też na szlak zaczęły wychodzić tłumy młodych, jeszcze nie zmęczonych ludzi z niewielkimi plecakami.

W pewnym momencie poczułam jak wstąpiły we mnie nowe siły. W cudowny sposób wyprzedziłam hiszpańskie oraz francuskie grupy i wybiłam się do przodu, a nogi same mnie niosły.

Szłam po piasku wzdłuż głównej asfaltowej drogi, zostawiając wszystkich za sobą. Nawet zdjęcia wychodziły mi poruszone, jakbym robiła je zza szyb rozpędzonego samochodu. Dopiero po wejściu do lasu zwolniłam, a wcześniejsze siły gdzieś się ulotniły. Nogi znowu stały się ciężkie. Pomyślałam, że dziwny jest ludzki organizm.

Po drodze spotkaliśmy naszego znajomego Łukasza. Ksiądz dawał popisowe występy z repertuaru Michała Bajora, ale i tak największymi hitami okazały się Boskie Buenos i Cykady na Cykladach.

Cykady na Camino…

Dość szybko dotarliśmy do Eirexe i tam zatrzymaliśmy się na nocleg. W łazience właścicielka przyłapała mnie na praniu skarpetek. Nie krzyczała jednak, ale w stanowczy i rzeczowy sposób przedstawiła mi regulamin albergu. Potem widziałam jak siedziała na zewnątrz i czytała z pełnym oddaniem brewiarz.

Po południu szukaliśmy miejsca do odprawienia mszy. Starsza pani z albergu chętnie zgodziła się nas zaprowadzić do kościoła i sama uczestniczyć. Po drodze weszliśmy do jej domu gdzie z sufitu na hakach zwisały ogromne kawałki surowego mięsa. Nie minęły 3 minuty jak kobieta przyniosła wielki metalowy klucz jaki znałam z bajek o skrzyni z ukrytym skarbem. Wręczyła go księdzu i udaliśmy się do kościoła. Okazało się, iż ten sporych rozmiarów klucz otwiera całkiem niewielkie drewniane drzwiczki.

Weszliśmy do środka i ujrzeliśmy ładne, zadbane wnętrze. Usiadłam w ławce i zaczęłam przyglądać się św. Jakubowi. W tej chwili uświadomiłam sobie jak wiele kilometrów jest już za nami i jak blisko jest do naszego celu. Pokrótce przypomniałam sobie wszystkie ważniejsze momenty przeżyte podczas tej pielgrzymki. Rozejrzałam się dookoła i spojrzałam na wspaniałych ludzi jakich przy tej okazji poznałam. Z zamyślenia wyrwało mnie wołanie księdza, który chciał abym przeczytała Ewangelię w języku hiszpańskim, jako że starsza Hiszpanka też miała uczestniczyć we mszy.

Moje jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie – przeczytałam półszeptem. Być może to zdanie było rozwiązaniem zagadki dzisiejszego cudownego przypływu sił na drodze. Bo nie chodzi o to jak wielki ciężar dźwigasz, ale o to w jaki sposób o nim myślisz. Jeśli będziesz myślał negatywnie to ugniesz się pod jeszcze większą ilością problemów, niż te które realnie cię nurtują. Jeśli jednak przyjmiesz nawet najbardziej przeszkadzające rzeczy jako kolejne doświadczenie łatwiej i szybciej je zniesiesz. Podczas kazania każdy z nas miał szansę sam opowiedzieć o własnych przemyśleniach związanych z Ewangelią. Usłyszałam wiele świadectw mówiących o tym jak często w nieświadomy sposób ludzie doświadczają pomocy i miłości Boga w swoim życiu niezależnie od wieku czy narodowości. Zdałam sobie wtedy sprawę jak wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Każdy czegoś szukał i każdy starał się w jakiś sposób zapełnić nachodzącą go czasem wewnętrzną pustkę. Każdy też poszukiwał spokoju i indywidualnego spełnienia.

Na co dzień wszyscy spotykamy mniej lub bardziej otwartych na świat ludzi, ale nie ulega wątpliwości, że zarówno ci pierwsi jak i ci drudzy odczuwają silną potrzebę odnalezienia jakiegoś sensu. Niektórzy szukają tych prawd w religii, inni przemierzają szlaki po omacku. Cel tak naprawdę jest jeden – dowiedzieć się czego tak naprawdę się szuka. Dopiero kiedy nazwiesz konkretnie swoje ukryte pragnienie ma ono realną szansę na realizację. I to jest właśnie piękne w pielgrzymowaniu. Idziesz nie tylko po to żeby zobaczyć, ale też po to aby poczuć siebie wszystkimi zmysłami i odkryć szczęście, o którym dotychczas nie miałeś pojęcia. A jeszcze piękniejsze jest to, że ono nie zniknie wraz z osiągnięciem celu, lecz zawsze pozostanie w tobie.

Długo snuliśmy także refleksje nad istotą cierpienia, bo do tego skłaniała nas Ewangelia. Osobiście uważam, iż bólu ani fizycznego ani duchowego nie można sztucznie zagłuszać. Należy pozwolić mu spłynąć. Spłynąć to znaczy przyjąć tak jakby było czymś naturalnie nam przypisanym, uświadomić sobie że każdy taki przejściowy stan służyć ma wewnętrznemu oczyszczeniu.

Po mszy świętej od razu udaliśmy się na spoczynek, gdyż jutro czekał nas znowu długi dystans do pokonania.

Spis treści

Komentarze

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:17

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:17

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:16

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Zobacz wszystkie »