Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Katarzyna Sepielak, Dawid Władyka
Camino de Santiago

Camino de Santiago, cz. 4


Opuściliśmy schronisko jako ostatni. Widać pozostali pielgrzymi (głównie Hiszpanie) wzięli przewodnikowe rady o wczesnym wstawaniu na serio. Była ósma rano. Wciąż czuliśmy trudy poprzedniego etapu. W pierwszej napotkanej miejscowości zatrzymaliśmy się na śniadanie. Posiłek, którego główną częścią była świeża bagietka zakupiona w "panaderii", czyli piekarni, stał się nieodłączną częścią wędrówki. Kilkanaście dni później doszła do tego tradycja zamawiania popularnego w Hiszpanii Cola-Cao. Ulgą dla portfela było zakupienie torebki czekolady w proszku i wsypywanie jej do gorącego mleka w barze lub schronisku.

W kolejnych dniach, nauczeni doświadczeniem, na zakupy wybieraliśmy się wieczorem, aby przygotować niewielkie zapasy na kolejny etap. Na szczęście miejscowe mapki informują w której miejscowości są sklepy i punkty gastronomiczne. Chociaż to chyba przesadne określenie dla barów z kanapkami. I tak do naszych zapasów i śniadań dołączyły niebawem wafelki, ciastka, pakowane słodkie bułeczki i czekolady. Ważne były też owoce. Przekonaliśmy się szybko, że grejpfruta w północnej Hiszpanii jest kupić trudniej niż w Polsce, więc wybieraliśmy brzoskwinie i pyszne zielone jabłka.

Najtrudniejszy jest pierwszy tydzień. Codzienne wstawanie ok. 6-tej, szybkie śniadanie (lub nie), zakładanie plecaka i wymarsz wśród pogrążonych w śnie miast potrafią skutecznie zniechęcić. W tych dniach odradzamy robienie jednodniowych przerw. Nawet wybranie krótszej trasy wybija z rytmu, ale jest lepsze od dnia odpoczynku. Na takowe lepiej pozwolić sobie później, a jeśli nie będzie spowodowane to kontuzją, dobrze jest znaleźć atrakcyjne turystycznie i kulturowo miejsce. Początkowe etapy to 20-27 kilometrów, po których przybędziemy do schroniska wykończeni. Szczególnie jeśli towarzyszyć nam będzie hiszpańskiej słońce. Taką podróż będziemy kończyć ok. godziny 15-tej. Wędrowcy zazwyczaj ucinają sobie wtedy drzemkę. Jeśli mamy jakieś zapasy, a w schronisku jest kuchnia możemy przyrządzić posiłek. Czasem zdarzy się otwarty bar, jednak powinniśmy być przygotowani na odczekanie do 17-tej na koniec sjesty. Wtedy wybieramy się do sklepu lub małego marketu, aby zakupić zapasy i składniki obiadokolacji. Po trudach niezwykle ciężkiego etapu zapewne zrezygnujemy z możliwości pitraszenia i wybierzemy się do restauracji na "menu peregrino" - zazwyczaj złożone z dwóch dań, deseru i wina, lub wody kosztuje 7-8 Euro. Pierwsze i drugie danie mamy do wyboru spośród kilku potraw. Lojalnie uprzedzam, że trudno będzie się Wam w ten sposób spotkać z dobrą kuchnią. Również hiszpańskie specjały jak paella nie wchodzą zazwyczaj w skład pielgrzymiego menu. Z pełną odpowiedzialnością polecamy natomiast miejscowe "patatas bravas", pieczone ziemniaczki, przyprawione czosnkiem z wydatnym dodatkiem ostrego sosu to potrawa tania i warta zakupu. Problem w tym, że owe ziemniaczki możemy traktować jedynie jako przekąskę i nie wszędzie można je znaleźć. Najlepsze jedliśmy w Sahagun u progu prowincji Leon.

Po drodze napotkaliśmy niezliczoną ilość miast i wiosek. Zazwyczaj mijaliśmy osady liczące kilkaset osób. Dobrze zaopatrzone (relatywnie) markety i sklepy znajdziemy dopiero w większych miastach. Przy czym należy rozumieć, że są to miasta powyżej 3 tysięcy mieszkańców. Tam możemy znaleźć mrożone posiłki do szybkiego przygotowania w schroniskowej kuchni. Aby wyszukać potrawy bez owoców morza trzeba się dobrze skoncentrować. Podobnie z konserwami. Marzenia o mięsnych puszkach możemy odłożyć do wyjazdu w Bieszczady. Na Camino de Santiago znajdziemy najwyżej konserwy z tuńczyka. Trzeba się przyzwyczaić. Oczywiście narody południowe zazwyczaj pozostają na wszelkich odmianach pasty, czyli makaronów. My, niezłomnie łączyliśmy znalezione w sklepach składniki i gdy tylko dopchaliśmy się do kuchni wzbudzaliśmy sensację wśród innych pielgrzymów. Cóż Polak na makaronie nie wyżyje, a jeśli w sklepie można znaleźć parówki, wędliny, sery żółte itd., trzeba to wykorzystać. Wśród podróżujących "naszym" tempem Włochów, Anglików czy dziewczyny z Nowej Zelandii "polskie" sałatki, kanapki i obiady stały się synonimem najlepszych potraw na Camino i celem obiektywów. Natomiast japońska konotacja dla kisielu instant to "chodzenie w chmurach". W zamian za ten ostatni obdarowani zostaliśmy tradycyjną herbatą prosto z Chin, którą można wielokrotnie parzyć. Uwaga, trudno po niej zasnąć!

Grzechem byłoby spożywanie tylko własnoręcznie przygotowywanych posiłków przemierzając całą północną Hiszpanię. Każdy z regionów ma przecież swoje tradycje kulinarne. Wprawdzie hiszpańska kuchnia nie każdemu smakuje (może to wina ubogiego "menu pielgrzyma"), jest jednak kilka potraw obowiązkowych. I tak oprócz wspomnianych wcześniej patatas bravas, warte skosztowania są: paella, tortilla, wina z Riohy i Tarta de Santiago. Dwie ostatnie pozycje to rarytasy, które trudno będzie nam znaleźć w kraju. Ciasto św. Jakuba to słodki, migdałowy przysmak, najdroższy i najlepszy w Santiago, ale możliwy do kupienia w całej Hiszpanii. Wina z Riohy są proponowane jako najbabardziej wykwintne w restauracjach całej północnej Hiszpanii. Wędrując przez Riohę (2-3 dni) swobodnie kupimy to pyszne wino w przystępnej cenie.

Jeśli w schronisku znajduje się kuchnia jest też zazwyczaj jadalnia. Zresztą ta ostatnia bywa i bez towarzystwa tej pierwszej. Nic więc dziwnego, że najlepiej, innych pielgrzymów, poznamy przy codziennych kolacjach. Zdarza się powrót do korzeni gospodarki czyli wymiana dóbr, aby wspólnie przyrządzić smaczny posiłek. Jest to też czas na spróbowanie i ocena hiszpańskich alkoholi. Oprócz wspomnianych win, najpopularniejsze są piwa w małych puszkach. Na całej trasie będzie nam towarzyszyć marka San Miguel. To rzeczywiście dobre piwo, według opinii pewnego dobrze zaznajomionego z naszym krajem Anglika, nie umywa się jednak do Żywca czy brytyjskich browarów.

Codzienne przebywanie wśród kilkudziesięciu lub kilkunastu osób, z czego co najmniej kilka będziemy dobrze rozpoznawać może w skali miesiąca mieć negatywne skutki. Schroniska, wbrew przeczytanym opiniom, absolutnie nie są cichymi miejscami. Mając dość tłumu, z którym dzielimy dormitorium warto zjeść posiłek wśród przyrody. Również pięknie oświetlone budynki, romantyczne mosty, stare mury i nadrzeczne plaże swobodnie stają się oazami spokoju gdzie nabiera się sił do kolejne dnia wędrówki.



Pyszne hiszpańskie bagietki można jeść "po drodze".


Od czasu do czasu owoce i ciastka można dostać za darmo.


"Menu Peregrino" - zazwyczaj można się najeść do syta. Kuchnia zostaje otwarta po 18. lub 19.


Rabanal to górska miejscowość położona w paśmie Picos de Europa. W schronisku prowadzonym przez Anglików spali goście z 90 krajów świata. Ps. Kuchnia jest tu świetnie wyposażona.


Paella i piwo nieźle do siebie pasują. (FOTO: Katarzyna Sepielak)


Około trzydziestu anglojęzycznych pielgrzymów świętowało wspólnie dotarcie do Santiago. Wszyscy poznali się na Camino.


Podwieczorek na moście w Samos, w tle klasztor od tysiąca lat udzielający schronienia pielgrzymom.