Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Katarzyna Sepielak, Dawid Władyka
Camino - pajęczyna, która oplotła Europę

Część 3


29. lipca przybyliśmy do Saint Jean Pied-de-Port, historycznego miasteczka położonego w dolinie (200 m.n.p.m.) wśród francuskich Pirenejów Atlantyckich. Było kilka minut przed 10-tą gdy wysiadaliśmy z regionalnego pociągu relacji Bayonne - St. Jean...

Camino, pajęczyna która oplotła Europę

Serce kraju Basków

Zobaczyliśmy niewielki dworzec kolejowy, a za nim białe domki zapraszające do wejścia w głąb górskiej osady. Instynktownie ruszyliśmy w górę, ulicą prostopadle odchodzącą od dworca. Pierwszym posiłkiem tego ranka stały się owoce i słodycze. Kupiliśmy je w sklepie zaraz przy początku drogi. Chociaż po dziesięciogodzinnej podróży pociągiem z Paryża należało nam się coś więcej, a ceny tutaj były dwukrotnie niższe niż w stolicy, najważniejszym było znaleźć pielgrzymią przystań. Punkt informacji prowadzony przez Stowarzyszenie Przyjaciół Drogi św. Jakuba w Pirenejach Atlantyckich.

Rześkie powietrze natychmiast nas rozbudziło. Część osady, w której się znaleźliśmy, sprawiała przytulne wrażenie. Nie różniła się jednak wiele od naszego Szczyrku. Ot górski kurort, tyle, że bardziej zadbany i czysty. Koniec ulicy wytyczała droga przecinająca miasto i zdawało się - biegnąca w kierunku centrum. Po drugiej stronie wznosiły się kilkumetrowe mury starej twierdzy, w nich ujrzeliśmy bramę przechodzącą w wąską uliczkę. Przekraczając ją poczuliśmy obecność innego, naznaczonego magią świata. Znaleźliśmy się w centrum średniowiecznego miasteczka. Ze wszystkich stron otaczały nas stare kamienice. Były wystarczająco wysokie i na tyle ściśnięte, aby do naszych oczu docierało mniej światła niż przed chwilą. Kilkadziesiąt metrów dalej weszliśmy w środek długiej ulicy ciągnącej się od innej, wyżej położonej bramy do rzeki. Znowu musieliśmy kierować nasze kroki w górę. Czyżby test wytrzymałości dla przyszłych pielgrzymów?

Właściciele otwierali właśnie sklepy z pamiątkami, galerie sztuki, restauracje. Było jeszcze coś, szczegół, który zwrócił naszą uwagę. Napisy na starych, kamiennych domostwach nie były ani w języku francuskim, ani hiszpańskim. Okazało się, że to Euskera. Znaleźliśmy się w sercu historycznego kraju Basków.

Podążajcie za muszlami!

Nie było już czasu na podziwianie. Po lewej stronie, za otwartymi na oścież drewnianymi drzwiami, stajennej wielkości ukazało się biuro informacji dla pielgrzymów. W środku dwa lub trzy biurka, tablice ze statystykami, mapy, krótkie ulotki w kilku językach. Wędrowców obsługiwała dwójka starszych mężczyzn, zapewne wolontariuszy. Po "bezpiecznym" angielsko-francuskim powitaniu i ustaleniu kim jesteśmy, mężczyzna wyraził zaskoczenie niewielką liczbą Polaków pielgrzymujących Camino. Na dowód wskazał statystyki, gdzie liczba naszych rodaków nie przekraczała do początku lipca trzydziestu osób. Inne europejskie nacje liczyło się w setkach i tysiącach.

Po ceremonii wręczenia "Credencialu" i zebraniu naszych danych przystąpiliśmy do wypytywania o pierwszy etap podróży. Jeszcze w Polsce doszły nas słuchy, że droga z Saint Jean Pied-de-Port do Roncesvalles to najtrudniejsza część Camino. Ponoć, ten kto przejdzie blisko 30. kilometrowy odcinek dojdzie bez przeszkód do Santiago. Doświadczony w dodawaniu odwagi mentor zapewnił nas, że w naszym wieku nie będzie problemu. Najważniejszym miało być dotarcie do celu przed zmrokiem. Jego mina zrzedła dopiero po próbie podniesienia jednego z naszych plecaków... Usłyszeliśmy baskijskie przekleństwo. Było jasne, że mieliśmy zbyt ciężki bagaż. Niepotrzebnie zabraliśmy ważący 3 kilogramy namiot, niedowierzając, że co kilka kilometrów są schroniska. Przenośną sypialnię i kolejne 3 kg w postaci niepotrzebnej odzieży, książek itp. wysłaliśmy niecałe dziesięć dni później do Santiago pocztą, korzystając z usługi "Pakiet Pielgrzyma".

Nasz gospodarz, udzielając ostatnich rad, poinformował, że całość trasy jest oznakowana żółtymi strzałkami. Camino biegnącą przez Navarrę oznacza dodatkowo międzynarodowy szlak GR-65, to biało-czerwona flaga, identyczna z polską. W miastach mieliśmy szukać oznaczeń na ścianach domów, słupach, specjalnych kostkach brukowych i pytać przechodniów. Później znaleźliśmy jeszcze kamienne strzałki, znaki drogowe i całą masę innych symboli.

Gdybyście nie wiedzieli czy idziecie dobrym szlakiem... Szukajcie muszli! Zdziwienie w naszych oczach zmusiło uprzejmego Francuza do wyjaśnienia - każdy pielgrzym powinien mieć przypiętą do plecaka muszlę, to legendarny symbol Camino. Już niebawem i nasze plecaki zostały odpowiednio udekorowane...

Tajemnica Saint Jean Pied-de-Port

Po przeciwnej stronie ulicy znajdowało się kilka prywatnych schronisk w cenie 8. Euro za nocleg. Mimo, że deszcz sączył się z nieba coraz większymi strumieniami postanowiliśmy choć raz rozbić nasz "ciężar" na polu namiotowym. Kilkaset metrów spaceru w dół i znaleźliśmy się nad rzeką. Nie przekraczając mostu, skręciliśmy w lewo. Podążaliśmy wzdłuż zbocza spadającego w stronę koryta rzeki. Kilkadziesiąt kroków dalej znajdował się drugi mostek, tuż za nim kolejne kamienne mury. Zielonego skwerku umieszczonego wśród nich broniła metalowa brama - wejście na kamping. Gdy ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na namiot lunęła ulewa.

Przejaśniło się po dwóch godzinach, mogliśmy rozejrzeć się po okolicy. Kamping był własnością miasta. Otoczony murami sprawiał wrażenie średniowiecznego obozowiska. Jedyne co go od takowego odróżniało to sanitariaty - czyste i nowoczesne. Po drugiej stronie wznosiło się wspomniane zbocze, byliśmy od niego oddzieleni krystalicznie czystą rzeczką przy której brzegu znajdowała się kamienista plaża. Nigdy jeszcze nie widzieliśmy tak cudownie położonego kampingu. Równie pozytywnie zaskoczyła nas cena - 6 Euro za dwie osoby!

Po zmroku okazało się dlaczego warto było nieść namiot przez kilka dni. Dech w piersiach zaparł nam widok St. Jean Pied-de-Port od strony kampingu. Podświetlone, zabytkowe kamienice, mury, most i wieża kościoła wyglądały bajkowo. Niestety nie udało nam się uchwycić tej chwili na zdjęciu. Jedynym solidnym oparciem dla aparatu była poręcz mostu. Kiedy zbliżaliśmy się do upatrzonego miejsca zaatakowała nas... Chmara nietoperzy. W obawie o bezpieczeństwo sprzętu, zawróciliśmy. St. Jean obroniło swoją nocną urodę przed okiem obiektywu. Wy, przyszli pielgrzymi musicie zobaczyć to zjawisko na własne oczy.

Ten pierwszy raz

Zaopatrzeni w całodzienny prowiant zasnęliśmy. Nazajutrz postanowiliśmy wyjść o ósmej. Tak późna (!) pora wymarszu zdarzyła nam się na Camino jeszcze trzy razy. Cisza nocna w schroniskach trwa do szóstej, ale niektórzy pielgrzymi wstają już o czwartej! I choć starają się robić to cicho budzą przynajmniej połowę schroniska. My polecamy pobudkę przed szóstą. Pozwala to na przygotowanie szybkiego śniadania i wykonanie przeważającego odcinka drogi zanim rozpoczną się upały. W miarę przyzwyczajenia organizmu do wysiłku i klimatu ten odcinek będzie coraz dłuższy i sięgnie 40. kilometrów. Jeśli wędrujecie do Santiago wiosną lub jesienią (zimą jest to bardzo trudne, a część schronisk jest zamknięta) możecie sobie pozwolić na późniejsze pobudki i spokojny marsz będąc pewni wolnego łóżka w schronisku. Latem, szczególnie w natłok pielgrzymów wymusza nocowanie na podłodze. Słabo rozwinięta infrastruktura w Galicji sprawia, że pielgrzymka przeradza się momentami w bieg po miejsce, a mijanych wędrowców liczy się jako kolejne "łóżka".

Kiedy wyruszaliśmy St. Jean jeszcze spało. Poranny chłód sprawił nam nadzieję na podobną resztę dnia. Do drugiej po południu było znośnie. W miarę zbliżania się do Fontanny Rolanda i przejścia na hiszpańską stronę gór wypogodziło się. Piekące słońce zmieniło ciężką podróż w wędrówkę nie do zniesienia. Fontanna nazwana imieniem mitycznego bohatera, który miał nieopodal zginąć jest właściwie jedynym rozsądnym miejscem gdzie można pobrać wodę. Choć kilka kilometrów za St. Jean znajduje się górskie schronisko, a trochę dalej jest źródełko niesmacznej wody - to nie wystarcza. Najgorsza część wędrówki zaczyna się wyżej, gdzie poza zamglonymi wierzchołkami gór na których wypasają się owce brzęczące dzwonkami spotkamy tylko przejeżdżające z rzadka samochody. Z najwyższego punktu - 1430 m.n.p.m. pozostaje, krótkie zejście w kierunku końca etapu, na 952 m.n.p.m.

Do Roncesvalles dotarliśmy dopiero przed osiemnastą. To efekt braku przyzwyczajenia i zbyt późnej pobudki. Zmęczeni i głodni próbowaliśmy znaleźć coś do zjedzenia. Niestety, miejsce z którego większość Hiszpanów rozpoczyna pielgrzymkę nie posiada sklepu. Szczęśliwi, że w młodzieżowym schronisku znaleźliśmy automat z batonami postanowiliśmy poczekać na otwarcie kuchni - około dziewiętnastej. W międzyczasie zameldowaliśmy się w odnowionym schronisku, a także udaliśmy się po mapkę na najbliższe dni - plan Camino Frances w prowincji Navarra.

Na Koniec Świata!

Kolejne mapy i przewodniki otrzymywaliśmy po przekroczeniu granic prowincji, kolejno: La Rioja, Castilla y Leon (Burgos, Palencia, Leon), Galicia. Nie mamy tu niestety miejsca, aby opisać kolejne mijane zabytki, wioski i miasta. Pozostaje mieć nadzieję, że przemówią za nas fotografie, a Wy zapałacie chęcią wyruszenia śladami średniowiecznych wędrowców. Może już za rok? Tym bardziej liczymy na to, że w następnym wydaniu dotrzecie z nami do Santiago de Compostela i na "Koniec Świata"...

"Pakiet Pielgrzyma"

Correos, czyli hiszpańska poczta wprowadziła usługę umożliwiającą bezpieczne przesłanie nadmiaru bagażu do Santiago na Poste Restante. Za wysłanie kilku kilogramów zapłacicie zaledwie kilka Euro. Bagaż odbierzecie gdy dojdziecie do Composteli. Bardzo ważne jest czytelne wypełnienie druków. Szczegóły w hiszpańskich urzędach pocztowych

Podniebienie na Camino

Oprócz "Menu Pielgrzyma" (7-9 Euro) składającego się z dwóch dań (kilka potraw do wyboru), malutkiego deseru, wody lub wina, warto spróbować hiszpańskich specjałów. I tak: La Rioja słynie z wina, a Santiago z pysznego migdałowego ciasta - Tarta de Santiago. Spróbujcie również Patatas Bravas - pyszne ziemniaczki doprawione czosnkiem, podawane z sosem. Aha, nie zapomnijcie o Paelli!



DO JAKUBA CHYBA DOJDĘ - rozmowa z ks. biskupem Tadeuszem Pieronkiem

Co dla księdza znaczą słowa Camino de Santiago?

Oznaczają dla mnie drogę nieprzebytą, a planowaną...

Spotkaliśmy na Drodze wielu wolontariuszy dziwiących się, że w ojczyźnie Papieża Camino de Santiago jest prawie nieznana.

Jest to droga nieznana i niedostępna przez wiele wieków dla Polaków. Mieliśmy swoje szlaki. Ja znalazłem się kiedyś w Roncesvalles, to jest mój punkt do którego doszedłem. Stamtąd droga do Santiago jest śliczna. Chciałbym ją przejść, ale nie wiem kiedy mi się to uda. Mój znajomy ze studiów był biskupem Composteli, teraz trafił do Madrytu. Znam tam jednak inne adresy, więc do św. Jakuba chyba dojdę.

W innych krajach organizacje kościelne (i nie tylko) promują tą Drogę...

U nas też. Słyszę, że tam można jechać, ale nie interesowałem się tym na tyle.

Może warto na lekcjach religii mówić o takich sprawach?

Tak, ale to nie jest aż takie istotne. To nie jest kanon wiary, ale pewien rodzaj pobożności. Nie traktujmy tego jako metody na wszystko.

Komentarze

Tomek - 11.01.2018 18:06

Bardzo pomocny opis! Mam jedno pytanie: czy warto ze sobą zabrać namiot aby być bardziej niezależnym gdy będą problemy z miejscem do spania? Albo nie dotrzemy do miejsca przeznaczenia i przyjdzie spać w polu? Pozdrawiam

Miska78 - 06.03.2011 11:23

Taka uwaga: napisales o kulinarnym dziwactwie Hiszpanów ze konkretne danie mozna dostac dopiero po 18. Nie zgadzam sie z tym, mieszkam dwa lata w Hiszpanii wiec moge to potwierdzic ze od godziny 14 mniej wiecej, do 16 mozna w restauracji czy barze dostac normalny tzn. konkrenty obiad, najtaniej wychodza tzw. dania dnia skladajace sie z dwoch dan, chleba, deseru i czegos do picia. Pozdrawiam.

Zobacz wszystkie »