Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Jolanta i Marek
Camino del Norte 2012 Oviedo-Santiago

07.09.2012 r.


Idziemy do Almuny. Wyszliśmy po śniadaniu. Zostali tylko „Bzykacze”. Godz. 8.00, idziemy szosą. Ruch znikomy. Jemy na parkingu. Mamy co zwykle. Odnosimy wrażenie że ktoś nam puszcza ten sam film. Znowu powtarza się „Dzień Świstaka” Ciągle zakręt w prawo i jakiś most nad rzeczką. Ogólnie pięknie, Marek zachwyca się lasami, zielenią. Stwierdzamy, że jak już jest fajnie i wydaje się nam że blisko i łatwo to zaczynają się schody. Robi się dziwnie gorąco, trasa pod górę i ciągle daleko. Nogi znowu odmawiają posłuszeństwa. Ostatni etap trasy jest płaski ale otwarty i długi, idziemy, idziemy. Boimy się bo Albergo czynne od 17 a my jesteśmy o 14. Może zamknięte? Żona Hospitalero jeszcze sprząta ale mile nas wita i woła męża gdy Marek mówi jej o moich nogach. Przynosi wielką miskę z zimną wodą i solą. Co za ulga. Ktoś pisał o tych dwóch ostatnich schroniskach jakieś niezbyt dobre opinie. No cóż nas spotkało samo dobro i bardzo mili ludzie. Że WC nie ma haczyka w drzwiach? Co to za problem? Jest ciepła woda, prysznice. Marek idzie po zakupy, jemy przekąskę i odpoczywamy. Wieczorkiem na 20.30 idziemy na kolację. W Barze – restauracji menu del Dia – Maruś – Sopa di Marisco i „mu” a ja rosół i kawałeczki mięska w sosie do tego butelka wina, potem deser – lody, tarta i kawa. To wszystko po 10€ od osoby!

08.09.2012 r.


Rano Hospitalero zaparzył kawkę w termosie i skorzystałam. Postawił mleko i ciasteczka. Naprawdę miło. Zjedliśmy jogurciki i w drogę. Bardzo ciężki etap. Początkowo myśleliśmy dojść do Pinera ale jakoś tak się oboje zawzięliśmy i dalej. Pierwszy raz minęliśmy schronisko. Etap około 32-34 km. Początki są u nas zawsze łatwe. Rano jest szaro, chłodno (mamy nawet długi rękaw) i do 12 godz. Bywa że nie ma słońca. Jest pięknie choć tu trasa bardzo ruchliwa. Jest sobota i tak się zastanawiamy dokąd Oni tak pędzą tam i z powrotem? A my kijek w kijek do przodu. Ok. 11 stajemy na śniadanko. Dzisiaj nic specjalnego tzn. miejsce. Uciekamy z drogi i rozkładamy się na ziemi. Trzeba odpocząć. Nie mamy wina tylko 1 piwko. Wszystko trzeba nieść na plecach więc zawsze trzeba myśleć i przewidywać – tylko wystarczająco jedzenia, wody. Za mało źle, za dużo też niedobrze. Mamy chorizo, pomidory, ciapatę. Staramy się jeść codziennie owoce na razie to brzoskwinie i tu jakoś dziwnie, nawet twarde są słodkie, soczyste i dojrzałe. Ruszamy. Idę dalej w moich butach. Zaparłam się. Przerwę robimy na stacji benzynowej, pijemy zimny napój wzmacniający. Miałam nadzieję że zostaniemy w Navi – pokój turystyczny ale tylko zjedliśmy obiad jeden Menu del Dia – 12€ + dwa piwka, Maruś zupa Sopa del Marisco a drugie na pół ze mną filet z „jakiejś ryby w sosie, ziemniaki i deserek. Zmieniam buty na sandały – co za ulga. Jeszcze jakieś 8-10 km. Oni mają tu różne miary, takie same dane na tablicy na początku i na końcu miejscowości. Przechodzisz 2-3 km a tu ciągle tablica do la Caridad 10 km. My 1,5 wcześniej mamy albergue. Boimy się że nie będzie miejsc. Ale są, kobieta wita nas i mówi (a my oczywiście rozumiemy po hiszpańsku hi hi) że w restauracji jest fiesta i jest zamknięta i jak chcemy to u niej w domu (20 metrów dalej) zrobi nam jedzenie, wino, piwo. Jesteśmy za. Schronisko ładne, czysto. Kąpiemy się, Maruś pierze. Ja kuruję stopy. Jestem też pogryziona, jednak w jakiś materacach były „Żyjątka” – chyba? Ogólnie Maruś zawsze wygląda lepiej ode mnie. Nic mu nie jest, nic go nie boli. Tylko dziś na trasie robił pierwszy przystanki na picie. Doszliśmy ok. 18.30. Ale to przeszłość. Ubieram jak zwykle na Camino – wieczorem – brązową sukienkę od Gracjeli i chustę – pareo od siostry Ewy i idziemy do Matildy. Jest tzw. Empanada – to taki ala polski duży pasztecik ciasto+mięsko z cebulka + ciasto – upieczone. Jemy to na zimno, kroimy duże prostokąty, pijemy Rioja. Przychodzą jeszcze Hiszpanie i też jedzą. Jest miło, Matilda proponuje jogurt, kawkę itp.

09.09.2012 r.


Pisze Maruś.
Wczoraj wieczorem wziąłem też tabletkę i dobrze spałem. Jest to chyba sposób. Wczoraj jak przyszliśmy to na głównej Sali było 5 osób a na górze3. Przed nami byli już Bzykacze i Szeleszczący Folią. Dwóch Niemców 74 i 44 lata. Idą razem i są dzisiaj także w Tapia. Wieczorem „Młody Cyklista” wstawił swój rower do sypialni - widocznie taki cenny. Biała rama i mnóstwo dodatków. Dzisiaj jak byliśmy 2 godz. przed Tapia to on jechał już z powrotem. Szybki jak Wermacht w 39! Rano jak się obudziliśmy to Szeleszczący już się szykował do drogi i nic sobie nie robił z naszego spania. Tylko składał ten swój majdan w głównej sali i szeleścił. Wyszliśmy bez śniadania tylko po jednym cukierku kawowym, którym też poczęstowaliśmy tych dwóch „Alte Kameraden”. Danke usłyszeliśmy i w drogę. Oj w Dziubika jakieś nowe siły wstąpiły bo pędziła jak gazela uciekająca przed gepardem i ciężko mi było jej dotrzymać kroku. Już się boję co to będzie jak jej stopy dojdą do formy. Bez przystanku o 10.45 zameldowaliśmy się w Tapia i po wskazaniu drogi przez przygodną Tapijkę doszliśmy do Guardia Cyvil gdzie dostaliśmy pieczątkę i wskazówki dalszej drogi do schroniska. Dom Pielgrzyma położony pięknie nad samym brzegiem kamienistej plaży. Mała zatoczka z kilkunastoma skałkami. Hospitalero w średnim wieku facet kazał nam poczekać 10 min bo zmył podłogę i jeszcze nie wyschła. Po wejściu i wpisaniu się do księgi (bez paszportu Pielgrzyma nie ma wejścia) zajęliśmy łóżko piętrowe z boku Sali i poszliśmy po zakupy. Miasteczko urokliwe. Otwartych dużo barów ale tylko jeden sklep. Zrobiliśmy zakupy za 19,88 (dwa wina, ser, jogurt, bułka, brzoskwinie, nektarynki, szynkę, oliwki. Potem na kawkę do baru nad zatoczką 1,60. Po powrocie wzięliśmy jedzenie, picie i na plaże. Niestety mnóstwo kamieni a woda ok. 18 st. Jest super i rozkoszujemy się tą chwilą bo jutro znów w trasę i połykanie km. Piszę już ja – muszę dopisać w tym miejscu że ser to San Simon w kształcie kropli wody, produkowany tu niedaleko. A wino tylko zakorkowane bez nazwy też tutejszy wyrób domowy. To jeszcze nie koniec dzisiejszego obżarstwa . Wieczorkiem poszliśmy do portu. Dużo barów ale „Oni” tu znowu tylko piją. Jakoś usiedliśmy w barze, na czarnej tablicy kredą napisane jakieś dania. Pytamy kelnerki co na ciepło co na zimno. Najpierw piwko i słownik. I już wszystko wiedzieliśmy. Zamawiamy sardele i małże na zimno, a krokiety z dorszem na ciepło. Do tego wino białe. Pani nalewała nam dwa razy. Wszystko okazało się bardzo smaczne i po raz pierwszy jedliśmy małże w wielkich skorupkach w occie winnym i oliwie, pięknie przybrane – na zimno. Każdemu przypadło po 8 muszli. Po powrocie siedzieliśmy przy pięknym marmurowym stole – Maruś znowu przeobraża się w „Doctore” i opatruje mi stopy przy pomocy lampki czołówki. Pijemy winko – tutaj nawet to z kartonika nad brzegiem oceanu jest wspaniałe.

10.09.2012 r.


Ruszamy rano, oczywiście mijamy po drodze dwa bary tzn. że jesteśmy na jogurtach bez kawki. Marek uważa, że damy radę! I później będzie jakiś bar – nie było długo. Idziemy pięknym nadmorskim szlakiem. Mamy nadzieję, że będzie tak urokliwie jak w San Esteban. Było ale tylko przez chwilę. Potem szlak wiódł przez pola – blisko oceanu ale nie jego brzegiem. Doszły nas „Gruba” z „Chudą” i V-kolumna. Idziemy do Ribadeo – ale spać mamy zamiar 5 km dalej w Vilela. Przechodzimy most nad rzeką Ove i wchodzimy do miasta. Wcześniej zjedliśmy śniadanko na ławeczkach. Nogi bolą, mały palec lewej nogi znowu się odzywa. Miasto piękne, położone nad oceanem i rzeką. Pijemy kawkę i zwiedzamy. Informacja turystyczna bardzo fajnie zorganizowana, dostajemy plan miasta i Camino Norte. Marek zatrzymuje Guardia Cyvil i pyta jak wyjść z miasta. Idziemy chociaż za jakiś czas wydaje nam się że coś nie tak. Chyba błądzimy. Jednakże po kilku km ciężkiej wspinaczki w słońcu i żarze dochodzimy. Do Vilella i schroniska. Jest już Gruba z Chudą i V-Kolumna. Albergo faktycznie z zewnątrz nowe – wchodzimy na piętro – tam jak zwykle piętrowe łóżka i wydzielona ściankami część higieniczna. Niby dwie toalety z prysznicami ale okazuje się że w jednej nie działają. Oznacza to że przypuszczalnie na 40 osób jest jeden prysznic i dwa kibelki. Ale jakoś wszyscy dali radę choć wszystko słychać. My niestety nie byliśmy przygotowani na taką ewentualność, że bar będzie zamknięty („Bar padł”) i musimy zjeść suchy prowiant bez wina (wina Marka) bo mówiłam (jak żona – a nie mówiłam?!) by zrobić zakupy w Ribadeo w Alimentari. Miałam bardzo zły dzień i nastrój. Płacz na końcu nosa a wina brak. W nocy żarły nas insekty Marek ma 5 a ja 7 śladów. Ale wcześniej coś pożarło mi przedramię mam piękne 3 ukąszenia.

11.09.2012 r.


Budzi nas dżdżysty ranek jednakowoż bar na trasie z kawką i ciastkiem (typu Madzi muf inki) przywraca nam nadzieję na piękny dzień. W przeciwdeszczowych ponczach (żółtym i czerwonym) idziemy dalej. Dzisiejsza trasa pozwala nam ponownie nawiązać kontakt – trasa wiedzie między małymi miasteczkami, wsiami, - ale nie szosą. Możemy iść obok siebie i rozmawiać. Marek nareszcie zaczął opowiadać i wspominać te miesiące gdy był w morzu. Obejrzane filmy, przeczytane książki. Ten dzień był nam obojgu bardzo potrzebny. Na trasie dalej ani baru ani sklepu a po trudnym podejściu już w południe, w słońcu – prywatnie pan z garażu sprzedaje nam zimne piwko. Jemy ZN (dla tych niezorientowanych zapas nienaruszalny) – kabanosy z Polski. Teraz już nic nie mamy. Ale plecaki lżejsze. One nawet przestały ważyć już tak jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Mimo wszystko jest pięknie. Nie pisałam, że jesteśmy już od kilku dni sami, tu Niemcy, Francuzi, Hiszpanie, Anglicy ale Polaków nie ma. Jakoś się dogadujemy w tym co nam potrzeba. Jest jeden Niemiec l.74. Idziemy z nim już parę dni. W przydrożnym barze, o którym wszyscy Polacy wspominają bo nazwa jest typowa na zakręcie A Curva – pijemy nareszcie duże piwo a Marek je hiszpańską bocadillos – czyli kanapkę z szynką. Dochodzimy o Villanova de Lourenza. Miasteczko – wieś. Albergo przy trasie, zajmujemy fajny 4 osobowy pokój. Robimy co zwykle, kąpiel, pranie. Szykujemy łóżka – tu po raz pierwszy spotykamy się z jednorazowymi prześcieradłami i powłoczkami na poduszki. Wychodzimy do miasteczka. Fajny sposób zamykania drzwi, które są zatrzaskowe i aby ktoś kto już jest w środku nie musiał otwierać włożona jest gruba gazeta! Pijemy kawkę, piwko i idziemy na kolacyjkę z winkiem. Wszystko pyszne – na przystawkę Maruś nareszcie tortillę z gambas a ja kalmary fritte. Spaliśmy z „Barceloną” – okradziony pielgrzym.

Spis treści

Komentarze

dorota - 08.12.2016 21:46

ja wyruszam 11.6 z irun,chcialaby przejsc cala trase

monikki - 28.11.2016 15:11

Piękny pamiętnik. Taki szczery i prosty. Ja mam nadzieje ruszyć 1 czerwca 2017. Dziękuję za natchnienie. Monikki

jola - 08.09.2016 09:52

Piękne...

Zobacz wszystkie »