Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Wojciech Miszewski
Na pielgrzymkowym szlaku

Camino de Santiago (8)


Kiedy kładliśmy się spać w zatłoczonym schronisku, miałem przed oczyma milowy słupek z napisem: Santiago – 18,5 km. Leżąc na twardej posadzce w wypełnionym do ostatniego wolnego miejsca schronisku, myślałem: oto spełniło się moje marzenie - Santiago de Compostela. Byłem już w tym miejscu, ale gdy dowiedziałem się, że to możliwe, drogę do grobu św. Jakuba Apostoła pragnąłem przejść pieszo jako pielgrzym. Moje szczególne nabożeństwo do św. Jakuba Apostoła wiąże się z pierwszą placówką duszpasterską, do której zostałem skierowany po święceniach kapłańskich – parafią pw. św. Jakuba Apostoła w Toruniu. Tam pewnie zrodziła się miłość do pielgrzymowania po świecie. Często właśnie tam wpatrywałem się w postać św. Jakuba w ołtarzu głównym oraz figurę Apostoła stojącą na bramie wejściowej, witającą wszystkich przychodzących na modlitwę.

Nigdy pewnie nie zapomnę tego poranka. Godz. 5.00 rano; wszyscy podekscytowani wstają, by jak najszybciej ruszyć w drogę. Schronisko, w którym spędziliśmy noc w zatłoczonej świetlicy, opuszczamy bez żalu. Nie było wygodnie, doskwierał hałas pseudopielgrzymów, którzy pewnie świętowali tzw. zieloną noc. Chętnie i szybko ruszyliśmy w drogę. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do celu naszej pielgrzymki – grobu św. Jakuba.

Pierwsze kilometry pokonujemy w absolutnych ciemnościach; nie jesteśmy przygotowani na taką okoliczność. Idziemy przez las, w którym panuje absolutna ciemność. Na rozstaju dróg zastanawiamy się, czy wybierzemy właściwą drogę. Okazuje się, że nie jesteśmy sami; przypadkiem napotkany pielgrzym ma latarkę i oświetla drogę. Nie żałuje baterii – to już ostatni poranek na Camino. Dłuższy czas idziemy razem, wymieniając grzecznościowe zwroty. Okazuje się, że Polacy na Camino, to ciągle jeszcze ludzie rzadko spotykani. Kiedy rozjaśnia się, widzimy, że wszystko spowite jest mgłą. Moi przyjaciele trochę martwią się, że inaczej wyobrażali sobie słoneczną Hiszpanię i „ten dzień”. Uspokajam ich, że słońce tutaj wychodzi późno. Moje zamiłowanie do podróżowania spowodowało, że byłem w tej części Hiszpanii kilka lat wcześniej i dokładnie pamiętam poranki na tym terenie.

Idziemy w milczeniu, sporadyczne rozmowy dotyczą trasy, wątpliwości... Każdy po swojemu przeżywa TEN dzień; ważny dla Rafała – młodego licealisty i Pawła, który rozpoczyna drogę do kapłaństwa w toruńskim seminarium. Każdy z nas ma swoje przemyślenia, więc idziemy...

Ostatnie kilometry bardzo się dłużą. Kiedy dochodzimy do wzgórza, z którego przed wiekami pielgrzymi po raz pierwszy widzieli katedrę, wybudowaną nad grobem św. Jakuba, wszędzie rozpościera się mleczna powłoka. W pewnym momencie docieramy do pomnika na wzgórzu Monte del Gozo. Jest to nasz Papież, czujemy się więc trochę u siebie. Jeszcze tylko pieczątka w Credencialu i idziemy dalej. Potem zaczynają się przedmieścia Santiago. Nagle po raz pierwszy widzimy tablicę SANTIAGO. To kres naszej podróży, którą zakończy modlitwa przy grobie św. Jakuba.

Idziemy przez przedmieścia dużego miasta, droga nieciekawa, ale w pewnym momencie stajemy przed katedrą. To już koniec naszej pielgrzymki. Paweł powiedział: „Idziemy do Pana Jezusa”. Szczęśliwi klęczymy na kamiennej posadzce przed Najświętszym Sakramentem. Nie ma fanfar, ani żadnych powitań. Obserwując ciągle wchodzących do katedry „pielgrzymów” widzimy, że niektórzy nawet nie dostrzegają Najświętszego Sakramentu; „ważniejsze” są dla nich „obrzędy” obejmowania drewnianej figury Apostoła i pokłony przed kolumną z wizerunkiem św. Jakuba.

Po wyjściu z katedry rozlokowujemy się w potężnym Seminario Minor, które w tym czasie pełni funkcję schroniska dla pielgrzymów. Jest tam pewnie z 800 miejsc w potężnych salach.

O godz. 12.00 uczestniczymy we Mszy św. dla pielgrzymów i idziemy po Compostellę. Msza św. sprawowana jest w całości w języku hiszpańskim. Dzień upływa nam na odpoczynku, ale wieczorem postanawiamy jeszcze raz uczestniczyć we Mszy św. w katedrze, z piękną liturgiczną oprawą, z udziałem tamtejszej Kapituły, w pięknych strojach.

Nadchodzi dzień wielkiego odpustu. Bardzo chcieliśmy brać udział w tym święcie. Będzie król, mężowie stanu i inni goście, ale przede wszystkim w ciągu wieków na ten odpust wybierają się pielgrzymi. Spodziewamy się wielkich tłumów. I rzeczywiście, w wieczór poprzedzający uroczystość ulice Santiago są zatłoczone, wszędzie tłumy rozradowanych ludzi, kilka orkiestr na ulicach przygrywa do tańca. Wszyscy radośnie bawią się. O północy wspaniałe widowisko - połączenie muzyki, efektów pirotechnicznych i cudownych sztucznych ogni - zapiera dech w piersiach. Następnego dnia wszystkie stacje telewizyjne pokazywały to wydarzenie. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru w Santiago.

Mimo wszystko wracamy do schroniska, by kilka godzin przespać się i uczestniczyć w przedpołudniowej uroczystej liturgii w katedrze, która jest centralną uroczystością odpustową. Niestety nie udało nam zebrać się wcześniej i docieramy do katedry na 15 minut przed rozpoczęciem Mszy św. Wielkie jest nasze zaskoczenie, gdy znajdujemy miejsca siedzące w ławkach. Tu przychodzi smutna refleksja; gdzie podziali się ci wszyscy ludzie z całego świata, którzy przybyli na odpust? Na ulicach wieczorem było ich tysiące. Czy na tym ma polegać chrześcijaństwo XXI wieku?

Sama uroczystość była niezwykle dostojna, ale na obecnych znowu zrobiła wrażenie rzecz wydawałoby się najmniej istotna – potężna kadzielnica wisząca na linach i rozhuśtana przez kilku mężczyzn; widok rzeczywiście niesamowity.

To już koniec Camino, jeszcze tylko modlitwa przy grobie św. Jakuba Apostoła spacer po mieście, zakup tradycyjnych muszli, które są jedynym prezentem, jaki przywiozłem dla moich bliskich, potem wieczorny wyjazd autobusem do Barcelony, z przesiadką w Madrycie.

Dzisiaj po kilku miesiącach wspomnienie tamtych chwil jest ciągle żywe. Były to najcudowniejsze rekolekcje w moim życiu, tyle przemyślanych spraw, tyle omodlonych intencji... Tyle refleksji, które uświadamiają, że nasze życie jest tylko jakąś małą częścią dziejów tego świata, a wydaje się nam często, że jesteśmy najważniejsi. Idąc Camino, wiedzieliśmy, że idziemy drogą, którą szli przez wieki pielgrzymi, którzy przeżywali ten czas pokuty i pielgrzymki ze swoimi intencjami. Dzisiaj nie ma po nich na tym świecie nawet śladu, tak jak po nas kiedyś...

Dziękuję Bogu za ten dar, dar Camino w moim życiu, życzę każdemu, kto może zatrzyma się przy tych słowach, by miał odwagę i szczęście przeżyć to, co przeżyłem ja...


Katedra w Santiago


Pieczątki w Credencialu


Pomnik na wzgórzu Monte del Gozo

Komentarze

czytelnik - 16.12.2018 19:27

Świetna relacja.

m - 25.08.2012 03:34

W ubiegłym roku przeszedłem z Polski do Santiago. Tu: http://www.reconnet.pl/viewtopic.php?t=3539 relacja (jeszcze nie skończona) Pozdrawiam Maciek

Zobacz wszystkie »