Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Emilia Kędziorek
ŻÓŁTE STRZAŁKI


- Mieteeek! Dwa święte kije lecą do Bilbao! - pani przy odprawie bagażowej na Okęciu bynajmniej nie wygląda na zdumioną, że nadajemy jako bagaż jakieś zwykłe kostury. Najwyraźniej już się jej zdarzało spotykać pielgrzymów. Kije są dwa, ale nas jest pięcioro, godzina jest bardzo wczesna, a oczekiwania związane z tą wyprawą ogromne. W niecałe siedem godzin później jesteśmy już w Bilbao, jednak nie tu chcieliśmy zacząć naszą wędrówkę. Mamy dojechać autobusem do Noja i stamtąd dziś jeszcze przejść do Guemes – jakieś 14 km. Drobny problem: nie ma już biletów na autobus o 15, a następny jest o 17... Kto rusza na szlak o szóstej po południu?! No... my ruszamy. My, czyli Julita, Rącza, Anka, Adam i ja.

* * *

Adam położył na moim biurku jakiś dyplom czy dokument. Stał i patrzył wyczekująco. „...hoc sacratissimum Templum pietatis causa devote visitasse.” Krótki test na rozumienie tekstu czytanego.

- Byłeś w Santiago. - Powiedziałam to i dopiero do mnie dotarło. Santiago de Compostela! Marzenie z czasów moich studiów, które wydawało mi się całkiem niemożliwe do zrealizowania.

- Szedłeś do Santiago?!!!

W jednej chwili marzenie odrodziło się jak feniks i jak na feniksa przystało przybrało płomienną formę żarliwego pragnienia. Skoro to możliwe, to MUSZĘ to zrobić! Adam stał przede mną ze swoją compostelką jako żywy dowód Możliwości.

To była pierwsza żółta strzałka na mojej Drodze.

* * *

Kiedy ruszamy z Noja, biją dzwony. Niezwykłe uczucie. Ale zaraz potem pierwsze niespodzianki: nie widzę strzałek... Dobrze, że Adam już jest oswojony z ich widokiem i znajduje pierwszą... drugą... trzecią... Dziewczyny też już zaczynają pokazywać je palcem. Wreszcie i ja się przyzwyczajam, że mogą się pojawić gdziekolwiek: na każdej powierzchni i każdym poziomie. Jesteśmy na Camino!

Szybko okazuje się, że dobrze jest znać hiszpański. Za miastem szlak jest nieco mylny i chociaż pomocą służy nam angielski przewodnik Erica Walkera, dobrze byłoby zasięgnąć języka. Zaczepiam jakiegoś tubylczego dziadka:

- San Miguel de Meruelo?...

Uzyskuję długą i wyczerpującą odpowiedź. Gracias, gracias... Nie tak łatwo się od niego uwolnić.

- Co ci powiedział? - pyta Adam.

- A skąd mogę wiedzieć?!

San Miguel de Meruelo... Tę nazwę zapamiętamy na długo. Z miasteczka szlak prowadzi w prawo, pod górkę, do kościoła pod tym wezwaniem. I nagle się urywa. Kręcimy się w kółko, czas mija, a tu żadnych znaków w promieniu kilkuset metrów. Nasz przyjaciel Eryk nie bardzo nam pomaga. Tubylcy bardzo by chcieli, ale nie wiedzieć czemu wszyscy mówią po hiszpańsku, a nasze „derecha”, „izquierda”, „todo recto” i „agua caliente” jakoś nie wystarczają, żeby się porozumieć. Mamy dojść do mleczarni... Tylko jak???!

Wreszcie w którymś z domów każą nam poczekać. Po jakichś 10 minutach wychodzi zaspany chłopak eskortowany z szacunkiem przez pół rodziny. Guru? Nie guru, ale... mówi po angielsku! On wreszcie tłumaczy nam, jak mamy dojść do Guemes.

* * *

Kolejne strzałki. W Muzeum Etnograficznym wystawa „Pielgrzymka do Santiago de Compostela. Kamień i dusza.” Wybrałam się na nią z przyjaciółką i tam przypadkowo spotkałyśmy Adama. To był jeden z wielu „przypadków” na mojej drodze. Wreszcie mieliśmy czas, żeby spokojnie porozmawiać. I Adam zaczął opowiadać: etap po etapie, kilometr po kilometrze, miasto, las, morze, ludzie, z Oviedo do Gijon, z Gijon do Luarki... Chyba właśnie w Luarce odkryliśmy, że straciliśmy poczucie czasu i trzeba jednak się rozstać. Pragnienie jednak nie pozwalało o sobie zapomnieć...

* * *

Jest już ciemno, kiedy dochodzimy do Guemes. Prowadzi nas Anioł Stróż o imieniu Antonio. Jakieś pół godziny temu zatrzymaliśmy się przy barze – spragnieni odpoczynku i czegoś zimnego do picia, a jednocześnie świadomi, że nie mamy czasu na takie przyjemności. Barman sam wybiegł nam jednak naprzeciw. „Peregrinos?” Tu już jest jeden peregrino! Razem będzie nam raźniej iść do schroniska. Antonio, jak się okazało, wyskoczył tu tylko na piwko. Swoje rzeczy ma już w refugio. Idziemy teraz razem szybkim krokiem i usiłujemy słuchać jego hiszpańsko-angielskiej paplaniny. Jest z Meksyku i – jeśli dobrze go rozumiem – włóczy się po Camino już od kilku miesięcy: to w tę, to we wtę. Taki ma sposób na życie. Trudno przecenić to spotkanie, bo znaków (nawet jeśli tu są jakieś) już nie widać, a na rozstaju dróg, przy drogowskazie Antonio zdecydowanie skręca w lewo, bynajmniej nie na Guemes, tylko na Omoño. Zatrzymujemy się lekko nieufni. „Tędy bliżej.” No dobra... Rzeczywiście niedługo pokazuje nam światła schroniska na niewielkim wzniesieniu.

W refugio kilkanaście osób już ułożyło się do snu na podłodze usłanej materacami i pryczo-tapczanikach biegnących pod ścianami. Robią nam jednak miejsce, a Antonio pokazuje kuchnię i łazienkę. Wkrótce już i my pospiesznie umyci, oprani i najedzeni zbawiennymi „gorącymi kubkami” leżymy w naszych śpiworach. Trudno zasnąć, choć jesteśmy zmęczeni. Nie do wiary, że jeszcze dziś rano byliśmy w swoich domach w Warszawie... „Buenas noches...” - szepczą ciche głosy.

* * *

Potem – przypadkowo oczywiście – usłyszałam rano w radio o reportażu „Droga, która ma swój cel”. Wsłuchiwałam się w opowieść o Camino z zapartym tchem. Była żywa i tak bardzo jakoś prawdziwa. „Znamy się skądś, Drogo do Santiago, zawsze cię szukałem...” – mówił bohater reportażu, a ja czułam, jak głęboko te słowa dotykają istoty mojego doświadczenia i nie mogłam opanować wzruszenia...

* * *

Do biegu... Gotowi... Nie, no, powiedzmy otwarcie: wcale nie gotowi! Mamy właśnie przebiec truchtem przez most kolejowy. Tędy prowadzi skrót, nie właściwe Camino, ale ten skrót pozwala oszczędzić 10 kilometrów, które trzeba by było iść do najbliższego mostu na rio Besaya. Nasz przyjaciel Eryk wspomina o nim w swoim przewodniku, ostrzegając, że to „very dangerous”. Bo niestety ten mosteczek nie przewiduje pobocza dla pieszych. Stąd nasza decyzja o truchcie. Nie mamy ochoty spotkać się na nim z pociągiem... Nie zdecydowalibyśmy się może w ogóle na to ryzykowne przedsięwzięcie, ale w schronisku w Santander hospitalero bardzo nas przekonywał do tej opcji, dał nam mapki skrótu, a nawet jednemu z Hiszpanów, który ruszał po nas na trasę, przykazał, żeby – jeśli dogoni Polaków – przypomniał im o drodze przez mostek... Postanowiliśmy sprobować. Zatem: start! Po chwili już jesteśmy po drugiej stronie: zziajani i przejęci. Potem idąc dalej wzdłuż nasypu przekonujemy się, że naprawdę trzeba by mieć szczęście, żeby na tym moście zobaczyć jakiś pociąg. To lokalna kolejka, która jeździ baaardzo wolno i baaardzo rzadko. Ale przynajmniej poziom adrenaliny trochę podskoczył.

Poza tym głupi ma szczęście. Utwierdzamy się w tym przekonaniu, kiedy dochodzimy do Polanco, w którym planowaliśmy kolejny nocleg. Szczęście polega na tym, że refugio jest wolne, a jest ono – jak się okazuje – sześcioosobowe... Tymczasem nas jest dokładnie sześcioro, bo od rana idzie z nami Maite. Spotkaliśmy ją wychodząc z Santander. Przystawaliśmy na skrzyżowaniach, żeby skonsultować się z Erykiem w kwestii wyboru dalszej drogi przez miasto i zawsze niedaleko stawała ona, zaglądając do swojego hiszpańskiego przewodnika ze schematami ulic. Jakoś samo wyszło, że najłatwiej byłoby porównywać informacje z obu przewodników. Za miastem znów spotykaliśmy się co i raz. Zwarliśmy więc wreszcie szyki i idziemy razem. Maite jest z Barcelony i mówi po angielsku niewiele lepiej, niż my po hiszpańsku, ale jakoś się dogadujemy. Coraz lepiej z każdym kilometrem. Bardzo nam pomogła przy zasięganiu języka w sprawie mostu, a tu, w Polanco, okazała się po prostu bezcenna. Barmanka z baru „Quinn”, która się opiekuje tym schroniskiem (czy raczej chatką hobbita, jak żeśmy je nazwali), przybiegła i zrobiła karczemną – jak przystało na barmankę – awanturę. Nikt nie wiedział, o co, ale słuchanie jej jazgotu nie należało do przyjemności. Maite udobruchała ją jakoś. Powiedziała chyba, że jesteśmy stuknięci i nie ma sensu z nami gadać... Ale najważniejsze, że jędza się wyniosła. Cóż... może dlatego chatka w Polanco była pusta i wszyscy woleli iść kolejne 8 km do prywatnego schroniska w Campliengo?...

* * *

Niemal każdą wolną chwilę poświęcałam na szukanie informacji – głównie w internecie. Wiedziałam już dużo: którędy chcę iść, gdzie się zatrzymać, ile jest miejsc w każdym schronisku, jak dojechać na miejsce, ba! nawet o której godzinie są hiszpańskie autobusy! Ciągle jednak brakowało mi polskiej strony, która zbierałaby informacje o Drodze i o innych stronach jej poświęconych. Postanowiłam nawet, że sama spróbuję taką zrobić, może jeszcze przed wyruszeniem na szlak... Ale wtedy pojawiła się strona Krzyśka.

* * *

- DWA miejsca - ksiądz w San Vincente de la Barquera pokazuje nam to na palcach, żeby nie było wątpliwości – Dwa!

Stoimy w jego gabinecie, w którym na podłodze mogłoby się spokojnie zmieścić i dziesięć osób i po raz kolejny powtarzamy ten sam dialog.

- To co mamy robić?...

Wzruszenie ramion. - Wróćcie się do La Revilla.

Tam, w prywatnym schronisku, zostawiliśmy Maite, która poważnie potraktowała usłyszane od cystersów w Corbeces ostrzeżenie, że w San Vincente są tylko dwa miejsca noclegowe. Nam nie mieściło się w głowie, żeby w tak dużym mieście nie znalazł się nocleg dla pięciu osób.

- Jesteśmy pielgrzymami. Pielgrzym się nie cofa.

Kolejne wzruszenie ramion.

- To podjedźcie autobusem.

- Pielgrzym nie jeździ autobusem.

- To wasz problem.

Udało nam się u niego jedynie potwierdzić informację, że w Unquerze jest albergue.

- Wróćcie się do La Revilla. Unquera jest 10 km stąd. Carreterą. Szlakiem będzie jakieś 16...

- Pielgrzym się nie cofa. Idziemy do Unquery.

Jeszcze jedno wzruszenie ramion na pożegnanie.

Szczerze mówiąc dziewczynom nie starczyło już sił i zostały na przystanku autobusowym. Adam i ja prawie pobiegliśmy szosą w kierunku Unquery, a naszą siłą napędową była w dużej mierze po prostu złość.

Jesteśmy... przed dziewczynami. Z niemałym trudem znajdujemy refugio, gdzie zostajemy mile przyjęci. Nikogo oprócz nas nie ma. Zaraz pojawia się reszta ekipy. Agostino, bo tak nazywa się nasz hospitalero, wpada w euforię, kiedy się dowiaduje, że jesteśmy z Polski. Euforia ma charakter papieski („Polonia! Juan Pablo segundo!”), a jej wymiar praktyczny przechodzi nasze wyobrażenia. Zostajemy zaproszeni do wspólnego robienia tortilli, a następnie usadzeni przy stole, uraczeni winem z domowych zapasów i tortillą prawie-wspólnej roboty. Agostino błogosławi nasz posiłek i odmeldowuje się na spotkanie z przyjaciółmi. A my zostajemy sami przy stole próbując się otrząsnąć po tych dwóch – tak bardzo różnych – spotkaniach z hiszpańskim duchowieństwem...

Spis treści

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 18.09.2013 11:35

krótkie wspomnienie lecz piekne i przejmujące ja się wybieram na camino del norte w przyszłym roku jak Św Jakub będzie mnie chciał jeszcze raz widzieć ,ale jemu zwierzylem podczas tegorocznego camino frances i dobrze na tym wyszłem ,tak więc zawierzę mu na camino del norte pozdrawiam buen camino

Zobacz wszystkie »