Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Jolanta i Marek
Camino del Norte 2012 Oviedo-Santiago

12.09.2012 r.


Dziś mamy do Abadin 25 km – a śpimy w Gontan. Mży. Jak zwykle wspinamy się wiejską dróżką na wzniesienie. Zawsze rano musimy się zmęczyć. Idziemy bardzo krętymi drogami, nie spotykamy nikogo, etap bardzo ciężki i nudny. Czekamy na wieś w której „czas się zatrzymał” LOUSADA a jej ciągle nie ma. Jak czasami u Nich kilometry są metrami tak teraz odwrotnie. Śniadanie jedliśmy pod drzewem z przepięknym widokiem na dolinę. Dochodzimy do schroniska – młody Hiszpan bardzo miły hospitalero mówi trochę po polsku, np. bigos. Idziemy po zakupy i robimy sobie zupę z proszku z chlebkiem. Pijemy winko. Są Czesi, spotkaliśmy Hiszpankę, która potem szła z Niemcem. Sala główna podzielona jest ściankami działowymi i jest więcej intymności, łazienki czyste, światło na fotokomórkę, super.

13.09.2012 r.


Do Vilalba – 20 km. Rano kawka, jogurty i dalej wychodzimy o 8.50. Znowu mży, ubieramy poncza, Marka już się trochę podarło. Jesteśmy w krainie „Cha” – lasów i łąk. Etap krótki, dochodzimy do schroniska w kształcie bunkra- czarna bryła – nowoczesny. Oddzielnie kobiety i mężczyźni. Idziemy do miasta, zwiedzać i zjeść. Na przystawkę kalmary i piwko a potem filette de tenere, chuleta cerdo (6,50 i 7€) i winko. W schronisku czeka nas niespodzianka – w postaci młodej Polki ucieszonej naszym widokiem Polacy! – Hurra! Od kilku dni nie słyszała polskiego języka. Idzie sama z Gijon. Spieszy się. To też dobrze nam robi. Pijemy razem winko i umawiamy się na jutrzejszy wspólny etap. Dzięki Martynie – Sarence (wysoka i długie nogi)mamy zamiar pociągnąć dalej.

14.09.2012 r.


Wychodzimy jak jest ciemno ale wiemy, że 4,5 km idziemy przez miasto. Jest rześko i idzie się fajnie. Robimy przystanek i jemy śniadanko – dość późno bo po 3 dobrych godzinach marszu. Mamy (zupełnie przez przypadek ale jaki trafiony – 3 miniaturki kartoników wina) jemy razem dzieląc się i częstując jedzeniem. Jest pięknie, ciepło, słonecznie. Ruszamy dalej i dochodzimy do Baamonde tam wstępnie mieliśmy spać ale Sarenka tak nas natchnęła, że planujemy iść dalej – do Miraż. Robimy zakupy na 2 dni i pijemy piwko w barze. Teraz jeszcze po ponad 22 km – tylko 18! Idziemy chociaż siły brak – Sarenka rusza przodem zamówić miejsca w schronisku. Po drodze Marus opatruje mi stopy, robimy zdjęcia area recreativa – Maruś leży na stole. Jest ciężko ale dochodzimy - 38 km! Bierzemy Sarenkę i idziemy na winko i bocadille z jamon. Teraz siedzimy w pięknej, wielkiej kuchnio-jadalni, przy stołach, ławach, międzynarodowe towarzystwo – ludzie nawet w coś grają – na jakieś słówka. Jest naprawdę miło. Pijemy kawkę, herbatkę. Wszystko jest free. Opiekunowie to Anglicy. Rano ok.630 – śniadanie wspólne – zapraszają. Zaraz idziemy spać. To jest Camino – jestem zmęczona. A pan przychodzi i gasi nam światło jak zwykle o 22. Wszyscy muszą odpocząć.

15.09.2012 r.


Budzi nas gregoriański śpiew (marsze niemieckie?) dochodzące z kuchni. Musimy wstać! 6.30 śniadanie. Przy wejściu Anglik pyta – co pijemy – kawa, herbata kakao? Na stołach pieczywo. Dżemy, miód. Puszka na donativo – co łaska. Bardzo miła atmosfera – wręcz rodzinna. I tak nie możemy wyjść wcześniej bo jest ciemno i Angielka pilnuje i nie wypuści nikogo jak matka hi hi. Piję dwie kawki. Dziś etap 25 km do Sobrado Dos Monxes – klasztor Cystersów. Etap zapowiadają, że ciężki – górskie ścieżki, głazy, pył, wypalony las. Słabe oznakowanie terenu. W Miraż spotkaliśmy i Bzykaczy, Grubą (Anna Włoszka z Turynu) i chudą (Luiza), Czechów, Hiszpankę – (czarną z Blondasem) i Brzydką, niemieckie małżeństwo i Hiszpanów dwóch. Wszyscy mówimy sobie „Hola”. Była mgła, góra której nie widzieliśmy. Po 8 km dochodzimy do zaprzyjaźnionego z pielgrzymami gospodarstwa, w którym już część z naszym jadła i piła – to my też. Gospodyni serwowała kawkę, ciasteczka, napoje oraz ser własnej roboty, który kupiliśmy na śniadanko 3€. Ruszyliśmy dalej szukając dogodnego miejsca na odpoczynek bo zamierzaliśmy poleżeć nawet godzinkę wiedząc, że nie musimy się spieszyć bo w Sobrado jest dużo miejsca i nic nas nie goni. Marus znalazł śliczną polankę, blisko drogi ale w ukryciu, zdążyłam zdjąć buty, plecaki na ziemi, dobrze, że winko jeszcze nie polane a tu nagle na tę piękną polanę wtargnęło stado „dzikich” galicyjskich, rogatych krów popędzanych przez małą kobitkę wołającą - mucho – (mucia). Drżącymi rękami nakładałam buty, łapałam co popadło i uciekałam, tylko dzięki opanowaniu Marka i Sarenki wzięliśmy wszystko a i krowy zdziwione nami były spokojne. Odeszliśmy kilkanaście metrów na polankę po drugiej stronie drogi. Teraz już bezpiecznie, polaliśmy winko a tu nagle nad głowami usłyszeliśmy muczenie i tętent krowich kopyt a także nawoływania kobiety. Znowu w popłochu zaczęliśmy się pakować ale okazało się że to tylko jedna krowa odłączyła się od stada i zamierzała być Pelegrino i iść z nami do Santiago. Maruś dzielny Torreador z Mostów zapobiegł tej wyprawie, zastąpił jej drogę i zawrócił do właścicielki. Adrenalina nie pozwoliła nam skorzystać tak jak zamierzaliśmy z tego dnia i odpoczynku. Mamy za to wspomnienia i super zdjęcia. Nie śpiesząc się - klasztor jest zamknięty między 14-16 dotarliśmy do miasteczka, które szykowało się do fiesty. „Nasi” już leżeli pokotem na trawnikach przed klasztorem, było gorąco. Zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy na piwo. O 16 wróciliśmy, Hospitelero po wpisaniu przez Braciszka, pokazał nam naszą sypialnię – w starych stajniach, łazienki, kuchnie i miejsce gdzie o 19.00 będą Nieszpory. Po zrobieniu tego co zwykle, kąpiel, łóżka, pranie – zawsze Maruś, wychodzimy do miasta coś zjeść. Niestety tak jak to bywa w Hiszpanii jedzenie po 20! Udało nam się jednakowoż coś uzyskać. Jedliśmy zaś lomo, becon, frytki i sałatę. Do tego piwko a Sarna colę. Spieszyliśmy się na nieszpory. Były w odnowionej części klasztoru – całość trwała ok. 45 minut. Braciszkowie w habitach wchodzili po dwóch, trzech w im tylko wiadomej kolejności, zajmowali miejsca, oddając cześć krzyżowi. Zgasło światło. Paliły się świece. Rozpoczęły się śpiewy. Maruś ich wspierał ze śpiewnika. Później poszliśmy do kościoła – katedry, która jest dopiero w trakcie odnawiania – od 1966 roku Cystersi ponownie ją odzyskali i opiekują się, starając się zbierać fundusze na jej remont. Ale to zrobiło na nas wrażenie. Stan surowy, częściowo ściany pokryte starymi freskami, pusto. Niesamowity pogłos. Pięknie. Nie byliśmy tam sami, między kolumnami zauważyliśmy młodego mężczyznę z aparatem. Później nam się przedstawił – Jakub z polski, jechał rowerem i miał przy nim flagę Polski, którą dostał od naszego premiera Tuska. Wieczorem poszliśmy jeszcze do miasteczka czekając na rozpoczęcie koncertu piliśmy winko, piwko. Zdziwiło mnie, że przy takich chybotliwych stolikach, ogromnej ilości ludzi i przepychanek – wino podawali w takich wielkich wysokich kieliszkach jakich ja w domu nie używam tylko stoją w witrynie – bo mogą się potłuc. Niestety nic się nie zaczęło do 21.45 i musieliśmy wracać bo drzwi klasztoru zamykają się o 22. Grali potem aż do białego rana – dobrze, że mamy zatyczki do uszu.

16.09.2013 r.


Rano „oni” jeszcze grają a my po jogurtowym śniadanku i darze od francuskich turystów (bocadillo, jabłko, gruszka) zarzucamy plecaki i chcemy ruszyć a tu Markowi strzelił kręgosłup. Przydał się ketonal. Dziś zmierzamy do Arzua – miejsca gdzie łączy się nasz szlak z francuskim, primitivo. Musimy się spieszyć i dojść wcześnie bo w schronisku tylko 44 miejsca. To tylko 23 km. Sarna nas ciągnie i dochodzimy ok. 13.30. padamy na pyski ale ja wiem, że tak trzeba. W schronisku jest dużo Koreańczyków, jest ładne, z kamienia, w centrum. Wyczytałam jeszcze w Polsce, że niedaleko a dokładniej na szlaku francuskim tj. w Melide jest Pulperia u Ezechiela gdzie podają ponoć najlepszą w Europie!? ośmiornicę. Maruś martwi się (na zapas), że będzie zamknięta. Trochę odpoczywamy i zbieramy się do wyjścia. Sarna zostaje a my lecimy na autobus by w konsekwencji jechać taxi - a co Pielgrzyma stać. Podjechaliśmy pod same drzwi. Z zewnątrz przypomina trochę te niby wielkie garaże - magazyny w Marino gdzie jeździliśmy na porchete. Ale zapach „wali”. W środku ławy, stoły a głębiej stoliki i bardziej restauracyjnie. Wydaje nam się, że obsługa właśnie ma przerwę i je ale nas obsługują. Zamawiamy Dos pulpo i wino wiadomo Ribeira Bianco. Tu nasze zdziwienie – do wina gliniane miseczki, czarki a pulpa ciepła i ostra, pieczywo. Wszystko smakuje więc zamawiamy drugą butelkę. Jesteśmy w cudownym nastroju. Resztę dnia spędzamy w mieście, włócząc się po uliczkach, siedząc na skwerze pod palmami. Wracamy autobusem. Zabieramy Sarnę jeszcze na wieczorne piwko – jutro planujemy iść osobno. Ona rusza wcześniej by jeszcze dojść do Monte de Gozo i Santiago kupić bilet na autobus. My nie musimy się spieszyć ale mamy do przejścia 32 km.

Spis treści

Komentarze

dorota - 08.12.2016 21:46

ja wyruszam 11.6 z irun,chcialaby przejsc cala trase

monikki - 28.11.2016 15:11

Piękny pamiętnik. Taki szczery i prosty. Ja mam nadzieje ruszyć 1 czerwca 2017. Dziękuję za natchnienie. Monikki

jola - 08.09.2016 09:52

Piękne...

Zobacz wszystkie »