Katarzyna Sepielak, Dawid Władyka
Camino de Santiago
| « Poprzednia strona | Przez Pireneje! | Następna strona » |
Camino de Santiago, cz. 3
Po przeciwnej stronie ulicy znajdowało się kilka prywatnych schronisk w cenie 8. Euro za nocleg. Mimo, że deszcz sączył się z nieba coraz większymi strumieniami postanowiliśmy znaleźć opisane pole namiotowe. Kilkaset metrów w dół, po przekroczeniu kolejnej bramy znaleźliśmy się przed górską rzeczką nad którą przewieszony był most. Nie przekraczając jej, skręciliśmy wzdłuż zbocza góry spadającego w stronę koryta rzeki, a zatrzymującego się na ścieżce, przechodzącej w swoistą nadrzeczną promenadę. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdował się drugi mostek, za nim ciasna uliczka, a wzdłuż niej zabytkowe mury. Nieco w głąb uliczki, przerwę w murze zapełniała metalowa brama - wejście na kamping. Za nocleg dla dwóch osób zapłaciliśmy 6 Euro. Gdy ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na namiot lunęła ulewa.
Kiedy się przejaśniło, a namiot mógł spokojnie schnąć rozejrzeliśmy się po okolicy. Kamping był własnością miasta, otoczony historycznymi murami sprawiał wrażenie średniowiecznego obozowiska. Jedyne co go od takowego odróżniało to sanitariaty - czyste i nowoczesne. Po drugiej stronie murów wznosiło się opisywane zbocze, byliśmy od niego oddzieleni krystalicznie czystą rzeczką przy której brzegu znajdowała się kamienista plaża. Nigdy jeszcze nie spotkaliśmy się z tak cudownie położonym kampingiem i to za jaką cenę! Miejsce było wprost stworzone dla pielgrzymów, tchnął z niego duch średniowiecznych wędrowców. Dziwiło nas, że nie spotkaliśmy żadnych im współczesnych pod namiotami. Dech w piersiach zaparł nam widok St. Jean Pied-de-Port w nocy. Od strony kampingu podświetlone, zabytkowe kamienice, mury, most i wieża kościoła wyglądały bajkowo. Szkoda tylko, że nie udało nam się uchwycić tego momentu na zdjęciu. Na 780. kilometrową wędrówkę nie bierze się statywu, a jedynym solidnym oparciem dla aparatu była poręcz mostu. Kiedy zbliżaliśmy się do upatrzonego miejsca zaatakowała nas... chmara nietoperzy. W obawie o bezpieczeństwo sprzętu, który musiał służyć jeszcze co najmniej miesiąc zawróciliśmy. St. Jean obroniło swoją nocną urodę przed okiem obiektywu, a Wy, przyszli pielgrzymi musicie zobaczyć to zjawisko na własne oczy.
Postanowiliśmy wyjść o 8. rano. Tak późna (!) pora wymarszu zdążyła nam się na Camino jeszcze najwyżej 3 razy. Jeśli pielgrzymujemy w miesiącach letnich, a wtedy jest to najpopularniejsze musimy przygotować się na najwyższą temperaturę pomiędzy 13., a 15. W Hiszpanii w tych właśnie godzinach słońce jest najbardziej dokuczliwe. Tak więc po tygodniu przyzwyczailiśmy się do wstawania o 6-tej i wymarszu ok. pół godziny, 45 minut później. Przy takiej godzinie pobudki zaprawiony już pielgrzym (3 tydzień podróży) pokona 35 kilometrów do 14-tej bez dłuższych niż 20 minut przerw. Jest jeszcze jeden powód wczesnego wymarszu. Zbyt późne rozpoczęcie drogi może oznaczać, że w schronisku, do którego zaplanowaliśmy dojść braknie łóżek i pozostanie nam spanie na podłodze. Dlatego właśnie obowiązkowym wyposażeniem pielgrzyma jest obok śpiwora, karimata.
Poranny wymarsz ze schroniska powoduje jeszcze inne perturbacje. Otóż, zdarzają się pielgrzymi, wstający o 4-tej rano, pakujący się i rozpoczynający drogę! Choćby niechcący, pewne jest, że obudzą połowę schroniska. Mimo, że czas rozpoczęcia ciszy nocnej i gaszenia świateł w schroniskach (ok. 22.-23.) jest zawsze przestrzegany, to jej koniec prawie zawsze nadchodzi z pierwszym porannym pielgrzymem, długo przed 6-tą. To nie jedyne kłopoty z nocnym odpoczynkiem pielgrzymów. Na kilkunastu, kilkudziesięciu, lub kilkusetosobowych salach zapewne zdarzy się ktoś kto chrapie. Bywa, że jest to dźwięk o niespotykanym natężeniu, dlatego dobrze radzimy - jeśli idziecie na Camino, miejcie zatyczki do uszu! Wędrówka po nieprzespanej nocy to najgorsze, po samej upiornej nocy, doświadczenie na Drodze św. Jakuba.
Jeśli natomiast zamierzacie wcześnie wstawać i wyruszać w drogę gdy promienie słoneczne nie spotykają jeszcze ziemi konieczne będą dwa elementy: dobra, ale lekka latarka (weźcie ją bezwzględnie) i różnokolorowe, nie szeleszczące worki umożliwiające posortowanie rzeczy i szybkie pakowanie.
Kiedy opuszczaliśmy St. Jean, miasteczko jeszcze spało. Dobrze, że poprzedniego dnia zrobiliśmy zapasy na drogę. Poranny chłód sprawił nam nadzieję na podobną resztę dnia. O ile do 14-tej było znośnie, to później, w miarę zbliżania się do Fontanny Rolanda i przejścia na hiszpańską stronę gór wypogodziło się. Piekące słońce zmieniło ciężką podróż w wędrówkę nie do zniesienia. Fontanna nazwana imieniem mitycznego bohatera, który miał nieopodal zginąć jest właściwie jedynym miejscem gdzie możecie pobrać wodę na tym blisko 30 kilometrowym etapie Camino de Santiago. Wprawdzie kilka kilometrów za St. Jean znajduje się schronisko, a jeszcze trochę dalej jest źródełko wody (wyjątkowo niesmacznej!). Jednak najgorsza część wędrówki zaczyna się dalej, gdzie poza zamglonymi wierzchołkami gór na których wypasają się owce brzęczące dzwonkami spotkamy tylko przejeżdżające z rzadka samochody.
Tu właśnie zrozumieliśmy, że ograniczanie bagażu należy traktować dosłownie i co do sztuki. Jedna para, lekkich, długich szybkoschnących spodni zupełnie wystarczy, dobrze jeśli po odpięciu nogawek zamienią się w krótkie spodenki. Do tego jeszcze jedna para krótkich. Dwie koszulki, wygodne, aby plecak nas nie obdarł, podobnie z bielizną. Do tego 3. pary skarpetek i kostium kąpielowy. Do tego najlepiej piankowe klapki lub sandały. Mimo porad jakie znajdziecie w Internecie nie zabierajcie butów za kostkę i skarpet trekkingowych (także "chłodzących"). Wiele osób wyposażonych w sprzęt odpowiadający bardziej przechadzce po Beskidach jesienią niż 35 stopniom Celsjusza zapłaciło za to bolącymi odciskami. Krótko mówiąc wszystko co weźmiecie powinno być z superlekkich i przewiewnych materiałów jednocześnie wytrzymałych na trudne warunki atmosferyczne. Nawet latem zdarzyć się mogą błoto i deszcz. Ubranie musi odprowadzać pot i ciepło. Dla zabezpieczenia przed deszczem i wiatrem weźcie lekką kurtkę z membraną. Nie oszczędzajcie ani grosza na plecaku. Musi być superwytrzymały, nie większy niż 50 litrów. Przy wyposażeniu musicie pamiętać o jednym - wszystko będziecie nosić na plecach. Przydadzą się podstawowe leki oraz środki na ból i kontuzje, także plastry przeciwodciskowe będą niezbędne. Weźcie ze sobą kubeczek metalowy, nie zapomnijcie o nożu. Jedzenie zabierzcie najwyżej na dwa dni do przodu. Telefon komórkowy może być pomocny. Nie zabierajcie namiotu! Każdy dodatkowy kilogram na plecach to udręka dla organizmu. Miejsce do spania zawsze się znajdzie, jeśli nie na podłodze w schronisku to w taniej kwaterze prywatnej.
Kiedy przekroczyliśmy Pireneje i dotarliśmy do Roncesvalles było przed 18-tą. Głodni rzuciliśmy się w poszukiwaniu pożywienia. Pełni nadziei usiedliśmy w pierwszej napotkanej restauracji. Niestety próba zamówienia obiadu skończyła się fiaskiem. Później okazało się, że w całej Hiszpanii północnej obowiązuje zwyczaj, że w restauracjach kuchnia otwierana jest od godziny 18-19. Wcześniej nie ma szans, aby zjeść coś pożywnego. Szczęściem jest znalezienie baru z boccadillo - hiszpańskimi kanapkami (po tygodniu nie można na nie patrzeć) lub automatu z jedzeniem. Przeszkodą, będzie również sjesta. Bo kiedy w porze obiadowej nie uświadczycie jedzenia w restauracji podążycie do sklepu, który od 14 do 17 będzie nieczynny. Pozostaje poszukiwanie automatu z batonami, albo chipsy z lodem w barze.
Co więcej, Roncesvalles jako pierwsze miejsce w Hiszpanii, do którego przybywają pielgrzymi nie posiadało nawet sklepu! Najbliższy był 3 kilometry dalej. Dlatego warto pamiętać, aby mieć coś do jedzenia w plecaku, na dłużej niż kilka godzin. W wielu schroniskach znajdują się kuchnie, gdzie możecie bez problemu przyrządzić coś smacznego na ciepło.
Za nocleg w schronisku zapłaciliśmy 4. Euro od osoby. Zazwyczaj albergues (hiszp.-schroniska) kosztują od 3 do 7 Euro i dzielą się na prywatne, miejskie i parafialne. Te pierwsze są zwykle najlepiej wyposażone i najczystsze, a za te ostatnie możemy zapłacić "co łaska". W Galicji wszystkie schroniska są darmowe, wyjątkiem jest Santiago gdzie zapłacimy min. 3 Euro za noc.
Upomnieliśmy się jeszcze o mapkę dalszej trasy. Znalazły się na niej zaznaczone miasteczka, schroniska, także sklepy i restauracje, tylko kilometrom do końca nie należy wierzyć. Hiszpanie, mistrzowie w rysowaniu morskich map, na każdym z odcinków serwują pielgrzymom inną mapkę z różniącą się od poprzedniej tabelą odległości.
Trafiliśmy do schroniska będącego połączeniem zabytkowej kamiennej hali z nowoczesnym podziemiem wyposażonym w różnego rodzaju serwisy dla pielgrzymów. Zmęczeni całodzienną wędrówką szybko zasnęliśmy z jedną myślą w głowach... Ile jeszcze zdołamy przejść?
CDN.
Ten widok w nocy, zapiera dech w piersiach!
Fontanna Rolanda
| « Poprzednia strona | Przez Pireneje! | Następna strona » |