Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Katarzyna Sepielak, Dawid Władyka
Camino - pajęczyna, która oplotła Europę

Część 4


Setki kilometrów wędrówki przez cztery hiszpańskie prowincje doprowadziły nas do Santiago de Compostela, a później na "Koniec Ziemi". Drodzy czytelnicy - teraz czas na Was!

Camino, pajęczyna która oplotła Europę

Pierwsza na drodze

Przemierzając Navarrę znaleźliśmy się w części kraju Basków, gdzie niezwykle widoczne są dążenia do autonomii. Największym na drodze pielgrzymów miastem jest Pamplona (Iruna). Jej 180 tysięcy mieszkańców cieszy się sławą dzięki corocznej gonitwie byków opisanej przez Hemingwaya. Odrębność kulturowa przejawia się w baskijskim języku. Euskera jest codziennością, wszelkiej maści napisy i informacje istnieją w podwójnej formie.

Camino ciągnie się przez 150 kilometrów prowincji, której reklama "pierwsza na drodze" ma odzwierciedlenie w gościnie oferowanej pielgrzymom. Organizacje pozarządowe, kościelne i władze roztaczają nad wędrowcami solidną opiekę. Na drodze często spotykaliśmy patrole w samochodach. Opłata za schroniska, wyposażone w pokaźną liczbę łóżek wynosi od 3 do 6 Euro.

Krajobraz miesza zielone góry i pagórki ze spalonymi słońcem równinami, a zabytki przeplatają się z widokiem przechodzących tuż obok byków.

Rioja - kraina wina

Zaledwie 60. kilometrów trasy wiedzie przez monotonny, równinno-pagórkowaty region. Pielgrzymi stąpają wśród zmęczonej przez słońce ziemi i plantacji winogron. Tutejsze wino jest dumą prowincji i uchodzi za jedno z najlepszych w Hiszpanii. Takich samych odczuć nie może budzić przygotowanie trasy. Opieka nad pielgrzymami i schroniska są kiepskie. Życie toczy się powoli i leniwie. Wyjątkiem jest 125.- tysięczne Logrono, choć i tu widać prowincjonalność tej części kraju.

Gwiazdy Camino

Tak nazywają się samochody patrolujące Camino de Santiago na terenach Castilli y Leon. Podobnie możemy określić te regiony Hiszpanii odwołując się do ich przygotowania na wizytę pielgrzymów. Rozbudowana jest sieć schronisk zarówno miejskich, parafialnych jak i prywatnych. Znajdziemy wiele "donativo", czyli płatnych "ile łaska". W większości znajduje się kuchnia i darmowy Internet. Specjalny numer telefonu pozwala wezwać "Gwiazdę Camino", która bezpłatnie zabierze kontuzjowanego lub wycieńczonego pielgrzyma do punktu medycznego. Regularne dyżury lekarskie przy schroniskach dopełniają obrazu całości. Na czterystu kilometrach Castilli y Leon mamy do czynienia z ogromnym zróżnicowaniem terenu i klimatu. Równiny, płaskowyże i podejścia na blisko 1500 m. n.p.m. mieszają się ze sobą. Obowiązującym językiem jest "Castillano" - nauczany również w Polsce. W granicach prowincji istnieją dążenia do rozłamu. Jeśli jej nazwa oznacza Castilla i Leon - to na terenie Leon co krok natchniemy się na parafrazę - Castilla bez Leon.

Jest to najbardziej rozwinięty region, który przemierzają wędrowcy. Rozbudowę i dziesiątki projektów unijnych widać gołym okiem. Największe miasta posiadają mnóstwo atrakcji turystycznych, warto zwiedzić: Burgos (166 tys.), Leon (137 tys.) Ponferradę (63 tys.) oraz Astorgę (12 tys.).

Pozostałe miasteczka nie przekraczają zazwyczaj pięciu tysięcy mieszkańców. Tworzą jednak piękne krajobrazy i niesamowity klimat, a często są perłami architektonicznymi.

Galicyjski bieg po łóżko

Powieść Paulo Coelho - "Pielgrzym" kończy swą narrację w górskim Cebreiro. Następna kartka to finał, czyli Santiago de Compostela (88 tys.). Głównie "dzięki" władzom prowincji, prawdziwa Droga św. Jakuba urywa się w malowniczo położonym na wysokości 1330 m. n.p.m. miasteczku.

Camino w Galicji to 150 km., a jedynie sto wystarczy, aby otrzymać "Compostele". Dlatego wielu, bardziej turystów, niż pielgrzymów zaczyna wędrówkę dopiero tutaj. Infrastruktura jest na to zupełnie nie przygotowania, a ilość miejsc w źle wyposażonych schroniskach kilkakrotnie zbyt niska. Plusem jest fakt, iż wszystkie są bezpłatne. Ale co komu po darmowej nocy na podłodze? Pielgrzymka staje się biegiem po łóżko. I jeśli wcześniej spotykaliśmy na szlaku tych samych wędrowców, tu zaskoczyły nas panie w spódniczkach z małymi torebkami na ramieniu (!).

Złe wrażenie zniwelowały górskie widoki, kultura - język Gallego, zupełnie różny od hiszpańskiego oraz miejsca takie jak klasztor w Samos, które od tysiąca lat przyjmują pielgrzymów.

Góra Radości

Jednym z takich miejsc stało się również schronisko w Ribadiso. Szkoda było opuszczać to zaciszne albergue i jego kamienne domy położone nad krystalicznie czystą rzeką. Wyruszyliśmy późno - około ósmej, do Santiago pozostało nam 40 kilometrów.

Choć nie była to mała odległość, wiedzieliśmy, że sobie poradzimy. Każdy z ostatnich kilku dni wędrówki oscylował wokół tej długości trasy. Tłum "pseudopielgrzymów" w Galicji sprawił, że Camino poczęła tracić swą magię. Wraz z międzynarodowymi przyjaciółmi staraliśmy się wybierać na postój tylko najciekawsze lub mniejsze miejscowości.

Galicyjskie lasy, wioski, autostrady i turystyczne kurorty, które mijaliśmy uwidaczniały zróżnicowany rozwój regionu. Wrażenia dopełniło lotnisko mijane kilka kilometrów przed podejściem na Monte de Gozo. Góra radości - to pierwsze miejsce z którego wędrowcy dostrzegają Santiago. Mieści się tutaj olbrzymi kompleks dla pielgrzymów, który ma za zadanie rozładować ich tłum w mieście. Kulminacyjny punkt wspinaczki (380 m. n.p.m.) jest oddalony od przedmieść o zaledwie kilkanaście minut, może pół godziny spaceru - w dół. Do serca Composteli, czyli katedry to około godzina drogi. Zejście do oddalonego o rzut beretem centrum kusiło nieustannie. Powstrzymały nas wiadomości o braku miejsc w schroniskach już od 15-tej. Po raz kolejny ujawniła się nieporadność galicyjskich władz.

Szczęśliwie, nocleg na Monte de Gozo awaryjnie zaplanowaliśmy jeszcze na ścieżkach ostatniego etapu. Mimo, że widok zachodu słońca ze szczytu nie był tak imponujący jak się spodziewaliśmy, decyzja okazała się trafna. Czekały na nas darmowe i wygodne łóżka w niewielkim pokoju, dzielonym z zaprzyjaźnioną, katalońską parą. Do Santiago postanowiliśmy dotrzeć o wschodzie słońca.

Objąć apostoła pod wielkim kadzidłem

Niewymuszona pobudka po szóstej umożliwiła nam wejście do miasta razem z budzącym się słońcem. Wybór, znajdującego się przy drodze do starego miasta, albergue Aquario okazał się trafny. Po kilku godzinach przybyła większa część europejskich znajomych, których poznaliśmy na Camino. Koszt, każdej z trzech możliwych do spędzenia tu nocy, wynosi 5. Euro. Osoby, które miały "przyjemność" spania w klasztorze, gdzie mieści się kilkakrotnie więcej pielgrzymów chwaliły Aquario za rodzinną atmosferę kontrastującą z obcesowym traktowaniem w tym pierwszym.

Stare miasto, którego najważniejszym punktem jest katedra, zostało wyłączone z ruchu kołowego. Królują tu pielgrzymi. Po przybyciu na przedkatedralny plac czeka ich uczestnictwo w specjalnej mszy. Wtedy też mogą zobaczyć specyficzną cechę budowanej od 1075 roku świątyni. Jest nią ogromne kadzidło "botafumeiro", które huśta się na łańcuchu przywieszonym pod sufitem. Tradycją jest też objęcie złotej figury św. Jakuba i wizyta w krypcie zawierającej szczątki apostoła. Po tych czynnościach wędrowcy udają się do pielgrzymiego biura odebrać "Compostelę" - potwierdzającą ukończenie pielgrzymki.

Z tradycyjnym dokumentem w ręce ruszyliśmy na podbój miasta. Santiago de Compostela to wiele zabytkowych atrakcji. Obok katedry znajduje się Hotel Reyes Catolicos - niegdyś pielgrzymie schronisko, dziś prawdopodobnie najstarszy hotel świata. Pokonaliśmy kilkanaście niezwykle wąskich uliczek. Wśród wszechobecnych butików z pamiątkami, restauracji, cukierni i knajpek co chwila pozdrawialiśmy poznanych na Drodze pielgrzymów. Im również udało się osiągnąć cel.

Mimo swego kosmopolityzmu Santiago nie powaliło nas na kolana. Niewielkie stare miasto poprzez wąskie uliczki i małe place sprawia wrażenie przytłaczającego. Nie odczuliśmy atmosfery, tak charakterystycznej choćby dla Krakowa. Również inni pielgrzymi, pomijając imponującą katedrę, mówią - liczyliśmy na więcej. Jednak żaden z nich nie kwestionuje wartości Camino de Santiago. Bo, wbrew licznym błędnym tłumaczeniom, to nie "Droga do Santiago", ale "Droga św. Jakuba". Nie cel się tu liczy, ale dziesiątki niezwykłych ludzi, magicznych miejsc i niespodziewanych wydarzeń przed nim.

Tam, gdzie słońce mówi dobranoc

To sprawia, że wielu pielgrzymów, nie chce kończyć wędrówki. I wcale nie muszą. Idą dalej do miejsca zwanego "Końcem Ziemi". Znajduje się ono zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, czyli trzy dni drogi od Santiago. Fisterra to najdalej wysunięty na zachód punkt Europy. Legendy tego miejsca wiążą się już z rzymskimi legionami, które oglądały topiące się w oceanie słońce. Tu właśnie okazuje się, że także Polacy potrafili zamieszać w historii Camino. Jednym z pierwszych pielgrzymów, którzy opisali podróż na przylądek jest nasz rodak. Jest to o tyle ważne, że stąd właśnie pochodzi najpowszechniejszy symbol Drogi św. Jakuba - muszla. Docierający nad ocean wędrowcy zabierali muszle jako dowód przebytej drogi. Dziś można je kupić na całej trasie, a najwięcej oczywiście w Santiago.

"Koniec Ziemi" to urokliwe miejsce wyznaczające totalny koniec wędrówki. Pełno tu zarówno malutkich plaż, dzikich skał o które rozbijają się fale jak i podświetlonych wieczorami murów oraz rybackich knajpek. Można odetchnąć morskim powietrzem i poznać legendy, zarówno samego Cabo Fisterra jak i całego Wybrzeża Śmierci, które stało się miejscem wiecznego spoczynku dla wielu statków i ich załóg.

Odrodzenie w ogniu

Z miasteczka Fisterra podążaliśmy półgodzinnym, szybkim spacerem w stronę latarni morskiej na krańcu przylądka. Mieliśmy zobaczyć rozreklamowany cud - zachód słońca nad Cabo Fisterra. Promienie słońca wpadały z pomarańczy w czerwień gdy przed nami ukazał się wędrowiec. Zarośnięty kilkutygodniowym zarostem, sprawiający wrażenie obłąkanego pielgrzym był pochłonięty jedną tylko myślą. Muszę zdążyć przed zachodem, która jest godzina? - rzucił na powitanie. Dlaczego tak się śpieszysz - odparliśmy. Ostatnio nie dotarłem tam, nie ukończyłem drogi - odpowiedział łamanym angielskim - już widzę latarnię! Muszę spalić swoje ubrania, aby odrodzić się na nowo, aby zakończyć pielgrzymkę - wytłumaczył patrzącym na niego czworgu oczu. Nie takie rzeczy już widzieliśmy i słyszeliśmy na Camino. Za chwilę kolejny wędrowiec miał w tradycyjny sposób zakończyć podróż. Następnego ranka z Saint Jean Pied-de-Port wyruszy w jego miejsce nowy. I tak od tysiąca lat.

Powrót

Camino de Santiago jest drogą w jedną stronę. Nie jest możliwy pieszy powrót tą samą trasą korzystając ze schronisk dla pielgrzymów. Niedaleko Composteli znajduje się lotnisko, nie posiada jednak bezpośrednich połączeń z Polską. Najlepiej będzie dostać się pociągiem do Barcelony (ok. 16 godzin) lub Madrytu i stamtąd wrócić samolotem lub autobusem rejsowym do kraju. Długodystansowe trasy w samej Hiszpanii obsługują też konkurencyjne dla kolei linie autobusowe. Duże zniżki przysługują posiadaczom karty Euro<26. Pielgrzymi, którzy dotarli do Santiago otrzymują kartę z 25% zniżką na pociągi regionalne. Na cały transport powrotny trzeba przeznaczyć około 700-1000 zł.

Komentarze

Tomek - 11.01.2018 18:06

Bardzo pomocny opis! Mam jedno pytanie: czy warto ze sobą zabrać namiot aby być bardziej niezależnym gdy będą problemy z miejscem do spania? Albo nie dotrzemy do miejsca przeznaczenia i przyjdzie spać w polu? Pozdrawiam

Miska78 - 06.03.2011 11:23

Taka uwaga: napisales o kulinarnym dziwactwie Hiszpanów ze konkretne danie mozna dostac dopiero po 18. Nie zgadzam sie z tym, mieszkam dwa lata w Hiszpanii wiec moge to potwierdzic ze od godziny 14 mniej wiecej, do 16 mozna w restauracji czy barze dostac normalny tzn. konkrenty obiad, najtaniej wychodza tzw. dania dnia skladajace sie z dwoch dan, chleba, deseru i czegos do picia. Pozdrawiam.

Zobacz wszystkie »