Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Daria Węsierska
O TYM JAK PO RAZ PIERWSZY STANĘŁAM NA CAMINO I ODNALAZŁAM UKRYTY SKARB

EIREXE – RIBADISO


W ciągu ostatnich dni pogoda zaczęła nam sprzyjać. Podążaliśmy do Ribadiso oddalonego o 33 kilometry od Eirexe. Kiedy tradycyjnie o 6 nad ranem przechodziliśmy przez las naskoczył na mnie szczekający pies, który najwidoczniej pomylił mnie z jakimś zwierzęciem. Szybko się jednak zatrzymał a ja przerażona przyspieszyłam kroku.

Ponieważ wszystkie bary jakie mijaliśmy po drodze były jeszcze zamknięte nasz pierwszy postój zrobiliśmy dopiero po 10 kilometrach nieustannego marszu.

Na śniadanie zaproponowano nam pyszne empanadas con atún i słodkie, soczyste owoce. Po odpoczynku nogi znowu zaczynały odmawiać posłuszeństwa, bo sztywne i zbolałe wcale nie chciały się rozgrzać. Siłą woli należało je powoli rozciągać.

Był to dzień kiedy mój organizm znowu zaczął przeżywać kryzys, gdyż podczas chodzenia zaczął doskwierać ból w prawym biodrze. Natomiast Agata jak w transie wyprzedziła nas wszystkich i wybiła się szybko do przodu. Droga była dość łatwa i urozmaicona, gdyż przebiegała wzdłuż głównej ulicy obok salonów samochodowych, aby potem znowu schować się w krzakach i prowadzić nas przez wilgotny las. Szłam nie zwracając na nic uwagi. Pod moimi stopami ciągle monotonnie przesuwał się szlak. Z takiego lekkiego pół snu obudził mnie dopiero intensywny zapach eukaliptusów i myśl, że do celu pozostały jeszcze niecałe 4 kilometry.

Las wydawał mi się magiczny. Ze srebrzysto seledynowych konarów wyłaniały się całe szeregi liści opadających co jakiś czas swobodnie na ziemię. Nikt nie przeszkadzał lasowi istnieć. Strumyk nieśmiało szeptał coś do kamieni jakby zamierzał je uwieść.

Gdy wyszliśmy z lasu przed nami jawiło się już Ribadiso z dwoma albergami i dwoma barami. Bez wątpienia miejsce naszego dzisiejszego noclegu było tym najpiękniejszym na całej trasie. Alberg znajdował się tuż nad strumykiem otoczonym bujną dziką roślinnością, a nad nim przykuwał uwagę spleciony pnączami kamienny most. Oprócz nas zatrzymała się tu także grupa rozkrzyczanych młodych Hiszpanów i rozśpiewanych włoskich kleryków. Od razu po krótkim odpoczynku udałam się nad spokojny strumyk. Mimo, iż w albergu było wielu pielgrzymów tylko nieliczna garstka postanowiła odpocząć na trawie. Rozłożyłam moją arafatkę i położyłam ręce pod głowę. Teraz przed moimi oczami ukazały się jasne listki nieudolnie blokujące drogę promieniom słonecznym, które i tak przyjemnie piekły moje skronie. Wzdłuż wody dwóch wędkarzy próbowało coś złowić. Jednemu nawet prawie się udało, ale w ostatniej chwili srebrna ryba urwała się z żyłki i w popłochu uciekła z powrotem do nurtu. W oddali słyszałam zabawne pomrukiwanie krów, przeżuwających ospale kępki trawy.

Msza została odprawiona w niezwykłym miejscu, bo w prywatnym ogrodzie pewnej starszej Hiszpanki, która nam go udostępniła. Masywny kamienny stół służył nam za ołtarz jakby był właśnie w tym celu przygotowany. Na drewnianej pergoli wiły się pnącza jeszcze zielonych winogron, a przy płocie kury właśnie rozgrzebywały piasek. Od razu usiadłam na huśtawce kołysanej lekkim podmuchem wiatru, aby poczuć się jak dziecko spragnione zabawy.

Po powrocie do albergu w jadalni zastaliśmy Hiszpanów żywo gestykulujących i o czymś rozmawiających. Hałas jaki przy tej okazji robili był niesamowity i tak bardzo kontrastował ze spokojem naszego noclegowego miejsca.

Pod wieczór zaczęłam odczuwać zmęczenie dlatego szybko zasnęłam. Moje nogi cały czas silnie pulsowały.

RIBADISO – PEDROUZO


Dla odmiany do Pedrouzo mieliśmy jedyne 18 kilometrów, czyli prawie o połowę mniej niż dnia poprzedniego. To, co utkwiło mi najbardziej w pamięci z tego etapu marszu to tablica poświęcona jednemu z pielgrzymów, który praktycznie tuż przed Santiago zmarł. Nie odebrałam tego jako ostrzeżenia, lecz uśmiechnęłam się trochę ironicznie. Wydawało mi się, że coraz szybciej mijamy kamienne słupki z zapisanymi malejącymi kilometrami dzielącymi nas od docelowej miejscowości. Niektórzy pielgrzymi nawet tutaj pozostawiali jeszcze ciążące im rzeczy, inni podpisywali się na pamiątkę albo ogłaszali publicznie swoje emailowe adresy z prośbą o kontakt.

W barze spotkaliśmy trzech młodych księży z Polski, którzy jak większość podróżowali z León. Tam też miałam okazję zajrzeć do Internetu, którego nie używałam od tygodnia, chociaż jakoś nie doskwierał mi jego brak. W skrzynce mailowej kłębiło się od różnych wiadomości bardziej i mniej ważnych, ale żadna nie była sprawą życia i śmierci. Pomyślałam, że niezależnie od tego w jakim miejscu na świecie się jest wszystkie sprawy i tak dalej będą toczyć się własnym rytmem. Był to dowód na to, że nasze codzienne stresy i wieczne stawianie czoła licznym obowiązkom jest tak naprawdę bezpodstawne i wynika bardziej z naszego wyboru. Zastanawiałam się ilu ludzi teraz denerwuje się z powodu piętrzących się nad ich głowami spraw, a tak naprawdę brakuje im tylko odwagi i pomysłu na to co zrobić, aby coś w swoim życiu zmienić. Gdyby człowiek, który czuje się wyczerpany pracą, postanowił na chwilę oderwać się od tego zgiełku z pewnością poczułby, że i bez niego wszystko się jakoś ułoży, a on zyska w końcu poczucie szeroko rozumianej wolności. Zrozumiałam, że świat nie jest wrogi człowiekowi i wcale nie chce aby być jego niewolnikiem uzależnionym od czasu, pracy i pieniędzy.

Kiedy zaczynasz żyć w zgodzie ze sobą nagle odkrywasz, że niczego tak naprawdę tobie nie brakuje i zaczynasz zdawać sobie sprawę bez ilu rzeczy, które wydawały się tobie do tej pory niezbędne potrafisz się obejść.

Droga do Pedrouzo minęła zadziwiająco szybko. Zaskoczyła nas natomiast liczba pielgrzymów tłoczących się przed albergiem, którzy czekali na otwarcie. Wśród nich rozpoznaliśmy znajome grupy Włochów i Hiszpanów. Klerycy zaczęli ochoczo śpiewać najbardziej znane włoskie piosenki. Ich tańce i klaskanie sprawiły, że cały tłum wnet się ożywił, a deszcz kapiący lekko z nieba przestał przeszkadzać. Poznaliśmy też dwóch starszych Belgów imponująco władających wieloma językami.

Po rozpakowaniu swoich rzeczy poszliśmy na spacer. Pedrouzo jest już całkiem sporym, rozbudowanym miasteczkiem z kościołem, dużym supermarketem i szeregiem różnych zakładów usługowych.

Celem naszego spaceru było poza zakupami odnalezienie miejsca, w którym ksiądz mógłby odprawić mszę. Proboszcz hiszpańskiej parafii zaproponował nam przyłączenie się do Włochów, którzy mieli odprawić swoją mszę w kościele.

Niewiele się namyślając zapytaliśmy kleryków o możliwość koncelebrowania mszy przez polskiego księdza. Oczywiście zgodzili się bez wahania.

Było to bardzo ciekawe doświadczenie, chociażby ze względu na to, że podczas mszy dawaliśmy sobie nawzajem porozumiewawcze znaki w jakim języku ma być teraz powiedziany dany fragment. Włochów, tak jak i nas, urzekł wykonany przez Ewę psalm jej czystym i delikatnym głosem.

Mimo, iż oni nie rozumieli polskiego a my zbyt dobrze włoskiego udało nam się porozumieć bez problemu, nawet podczas wykonywania Czarnej Madonny w dwóch językach.

Niesamowite było to jak religia i podobne systemy wartości potrafiły zjednoczyć dwie na pozór tak odmienne grupy.

Po mszy udałam się jeszcze do sklepu, gdzie moją uwagę przykuła różowa bluzka z napisem: Nie marz o swoim życiu, lecz żyj swoim marzeniem. Od razu ją kupiłam i poczułam wielką ulgę na samą myśl, że mam w końcu na sobie jakieś czyste i suche ubranie.

W kuchni unosił się zapach smażonego przez Hiszpanów kurczaka. Dopiero gdy kładłam się spać uświadomiłam sobie, że już jutro będziemy w Santiago... mieście, które do tej pory wydawało mi się czystą abstrakcją.

PEDROUZO – MONTE DE GOZO – SANTIAGO DE COMPOSTELA


W towarzystwie raz słońca raz deszczu do Monte de Gozo doszliśmy błyskawicznie. Ostatni raz mieliśmy okazję przejść przez las, a znaki na tym odcinku stały się coraz bardziej widoczne. Nie było tylko słupków i żółtych strzałek, ale całe zbite z desek drogowskazy. Jeszcze nad ranem w Pedrouzo na chodniku połyskiwały złote muszle. W kolejnej miejscowości młodzież dopiero wracała z imprez. Powoli zaczynaliśmy się przystosowywać do miejskiej rzeczywistości. Na drodze ponownie widzieliśmy tłum pielgrzymów, ale co ciekawe, nie zauważyłam już nikogo znajomego z poprzednich albergów poza Włochami i Hiszpanami.

Monte de Gozo – wzgórze radości okazało się być kolejnym przystankiem na naszej drodze. Ze wzgórza z monumentalnym pomnikiem roztaczał się już widok na przedmieścia Santiago. W tym momencie uświadomiłam sobie, że nasza pielgrzymka prawie dobiega końca. Pod wzgórzem Monte de Gozo znajdowała się mała kapliczka. Przed nią pielgrzymi z Meksyku przebierali się w indiańskie kolorowe stroje. Na tle zamglonego krajobrazu ich pióropusze prezentowały się bardzo efektownie. Ozdoby na nogach wydawały natomiast rytmiczne dźwięki podczas chodzenia. Moją uwagę przykuł mały chłopiec trzymający w rączce seledynowego melona i błądzący wśród tego całego tłumu przebierańców. Nie wyglądał na zagubionego, raczej chciał dokładnie wybadać co za chwilę będzie się działo. Z wrażenia aż opuścił owoc, a wtedy jego ojciec – dumny Indianin szybko zareagował.

Postanowiliśmy w tej miejscowości zostawić bagaże w polskim albergu imienia Jana Pawła II i już bez dodatkowego obciążenia dojść do Santiago. Jaka to była ulga dla zbolałych ramion móc iść przed siebie bez balastu na plecach.

Najpierw droga biegła w dół i w tym czasie w całej okazałości mogliśmy podziwiać miasto. Białe budynki stawały się coraz większe i wyraźniejsze, donośniejszy też był szum samochodowych silników.

Kiedy minęliśmy tabliczkę z napisem Santiago poczułam radość. Ale do katedry trzeba było jeszcze przejść całe ruchliwe miasto – najpierw główną drogę, potem śliczne parki i wąskie uliczki z różnymi sklepikami.

Jak dziecko, które nie może doczekać się niespodzianki wybiegłam do przodu. Przez długi czas nie widziałam katedry, która jest praktycznie niewidoczna dopóki nie stanie się przed jej fasadą. Kiedy ją ujrzałam nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Jej ogrom był imponujący. Na placu przed katedrą odpoczywały setki znużonych i zmęczonych droga pielgrzymów.

O godzinie 12 została odprawiona msza. Wnętrze katedry było równie bogato zdobione jak fasada. Monumentalny pozłacany ołtarz kusił pielgrzymów każdym detalem do bliższego podejścia. Znalazłyśmy z Agatą miejsca siedzące na klęczniku konfesjonału. Z podziwem obserwowałam rozmodlonych, a niekiedy płaczących pielgrzymów, ale też wielu miejscowych, którzy spacerowali wewnątrz świątyni. Widziałam długą, zakręconą kolejkę do grobu św. Jakuba. Przy ołtarzu księża z różnych zakątków świata koncelebrowali mszę, ale nie bardzo mogłam się skupić na modlitwie, bo moją uwagę za każdym razem przykuwało coś innego.

Na zakończenie mszy grupa Indian, która maszerowała z Monte de Gozo za nami, zatańczyła przed ołtarzem rytualny taniec okadzając wnętrza kadzidłem. Ich śpiew pełen radości i energii od razu ożywił wszystkich pielgrzymów.

Następnie udaliśmy się po odbiór naszych kompostelek czyli certyfikatów świadczących o przejściu Camino de Santiago, wydrukowanych w języku łacińskim z odręcznie napisanym imieniem każdego pielgrzyma i specjalną pieczątką.

Ucieszyłam się kiedy mieliśmy już czas wolny. Najpierw z powrotem udałam się do katedry, aby po przeczekaniu w dość długiej kolejce ujrzeć figurę i grób świętego Jakuba. Jego srebrna postać dokładnie wyszlifowana ramionami tysięcy obejmujących go codziennie pielgrzymów miała wzrok zwrócony w stronę wejściowych bram. Wiele osób całowało świętego i dotykało różnych zdobionych figur, kolumn, drzwiczek, a nawet szkatułek na ofiary jakby z nadzieją, że zapewnią im szczęście. Dojście do tego miejsca było przecież osiągnięciem zamierzonego celu i wiarą w to, że intencja ma teraz realną szansę na bycie wysłuchaną.
Po lewej stronie znajdowało się muzeum zamykane właśnie z powodu zbliżającej się siesty.

Po wizycie przy grobie ponownie wyszłam na plac i dokładniej zaczęłam się przyglądać wszystkiemu co otaczało mnie dookoła. Nie mogłam nadziwić się kunsztownie wykonanej fasadzie, wyobrażając sobie ilu ludzi musiało przy niej twórczo pracować. Misternie rzeźbione figury, motywy roślinne, kolumny i inne drobiazgi sprawiały, że człowiek zaczynał odczuwać tutaj zarazem swoją małość jak i wielkość. Niejednokrotnie doświadczałam tego uczucia na Camino – z jednej strony słabość wobec potęgi nieubłaganej natury, z drugiej siła człowieka do stawiania czoła nowym wyzwaniom. Podobnie było tutaj, już u kresu podróży.

Kiedy nacieszyłam się widokiem katedry zwróciłam wzrok na mima, który przebrany za św. Jakuba nie drgnął ani na moment. Jeszcze dalej ktoś przebrał białego pieska – założył mu brązowy kapelusz i kubraczek, aby i jego upodobnić do pielgrzyma. Czując się całkowicie wolna spacerowałam między uliczkami wypełnionymi po brzegi kawiarniami, restauracjami i sklepikami gdzie można było zakupić pamiątki. Moją uwagę przykuło jednak niewielkie stoisko z kolorowymi muszelkami, na których młody Hiszpan pisał na życzenie różne imiona. Podeszłam do niego i zobaczyłam, że na stoliku oprócz gotowych już muszli leżą wycinki z hiszpańskich gazet, opisujące jego inne dzieła jak portret Jana Pawła II namalowany dla kaplicy w Monte de Gozo przy polskim albergu. Rozmawialiśmy trochę na temat sztuki i jego pobytu w Zakopanem. Stwierdził, że nie zamieniłby swojej pracy na żadną inną, gdyż rozwój twórczy od zawsze był jego pasją.

Faktycznie, w jego oczach widziałam spokój i szczęście kiedy ze skupieniem kreślił kolejne litery mojego imienia na muszelce. Przy stoisku od czasu do czasu zatrzymywali się kolejni pielgrzymi.

Krążyłam wąskimi uliczkami Santiago w poszukiwaniu pamiątek. Dominowały koszulki oraz czapeczki z różnymi nadrukami, a także kubki z kolorowymi emaliowanymi obrazkami i galicyjskie legendarne czarownice bądź wróżki przynoszące szczęście. Nie było tam jednak niczego co bardzo by mnie zachwyciło. 

Usiadłam na chwilę na schodach. Przede mną przemieszczali się różni ludzie. To już koniec? – pytałam samą siebie z niedowierzaniem.

O umówionej godzinie spotkaliśmy się z powrotem na placu i razem ruszyliśmy do Monte de Gozo, mijając po drodze place zabaw i parki, w których roiło się od zieleni i przyjemnego chłodu fontann.

Początkowo obraliśmy niewłaściwy kierunek dlatego postanowiliśmy zapytać kogoś o drogę. Hiszpanka, słysząc nasze pytanie o Monte de Gozo popukała się w czoło. Monte de Gozo? Przecież to całe 5 kilometrów! To bardzo daleko! Lepiej wsiądźcie do autobusu. Popatrzyliśmy na nią z uśmiechem. 5 kilometrów oznaczało zaledwie godzinę drogi, a w porównaniu z trasą, którą przeszliśmy był to dla nas tylko relaksujący spacer.

Kiedy w Monte de Gozo zatrzymałyśmy się z Agatą w barze, spotkałyśmy znajome małżeństwo z Warszawy i Australijczyka, który siedział oczywiście przy kuflu piwa i dalej zastanawiał się nad sprawami egzystencjalnymi.

Do polskiego albergu wróciłyśmy zmęczone, ale z uśmiechem na ustach. O godzinie 20:30 czekała już na nas kartoflanka z makaronem, a przy stole w większości zgromadzili się sami Polacy. Aż trudno było uwierzyć, iż tylu ich mijaliśmy na Camino. Nawet we mszy w Santiago udział brało aż ośmiu polskich księży, wydaje mi się że najwięcej z nie hiszpańskich krajów.

Długo nie mogłam zasnąć nie tyle z powodu chrapania śpiących obok Hiszpanów co natłoku wrażeń. Uświadomiłam sobie, że już jutro za dwanaście godzin będę wracała samolotem do Gdańska, ale jeszcze przed tym czeka nas lot z Santiago do Barcelony. A jak chcieliśmy dostać się na lotnisko z Monte de Gozo? Oczywiście pieszo!

MONTE DE GOZO – BARCELONA – GDAŃSK


Przed wyjściem na lotnisko o godzinie 5 rano jeszcze zaspani udaliśmy się do kaplicy na mszę. Jakby przez mgłę widziałam obraz Jana Pawła II wiszący przy ołtarzu.

Dopiero pierwsze 2 kilometry drogi zdołały mnie porządnie rozbudzić. Okazało się, że od wioski na lotnisko dzieli nas dystans nie 4, a 8 kilometrów. Około godziny 7 zaczęliśmy mijać pielgrzymów podążających w przeciwnym kierunku. Ksiądz zauważywszy dwie Hiszpanki podpierające się kijkami znalezionymi najprawdopodobniej gdzieś na skraju lasu postanowił oddać im swój bambusowy kij.

Lotnisko w Santiago jest całkiem duże i nowoczesne, ale oczywiście o wiele mniejsze od tego w Barcelonie. Z samolotowego okienka przez chwilę przyglądałam się jeszcze szarej i mistycznej Galicji porośniętej gęstymi lasami, które skrywają w sobie zapewne jeszcze niejedną tajemnicę. Jeszcze raz uruchomiłam moją maszynę wspomnień i w szybkim tempie przejrzałam najbardziej dla mnie inspirujące momenty podczas tej podróży. Z pewnością ważniejsza okazała się dla mnie sama droga niż cel, bo pozwoliła dojrzeć wiele niewidocznych dla mnie do tej pory spraw. Była też ucztą dla oczu i uszu, bo dzięki maszerowaniu poznałam kulturę, ciekawych ludzi i doceniłam piękno natury.

Samo Santiago pobudzające we mnie uczucia dziecięcej radości, osobistej satysfakcji i podziwu było jedynie zwieńczeniem pielgrzymowania, które tak naprawdę wcale się nie skończyło.

Kiedy otworzyłam oczy ze zdziwieniem stwierdziłam, że lądujemy już w Barcelonie. Było zdecydowanie cieplej, po mgłach nie pozostał żaden ślad. Gdy wysiadłam z samolotu moim oczom ukazał się całkiem inny świat. Świat stworzony rękami człowieka dla człowieka – duży, zautomatyzowany i uporządkowany, w którym nie było miejsca dla dzikiej przyrody. Po podróżowaniu przez wioski i większe miasteczka nagłe zderzenie z tak rozwiniętą cywilizacją było dla mnie lekkim szokiem. Przemieściliśmy się między terminalami, pozostawiając swoje bagaże w przechowalni. Potem ciemnymi i zawiłymi korytarzami doszliśmy do pociągu, a stamtąd przesiedliśmy się do metra i wnet znaleźliśmy się pod najbardziej charakterystycznym budynkiem miasta – dumną i wyniosłą Sagrada Familia obecnie nieudolnie kończoną przez architektów, próbujących kontynuować dzieło Gaudiego.

Masy ludzi przewijały się ulicami, zatłoczone były kawiarnie, w powietrzu unosiły się zapachy przypraw i różnych potraw z dzielnicy muzułmańskiej. Poza romantycznymi budynkami uwagę przykuwał pokaz mody prezentowany przez turystów różnych ras i narodowości.

Starałam się odtworzyć w pamięci mój poprzedni pobyt w Barcelonie. Wydaje mi się, że wtedy na ramblach było więcej mimów, którzy prześcigali się w robieniu coraz to nowych min i póz.

Obejrzeliśmy z zewnątrz katedrę, która chociaż była ogromna, to wtłoczona w barcelońskie uliczki nie robiła takiego wrażenia jak ta w Santiago. Od czasu do czasu mijaliśmy firmowe sklepy FC Barcelony, zajrzeliśmy do prawdziwej włoskiej lodziarni, zatrzymaliśmy się na przystani i pod pomnikiem Kolumba, a stamtąd doszliśmy do parku Ciutadella. Barcelona pozostawiła we mnie wrażenie gościnnego, ale bardzo hałaśliwego miasta, w którym mimo tysięcy ludzi można poczuć się odrobinę zagubionym i samotnym jeśli człowiek nie potrafi wsłuchać się w samego siebie. A do tego bardziej potrzeba ciszy.

Wróciliśmy na lotnisko i już o godzinie 22 znajdowaliśmy się w samolocie do Gdańska.

Dziękowałam Bogu za ludzi, których przy tej okazji poznałam i za przeżyte emocje. Wiem, że nasze pielgrzymowanie dopiero się zaczęło i powrót do domu będzie dla nas największym sprawdzianem.

Spis treści

Komentarze

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:17

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:17

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Magdalena Rot - 12.07.2012 12:16

Dzisiaj wędrowałam na nowo razem z Twoimi wspomnieniami i odczuciami - jakże mi bliskimi. Przeszłam w 2009 r. Camino od Sant Jean Pied de Port do Santiago. 33 dni wędrówki. Pragnę tam wrócić - czy się uda? Pozdrawiam Magdalena

Zobacz wszystkie »