Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Jolanta i Marek
Camino del Norte 2012 Oviedo-Santiago

Wstęp


Jest sierpień 2013 roku. Tęsknię. Tęsknię tak bardzo, że chociaż w ten sposób chcę wrócić tam, iść i poczuć, to co przeżyliśmy rok temu. Opisać namiastkę tego wspaniałego uczucia, tych doznań, do tej pory zupełnie nam nieznanych.

Rok temu we wrześniu 2012 byłam z moim mężem Markiem na Camino, szliśmy z Oviedo – a właściwie z Gijon. W tym roku niestety nie pójdziemy. Planujemy, może wszystko się ułoży, to w przyszłym roku. Ciągnie nas bardzo. Nie mówimy o Egipcie, Tunezji, plaży i basenach. Jesteśmy zarażeni, skażeni czy jak to nazwać, opętani Camino. Mówimy o plecakach, ręcznikach szybkoschnących i minimalizacji bagażu. O moich butach, nowych sandałach. Nie wiem czy można wytłumaczyć to uczucie komuś kto tam nie był. Przez tyle lat nie wiedziałam zupełnie nic o Św. Jakubie i Camino. W 2010 roku Marek wrócił z morza i opowiedział mi o szlaku ale tak ogólnie. Czy czytał Pielgrzyma? Czy ktoś mu o tym mówił? Nie wiem, a i On nie pamięta. Szukałam w Internecie i trafiłam na stronę Polskiego Camino. Zaczęłam czytać wspomnienia Caminowiczów, oglądałam zdjęcia. W pewnym sensie żyłam Camino. Kupowałam książki. Camino, Camino. Marek był zaskoczony, że tak szybko zdecydowałam - musimy pójść. Byliśmy małżeństwem od nastu lat ale dopiero 2 lata po ślubie kościelnym, który bardzo przeżyliśmy - mieliśmy za co dziękować. Niestety przy takiej pracy Marka trudno nam zaplanować termin. Ale tak jak to gdzieś wyczytałam „droga zaczyna się od chwili gdy postanowisz pójść” – więc w tym sensie byliśmy na szlaku już dwa lata. Myśleliśmy, primitivo, francuska. Przyszła wiosna 2012 roku. Kupiłam sobie trekkingowe buty i zaczęłam chodzić. Mieszkam od centrum miasta ok. 16 km i na co dzień dojeżdżam do pracy samochodem. Zmieniałam to i dojeżdżałam autobusem a wracałam pieszo. Oczywiście nie systematycznie tylko parę razy by sprawdzić co jestem warta. Pierwszy wypad w nowych butach zrobiłam po imieninach mojej koleżanki Krysi. Nocowałam u niej w Sopocie a rano pieszo do domu. Oj pewnie to ponad 30 km. Najpierw w barze wypiłam kawkę i zjadłam jagodziankę. Miałam plecak i czapeczkę, i wyglądałam jak turystka. Zapewne nikt nie podejrzewał, że jestem prawie miejscowa. A ja już się przygotowywałam, wewnętrznie też. Spodziewałam się, że uczucie będzie inne jak będziemy iść we dwoje ale już taki przedsmak chciałam poczuć. Szło się pięknie, brzegiem morza ale buty, buty. To był błąd podstawowy. Nowe buty na taką długą trasę a innych nie miałam. Jakoś dałam radę i przeszłam przez Gdynię. Kupiłam sobie kanapkę i wodę a w okolicach portu przysiadłam, zdjęłam buty, zrobiłam opatrunki na pięty i poszłam dalej. Oczy otwierały mi się ze zdziwienia na to co widziałam. To była moja codzienna trasa do pracy. Jakże wszystko inaczej wyglądało z wysokości własnych nóg. Zobaczyłam, że burzą taki stary dom, że jest dużo węgla w porcie, że jest nowa ścieżka rowerowa, która wije się pod Estakadą Kwiatkowskiego i ja tam szłam. Było gorąco i zanosiło się na burzę. Wydawało mi się, że jestem jakaś wolna? Takie dziwne uczucie radości właściwie z niczego, przecież ja tylko szłam i to w dodatku chodnikiem, obok jechały samochody, ludzie się spieszyli. Z jednej strony im zazdrościłam, że jadą a z drugiej byłam dumna, że ja właśnie idę. Miałam kijki, które ratowały moje utrudzone nogi. Krajobraz to absolutnie nic ciekawego. Moje myśli skakały po tematach, ludziach. Nogi bolały coraz bardziej, miałam wrażenie że krew już mi płynie w butach. Łzy w oczach i żal do świata, że tak cierpię. Szłam obok kościoła św. Andrzeja Boboli, pod górę i nagle, telefon. Słyszę głos, a łzy same mi lecą. Mówię i łkam. To mój Maruś z morza wspiera mnie, chwali, podziwia. Uśmiech na twarz i dalej, silna, podbudowana. Dam radę. Niestety w okolicach Pierwoszyna zrobiło się naprawdę burzowo i zaczął padać deszcz. Zatrzymałam się na przystanku autobusowym aby ubrać kurtkę i wtedy przyjechały po mnie moje dzieci (Magdalena z Kotami – Rysiem i Lwem) i zabrały styraną matkę do domu. Cóż to było za dziwne uczucie zmęczenia, gdy siedziałam 15 minut na ławce a potem miałam zrobić parę kroków do samochodu. To nie były moje nogi a plecaka nie dałam rady podnieść. W domu wypiłam dwa piwa duszkiem! I za chwilę byłam już tylko szczęśliwa. Nie czułam zmęczenia i bólu. Zdjęłam buty, skarpety a oczom moim ukazała się czerwona rozpacz moich pięt. Dobre 3 tygodnie chodziłam tylko w laczkach.

Zawzięłam się jednak i dalej chodziłam. Kupiłam spodnie z odpinanymi nogawkami. Pożyczyłam plecaki. Kiedyś dawno temu jak byłam harcerką to wędrowałam ale teraz to inny sprzęt i nasze inne potrzeby. Latarki czołówki, skarpety ze srebrną nitką, sportowa bielizna itp. Zbierałam to wszystko i czekałam na męża a jego powrót ciągle się opóźniał. I nareszcie wraca. Jadę na lotnisko. Cóż to są za cudowne chwile, zobaczyć, przytulić się do swojego ukochanego mężczyzny. Prosto z lotniska jedziemy do sportowego sklepu bo przecież Maruś nie ma butów a i moje są pod znakiem zapytania. Kupujemy buty, skarpety a dla Marka jeszcze sandały. Mamy tylko tydzień na dotarcie. Ja jeszcze zobowiązana pracą zawodową buty nakładam po południu, Maruś pakuje plecak i wędruje plażą. Kupujemy sobie jednakowe czapeczki. Organizujemy podstawowe lekarstwa, kosmetyki są też wspólne tylko męski żel pod prysznic z szamponem. Jesteśmy coraz bardziej jakby napięci i jakoś nam trudno uwierzyć, że to już chwile dzielą nas od realizacji naszych marzeń. I stało się. Drugiego września 2012 roku lecimy. Zdecydowaliśmy się na Camino del Norte i to tylko jego część z Gijon do Santiago. Mamy na to 20 dni ale zamierzamy po drodze gdzieś pobyć dłużej no i w samym Santiago też parę dni. Liczymy, że samo przejście tych hi hi 350 km zajmie nam ok. dwóch tygodni. Układam plan przylotu i odlotu. Decyduję, że lecimy do Bilbao przez Monachium a wracamy też z Bilbao tylko przez Frankfurt i z dłuższą przerwą. Wieczorem w przeddzień wylotu pakujemy plecaki i Maruś je starannie owija folią wystawiając tylko uchwyt. Mamy tzw. torebeczki biodrówki na dokumenty, pieniądze telefony. To jest nasz bagaż podręczny hi hi. Lecimy. Siedzimy obok siebie i z niedowierzaniem patrzymy w oczy, naprawdę zaczyna się to „coś” o czym marzyliśmy od dwóch lat? Ściskamy się za ręce i oddajemy magicznej chwili. Loty przebiegały sprawnie, choć z małym opóźnieniem z Monachium bo musieli podstawić drugi samolot. Maruś siedział przy oknie i opowiadał o chmurach. Jak się wypiętrzają, jakich nabierają kształtów zachwycając się ich różnorodnością. Często doświadczam tego uczucia – z tym człowiekiem nie można się nudzić.

Jesteśmy w Bilbao, odbieramy plecaki, odwijamy z folii i zarzucamy na plecy aż zajęczeliśmy. Tzn. bardziej Maruś bo jego plecak ważył ok. 18 kg. Sam plecak bez zawartości jest dość ciężki bo to plecak wojskowy piechoty, na stelażu i wielki aż za. Ale tylko taki udało mi się pożyczyć. Ja mam mniejszy od córeczki Magdalenki, jej górski. I też ok. 15 kg. Podzieliliśmy trochę nasz dobytek, wiadomo rzeczy osobiste każdy niesie swoje, ale to co wspólne i tak w większości niesie Maruś. Kosmetyki, apteczka, zapas jedzenia. Teraz z perspektywy już wiemy, że wszystko należy kupić na miejscu i nie mieć bagażu głównego tylko ograniczyć się do podręcznego. Ale rok temu tego nie wiedzieliśmy chociaż tyle czytałam na forum różnych porad i wskazówek, to pewne rzeczy i tak trzeba przeżyć na własnej skórze. Maruś oblatany w lotniskach na całym świecie prowadzi nas do wyjścia skąd mamy autobus na dworzec autobusowy (2647). Jest gorąco, piękna pogoda. Kupujemy bilety do Oviedo – ALSA SUPRA po 37,50 € o 14.30. Były też na zwykły autobus za pół ceny ale później i strasznie długo jechał chyba ok. 5 godz. Mamy jeszcze trochę czasu, wyciągamy kanapki z Polski, ogórki małosolne a potem idziemy na winko 1,65 za lampkę. Mamy mało doświadczeń jeżeli chodzi o jazdę autobusami w Polsce i nie wiemy jak jest. Czy podają w czasie jazdy ciastka, kanapki i picie? A dmuchane rogaliki na szyję?

Jesteśmy w Oviedo – kupujemy plan miasta, szukamy ulicy i naszego schroniska. Maszerujemy, jakieś niesamowite uczucie niedowierzania, szczęścia, nawet trudno to jednoznacznie nazwać, ogarnia nas i potęguje. To uczucie będzie nam towarzyszyło, będzie w nas do końca a nawet jego część jest do dziś. Muszle przy naszych plecakach wskazują jednoznacznie kim jesteśmy. Z Oviedo codziennie ruszają lub tylko przechodzą pielgrzymi. Ale my i tak czujemy się niezwykli. To przygoda naszego życia. Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu a Rosjanie na rowerach – też pielgrzymi – wskazują na duży napis i kierunek do schroniska. Albergue de peregrinos del Camino de Santiago „El Salvador” ul. Adolfo Posada. Pierwszy Hospitalero – opiekun, zakup paszportu pielgrzyma, pierwsze ustalenia co do zasad przebywania, pierwsze potyczki językowe. Niestety będzie tak trochę cały czas. Oczywiście jakieś podstawy angielskiego mamy a Maruś nawet hiszpańskiego ale to wszystko mało choć we dwoje daliśmy radę. Mamy pokój dla siebie – 2 dwupiętrowe łóżka z łazienką. Po 5 € + credencial 3€. Pokoje są bez drzwi. Idziemy do katedry, niestety jest już wieczór i zamknięta. Dużo młodzieży siedzi na schodach i w knajpkach w około. Gwarnie. pijemy piwko, jemy w parku powoli wracając na nocleg. Maruś zajmuje górę, to nasza pierwsza noc w nowym, państwie, mieście, nowych śpiworach – malutkie i lekkie – 600 gram to zakup na ten cel. Rano głowa pełna snów. I tak będzie do końca. Niesamowite sny, które będziemy pamiętać i potem na trasie sobie opowiadać. Marusiowi często się śni i to pamięta mnie raczej nie ale teraz dzieje się coś dziwnego. Jest magicznie. Czujemy to oboje.

03.09. Gijon (Hihon)


 Gdy wychodzimy z alberga jest jeszcze ciemno. Idziemy na dworzec autobusowy tą samą trasą, którą wczoraj przyszliśmy. Maruś jest świetnie zorientowany w terenie. Ze mną gorzej. Mam jednak coś z kobiety. Nie, że skręcam w prawo jak mówią w lewo i nie znam się na mapie ale potrafię wejść do sklepu a później wyjść i iść w odwrotnym kierunku nie pamiętając, skąd przyszłam. Zatrzymujemy się w barze na kawkę i ciastko – pan przynosi nam rozjechanego rogala z marmoladą na ciepło a spienione mleko wlewa do kawki już przy stoliku. Zadziwia nas to wszystko, jest nowe i inne. Cieszymy się, uśmiechamy do siebie – jak jest – jest cudnie. Jedziemy do Gijon. To zwykły autobus ale jedzie około pół godzinki z nami ludzie do pracy. Krajobraz taki fabryczny. Tak się zaczyna nasze Camino. Mosiężne muszle wtopione w chodnikowe płyty – to nasz drogowskaz. Później już żółte strzałki kierują nas poza miasto. Idziemy ciężko pod górę. Jesteśmy zaskoczeni, że aż tak stromo i wysoko. Jest ciepło, potem gorąco. Pijemy piwko i soczek. Już myślimy, że to blisko ale nie. To przedmieście bardzo się ciągnie. Zmęczeni ok. 15.30 dochodzimy. Nawet specjalnie nie błądząc. Avilles – albergo (5€) ładnie położone przy starym mieście. Jesteśmy padnięci. Sala jedna na 60 osób. Łóżka piętrowe. Myjemy się, odpoczywamy. Wychodzimy na kolację. Zwiedzamy. Jest pięknie. Jedzenie w domu towarowym. Pyszne crocietas serowe z szynką. Poznajemy Szarlotę i Mateusza Giganta – Camino rozpoczął 8 maja – wyszedł z Podlasia. Pijemy winko i jemy figi. Rano wyjście.

04.09.2012 r.


Z latarkami czołówkami wszyscy szykują się do wyjścia. Mam odcisk na małym palcu. Maruś przebija bąbel i robi mi opatrunek. Szukamy kawy i ciastka. Wychodzimy z miasta. Ludzie często pokazują drogę. Ale czasami nawet miejscowi się mylą. Trochę zawracamy. I znowu w górę. Maruś się pyta czy organizator tej wycieczki o tym uprzedzał, że będzie stromo, górzyście i nawet niebezpiecznie? Podzieliliśmy etap i idziemy do San Esteban de Pravia. Trochę kluczymy ale udaje nam się jeszcze załapać pokój. Jesteśmy nad Zatoka Atlantyku ”Bocamar” – mamy pokój (mini) z łazieneczką. Po drodze jedliśmy w lesie. Puszka z Polski i pomidory. Wieczorem idziemy na kolację. Jemy kalmary na przystawkę (super) opiekane z cytrynką. Pijemy winko. Główne danie to śmieszne lomo – schabowe. Hotel kategoria turystyczny po 16€ od osoby.

05.09.2012 r.


Wychodzimy – nie ma kawy, bary jeszcze zamknięte. A przecież jest już po 8! Odchodzimy od Camino i idziemy piękną choć bardzo początkowo stromą – trasą nadmorską. Najpierw schodami a potem 4 km pięknych widoków. Robimy popas. Dziś już hiszpański – chorizo, pomidory i brzoskwinie. Dochodzi do nas grupa z Polski. Idą przed nami. Trasa bardzo ciężka i nie 17 a chyba 27 km! Dużo asfaltu ale też lasu, wąwozów i stromo. Robi się gorąco. W El Pito pijemy piwko i wydaje nam się że już niedługo. Trasa źle oznakowana droga w przebudowie nie ma muszli. Jesteśmy padnięci, drogowskaz pokazuje 4 km ale asfaltem a my musimy iść Camino – to w poprzek góry. Wcześniej zmieniłam buty na sandały. Mam odciski na palcach. Maruś też. Naprawdę padnięci wchodzimy do miasteczka. W barze Eco sami wpisujemy dane i stawiamy pieczątki. Albergo w starej szkole. 22 łóżka – ale dla nas są te dwa! Ciepła woda. Suszymy pranie. Nogi bolą. Chyba pójdziemy coś zjeść. Niestety okazało się, że jedzenie jest późno ok. 20 – 21. Kupiliśmy w sklepie wino, oliwki i szynkę. Zjedliśmy przy dużym stole przed schroniskiem. Jeszcze dojechali rowerzyści. I takie starsze 3 panie z kijkami. Okazało się, że to Francuzki, Maruś ochrzcił je Bagietki. Dużo ludzi. Wszystkie buty zawsze stoją na zewnątrz.

06.09.2012 r.


Noc dla mnie super po tabletce i smarowaniu nóg przez Mareczka. Budziliśmy się bo na jednej sali tyle osób to wiadomo, że ktoś będzie „piłował” no i tak było. Wcześnie jemy jogurt z ciasteczkami, pakujemy się ale wszystko już robimy na zewnątrz i ruszamy. Jest ciemno 6.30. Wiemy, że dziś idziemy szosą. Marek mówi, że go nikt z niej nie zwali na żaden szlak. Dochodzi do nas Samotnik, miał nadzieję że ruszymy szlakiem Camino razem ale się rozczarował. Został i czekał aż się rozjaśni by wejść w gąszcz „dżungli”. Idziemy sami jest pięknie, ciemno ale księżyc i gwiazdy pozwalają nam iść. My przecież jesteśmy księżycowi ludzie. Dochodzi nas Samotnik ma latarkę czołówkę, my wyciągamy też i tak pokazujemy samochodom że jesteśmy. Samotnik dał nogę i zostaliśmy znowu sami. Trasa miała być jak zwykle łatwa i krótka. No cóż. Miało być fajnie a wyszło jak zwykle. Nogi bolą – mam odciski. Zmieniłam buty na sandały. Pięknie się idzie – ale mamy wrażenie że to taki „dzień Świstaka” – ciągle ten sam zakręt, pomost i roślinność. Robimy sobie super śniadanko – (chcieliśmy wcześniej na Playa de Silencio) ale to był niewypał. Daleko do Oceanu choć widoki piękne. Skały Kantabryjskie! Wracając do śniadania to rozkładamy się na łączce i mamy winko, chorizo, pomidory. Odpoczywamy dobrą godzinkę. Dalsza trasa nic się nie zmienia – idziemy szosą, pięknie, to wszystko co nas otacza już nam mówi że to nie człowiek stworzył. W czasie naszego śniadania minęli nas – Karol, kobieta samotna, faceci z kijkami no i w końcu cała grupa Mateusza. Zatrzymujemy się ponownie w Ballota. Pijemy piwko i jemy buły z chorizo. Marek mówi że tanio po 7€! Z ledwością dochodzę do Albergua w sandałach Marka. Mam odcisk na starym odcisku. Alberguo to mały domek, 2 pokoje, kuchenka i łazieneczka. Nasi już są i dla nas jest miejsce ale już tylko w kuchni na materacach. Po nas za chwilkę dochodzą Słoweńcy i biorą ostatnie łóżko i materac. Teraz a jest 21.30 siedzę w tej kuchni przy stole i piszę. Na podłodze rozłożone 3 materace, kolega już śpi. Marek się myje. Wcześniej poszedł do sklepu i kupił jedzenie na kolację i śniadanie. Jemy wszystko hiszpańskie chorizo, pomidory, oliwki i pijemy wino. Wcześniej byliśmy na „zielonym” i Maruś opatrywał mi nogi. Grupa Mateusza też trochę odpoczywała a na 20.30 planowali wyjście na kolację. Są młodzi to mają więcej siły - ja dziś dziękuję. Fajnie tak pogłębiamy wiedzę o sobie. To bardzo mili młodzi ludzie. Jutro mam nadzieję dojdziemy szybko i będę już więcej odpoczywała. Liczę też na te dwa dni w Tapia. Ogólnie jest cudownie ale bardzo ciężko ze względu na moje nogi. Plecak i inne sprawy to żarty.

Spis treści

Komentarze

dorota - 08.12.2016 21:46

ja wyruszam 11.6 z irun,chcialaby przejsc cala trase

monikki - 28.11.2016 15:11

Piękny pamiętnik. Taki szczery i prosty. Ja mam nadzieje ruszyć 1 czerwca 2017. Dziękuję za natchnienie. Monikki

jola - 08.09.2016 09:52

Piękne...

Zobacz wszystkie »