Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Emilia Kędziorek
ŻÓŁTE STRZAŁKI


„Moje camino”. Strona o tym tytule znaleziona po prostu przypadkowo przez Google spowodowała, że wzruszenie znów ścisnęło mnie za gardło. Było tu wszystko, czego szukałam, a może nawet więcej: świetne wprowadzenie, niezwykle ciekawe porady, dobra linkownia i pełna relacja ze zdjęciami, z której dowiedziałam się bardzo dużo nie tylko o Drodze, ale i o osobistym jej przeżyciu przez faceta, który jechał na rowerze aż z Leridy. No i coś jeszcze... Jedno ze zdjęć przedstawiało plakat, na którym widniały słowa „Yo soy el Camino, la Verdad y la Vida”... I nagle wszystkie moje pytania o cel drogi przestały być istotne – „Yo soy el Camino...!” No jasne!

Napisałam do Krzyśka entuzjastyczny list. Zapytałam, co sądzi o założeniu internetowego klubu czy bractwa Camino de Santiago, promującego Camino w Polsce. Odpowiedział spokojnie, że z tego, co wie, taki klub już istnieje i podał mi link.

* * *

Na moście w Unquerze przekraczamy granicę między Kantabrią a Asturią. Zmienia się wygląd strzałek, a ścieżka od razu zaczyna piąć się pod górę. To chyba jedne z piękniejszych widoków na Camino del Norte: z jednej strony morze, z drugiej wysokie góry, a po środku grupa wędrowców... Przyjdzie nam iść wyniosłym klifowym wybrzeżem, piaszczystą plażą i niemalże po wodzie. W słońcu będzie nas orzeźwiała chłodna bryza, a czasem cień chmury będzie przesuwał się pod naszymi stopami zgodnie z rytmem kroków. Jakby nas prowadziły dobre anioły... No, ale i one czasem mogą się zagapić...

* * *

Strona Polskiego Klubu Camino de Santiago była wtedy ewidentnie in statu nascendi. Sam Klub tworzyły dopiero cztery osoby. Na moich oczach dołączały kolejne i pojawiały się nowe relacje. Oglądałam Camino coraz to nowymi oczami. Wszyscy ci ludzie przeszli bądź przejechali Camino Frances, ale to miało drugorzędne znaczenie. Z ich opowieści i zdjęć przebijał duch poszukiwanej przeze mnie Drogi. Drogi, która ma swój cel.

* * *

To był dziwny dzień. Spaliśmy w hostalu w San Roque de Acebal, bo nie chcieliśmy się zatrzymywać w Llanes. Mieliśmy wstać o 5.00. Budzik zadzwonił, Julita spytała, która godzina, a Adam powiedział, że pada deszcz i nie wstajemy. Dla ścisłości: wcale nie powiedział, ale tak mi się przyśniło i rzeczywiście nie wstałam. Nie wiem, co się przyśniło Julicie i Adamowi, ale oni też nie wstali. Obudziło nas dopiero mocne pukanie do drzwi. To Anka i Rącza, które spały w innym pokoju i wstały zgodnie z ustaleniami, oznajmiały, że są gotowe do wymarszu. Nie było sensu ich wstrzymywać, więc umówiliśmy się, że je dogonimy. Niestety, zaraz za Llanes zgubiliśmy się. Szlak był mylny, kończył się w polu, zaczęliśmy chyba nawet krążyć w kółko. Wróciliśmy się do wsi, chcieliśmy zapytać kogoś o drogę, ale tu ani żywego ducha – wokół tylko wysokie kamienne płoty, jak w labiryncie. Wreszcie usłyszeliśmy warkot traktora i prawie pobiegliśmy w tamtą stronę. Człowiek! „Którędy do Poo?” „Tu jest Poo!” Wskazał nam drogę i wreszcie znów zobaczyliśmy z radością żółte strzałki. I wtedy... potknęłam się. Rymnęłam jak długa pod ciężarem plecaka, trzepnęłam głową o ziemię, zęby zadzwoniły... Otrząsnęłam się dopiero po chwili, Julita i Adam już podbiegli, żeby mnie uwolnić od ciężaru plecaka. Mieli głupie miny. Podniosłam rękę do skroni i poczułam pod palcami krew. Dużo krwi. Wyludniona do tej pory wieś nagle ożyła. Ludzie się zbiegli, pytali, krzyczeli, wzywali lekarza. Próbowaliśmy im wytłumaczyć, że nasza „compañera” jest lekarzem. Adam zadzwonił nawet do Anki, ale okazało się, że i one się zgubiły i nie umiały nam powiedzieć, gdzie są. Zanim się obejrzeliśmy, przyjechała karetka i zabrano nas do kliniki. Do Llanes. Wróciliśmy tam, skąd wydostaliśmy się z takim trudem.

No i mam w credencialu nietypową pieczątkę: „Servicio de salud. Llanes”. Mam też inne pamiątki: wypis ze szpitala z wiekopomnym rozpoznaniem „Pacjentka nie mówi po hiszpańsku” oraz zaleceniami obserwacji w kierunku wstrząśnienia mózgu, no i wreszcie mam pięć szwów na głowie... Nieźle. No i chcąc nie chcąc pielgrzym jednak jedzie autobusem. Jedzie do Ribadesella, skąd już tylko 5 kilometrów do schroniska w Leces. Konsylium w składzie: Adam i Julita pilnie mnie obserwuje i zezwala na taki spacerek.

Wśród ogromnych kwiatów hortensji robimy sobie wspólną kolację z Francin – starszą Niemko-Francuzką, którą spotkaliśmy w Ribadesella i z rowerzystą Klausem – sympatycznym Niemcem, który mieszka obecnie w Jiczinie. Oboje popisują się przed nami swoją znajomością polskiego („Jedno piwo, proszę!”). Dziewczyny docierają do albergue dopiero po dwudziestej. Miały także po drodze przygody, to się czuje, ale są wykończone i nie chcą o tym rozmawiać. Tak oto kolejny dzień pielgrzymi dobiega końca. Wyjątkowo dziwny dzień...

* * *

Kolejna żółta strzałka. W moim pakiecie TV były tylko polskie programy. No, z jednym – dość dziwnym – wyjątkiem: hiszpańskiej telewizji TVE. I przypadek chciał, że moja mama skacząc którejś niedzieli po kanałach trafiła w niej na program o Camino. Program, jak się okazało, był cykliczny, nosił tytuł „Nuestros Caminos a Santiago” i ukazywał różne drogi do tego samego celu: Camino Frances, Camino Aragones, Caminos del Norte, Camino Ingles, Camino de Madrid, Camino del Ebro, Via de la Plata... Wspaniałe zdjęcia i Droga ukazana z perspektywy pielgrzymów. Tęsknota była coraz większa i coraz większe wzruszenie, kiedy kolejny raz u celu kolejnej drogi pojawiały się wieże Santiago...

* * *

Dzisiaj pożegnaliśmy Morze Kantabryjskie i właściwe Camino del Norte. Schodzimy na Primitivo – najstarszy wg tradycji szlak do Santiago – i to zejście okazuje się dla nas wyjątkową szkołą pokory. Najpierw zabłądziliśmy przez własne gapiostwo: nie zauważyliśmy w lesie strzałki skręcającej w prawo i poszliśmy prosto, a teraz, kiedy się cofnęliśmy do znaku i wróciliśmy na szlak, idziemy i idziemy, idziemy, idziemy... długo już tak idziemy ufając temu jednemu jedynemu słupkowi z muszlą i strzałką. A droga naprawdę nie bardzo wygląda na szlak. Jeśli w ogóle można tu mówić o drodze. Zwykła leśna ścieżka zwężyła się do szerokości jakichś 20-30 cm i trawersuje zbocze porośnięte obrzydliwie kłującymi zaroślami. Zatrzymywaliśmy się, próbowaliśmy wleźć wyżej na to zbocze, mając nadzieję, że gdzieś w oddali zobaczymy „normalną” drogę. Nic z tego. Idziemy już tak godzinę, może dwie i widzimy ślady tego, że niektórzy przed nami stracili nadzieję: w dół, do wijącej się w oddali carretery prowadzą wydeptane ścieżyny – jedna, druga, trzecia... Wyglądają kusząco, ale my trzymamy się trasy wskazanej przez jedyną strzałkę. Ścieżka przewija się na drugą stronę wzgórza i wreszcie schodzi w dół, między drzewa, wyprowadzając nas na szerszą drogę. Strzałka. Niesamowite. Strzałka... Przy kościele w Arbazal padamy zmęczeni bardziej psychicznie niż fizycznie.

* * *

Na każdej drodze są też i zakręty. Łatwo się na nich zgubić. Dla mnie był to moment, kiedy przyjaciółka oświadczyła mi, że obawia się takiej wyprawy i jednak ze mną nie pójdzie. Choć wielu znajomych fascynowało się moim pomysłem, jednak wszyscy zgodnie odmawiali, kiedy proponowałam, żeby się przyłączyli. Przestraszyłam się. Zupełnie nie brałam pod uwagę samotnej wędrówki.

„Oczywiście przesadzasz z tym strachem” – napisał Krzysiek, któremu opowiedziałam o swoich lękach. Zaproponował, że da mi namiar na swoją koleżankę, która szła sama z Leon – mogłaby mi opowiedzieć, jak to wygląda „z kobiecego punktu widzenia”. Przypomniałam sobie, że szukałam takiego kontaktu, podziękowałam jednak Krzyśkowi za propozycję i postanowiłam skreślić parę słów do jednej z dziewczyn, które niedawno zostały przyjęte do Klubu.

* * *

Oviedo. Hiszpanie mawiają: „Quien va a Santiago y no al Salvador, visita al siervo y deja al Señor.” Kto chce iść do Ucznia, niech się najpierw pokłoni Mistrzowi – mówiąc najprościej. Bo w Oviedo jest katedra pod wezwaniem San Salvador: piękny gotyk na romańskich czy nawet preromańskich podstawach, a w niej XII-wieczna figura Chrystusa-Zbawiciela, która przyciągała od wieków tysiące pielgrzymów podobnie jak znajdujące się w podziemiach relikwie. Wśród tych relikwii jest także „sudarium z Oviedo” - chusta, którą owinięto głowę Jezusa po śmierci i którą znaleziono w grobie – wraz z całunem – po zmartwychwstaniu.

Wchodzimy do Oviedo przez długie, nudne, przemysłowe przedmieścia. Dużo asfaltu. Humor poprawiają nam jedynie takie hiszpańskie smaczki, jak „Poligono industrial de Espiritu Santo” - strefa przemysłowa imienia Ducha Świętego! A potem już zachwycająca katedra, ładne stare miasto i tłoczne schronisko, w którym piętrowe łóżka stoją jedno obok drugiego. Zasypiamy w sercu Asturii.

* * *

Im bliżej było do naszej pielgrzymki, tym więcej starałam się chodzić pieszo. Chociaż te kilka kilometrów po Warszawie w drodze z pracy. Chociaż wzdłuż Alej Jerozolimskich. Z czasem wypracowałam sobie ulubioną trasę: od Placu Trzech Krzyży, przez Plac Zbawiciela do Placu Narutowicza. Przynajmniej z dala od głównych szlaków komunikacyjnych – ciszej i mniej spalin. Któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że przecież ja już idę do Santiago – do św. Jakuba przy Pl. Narutowicza! I kolejna żółta strzałka: ostatni etap tej trasy wiedzie od kościoła Najświętszego Zbawiciela (San Salvador)...

* * *

¡Chicos! - pulchna kobieta przed barem w Campiello przerwała zamiatanie, kiedy nas dostrzegła. Przyzywa nas gestem dłoni i uśmiechem, więc idziemy skwapliwie.

- ¿Peregrinos? - Potwierdzamy ku jej wyraźnej radości. Wpycha nas niemal do baru, pomaga zdjąć plecaki i sadza za stołem. Mieliśmy się akurat zatrzymać na śniadanie, więc nawet nie próbujemy się bronić. Tym bardziej, że pierwszy raz ktoś nas przyjmuje z takimi honorami. Zamawiamy dużą kawę z mlekiem. Właścicielka baru uwija się za kontuarem i obsługuje nas w pierwszej kolejności. Miejscowi nie tylko nie protestują, ale jeszcze pozwalają się zagonić do pomocy, tzn. do podawania kawy strudzonym pielgrzymom... Aż nam trochę głupio. Nie mamy jednak czasu, żeby się skupić na obsłudze, bo oddajemy się całkowicie zachwytom nad kawą. Kawa w Hiszpanii jest bardzo dobra, ale ta jest jedna z lepszych, którą pijemy na szlaku, a już na pewno jest największa. Kolorowe, ogromne, chyba półlitrowe filiżany przepysznej kawy – to się dopiero nazywa „cafe grande”! Kobieta zachwala nam paszteciki domowej roboty, więc zamawiamy je także, a do tego dostajemy jeszcze ogromne kawałki ciasta. Ech, królewskie przyjęcie, a rachunek do zniesienia. Dziękujemy wylewnie i postanawiamy uwiecznić nasz pobyt w gościnnej „Casa Herminia” pieczątkami w credencialach. Nasza gospodyni przystaje na to ochoczo i zaskakuje nas po raz kolejny: każdemu z nas wpisuje coś do pielgrzymiego paszportu. Życzenia. Dla każdego inne. Te są dla mnie: „Que el camino salga a tu encuentro y Dios te lleve en la palma de su mano”. Rozszyfrowujemy potem cały dzień te wpisy. „Niech droga wybiega ci na spotkanie, a Bóg niech cię niesie na swej dłoni”... Ładne, prawda? Moja drużyna śmieje się tylko ze mnie, że droga już wybiegła mi naprzeciw, czego śladem jest pięć szwów na skroni...

Spis treści

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 18.09.2013 11:35

krótkie wspomnienie lecz piekne i przejmujące ja się wybieram na camino del norte w przyszłym roku jak Św Jakub będzie mnie chciał jeszcze raz widzieć ,ale jemu zwierzylem podczas tegorocznego camino frances i dobrze na tym wyszłem ,tak więc zawierzę mu na camino del norte pozdrawiam buen camino

Zobacz wszystkie »