Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Emilia Kędziorek
ŻÓŁTE STRZAŁKI


Napisałam więc do Kasi, bo miała na imię jak moja siostra i tak jak ona była matką dwunastolatka. Odpowiedziała mi natychmiast i udzieliła wyczerpujących informacji. Ale nie to było najważniejsze. Nasza korespondencja zaskakująco szybko zmieniła charakter na bardzo osobisty: „...widocznie już sama tęsknota za Camino bardzo łączy ludzi” – pisała. A innym razem: „To jest właśnie ta dziwna magia Camino – nie znamy się, nigdy się nie widziałyśmy, a teraz piszemy do siebie i te listy są tak ciepłe, jakby były nagrzane hiszpańskim słońcem.”

* * *

Nad ranem budzi mnie spokojny głos Rączej. „I've seen a fire on the hill. I think, it will be better to get out from here.” Nigdy nie sądziłam, że tak dobrze rozumiem po angielsku przez sen. W ciągu pięciu minut wszyscy w schronisku w Peñaseita są już na nogach – ubrani, obuci i w pełnej gotowości. Jest 4.20. Zastanawiamy się wspólnie, co zrobić. Ogień w górach. W ciemności widać wyraźną pomarańczową plamę na zboczu. Już wczoraj było wiadomo, że są pożary w okolicy. Widzieliśmy ciężarówki z piaskiem i wozy straży pożarnej. Hiszpanka Carmen i jej francuska towarzyszka wpakowały się nawet w ogień idąc alternatywną trasą starych szpitali dla pielgrzymów. Zeszły na carreterę i wzywały taksówkę. Międzynarodowa narada kończy się wnioskiem, że najlepiej będzie wycofać się szosą do Pola de Allande, a rano podjechać autobusem ten jeden etap. I wtedy coś zaczyna stukać o dach. Deszcz. Milkniemy i zaczynamy nasłuchiwać. W przeciągu kilku chwil deszcz zmienia się w taką ulewę, że przestajemy się obawiać pożaru, a zaczynamy powodzi. Do tego zaczyna szaleć burza i pioruny walą raz po raz. Zawieszeni w niepewności, odczuwając kruchość natury własnej oraz naszego schroniska... kładziemy się z powrotem spać.

Rano deszcz ustaje, ale my nadal nie wiemy, co zrobić. Większość z nas urządza sobie więc spacerek do pobliskiego baru na kawę. Kiedy wracamy, zjawia się hospitalero w towarzystwie strażaka. Dowiadujemy się, że zagrożenie pożarowe minęło i możemy spokojnie ruszać w drogę. Jest już po dziewiątej, ale do schroniska w La Mesa tylko ok. 20 km. Ruszamy więc.

Tego dnia przeprawiamy się przez góry. Tu niby cały czas są jakieś góry – w końcu to Hiszpania – ale wczorajszy, dzisiejszy i jutrzejszy dzień to największe podejścia, piękne widoki wrzosowisk, zielonych dolin i mgieł nad sztucznym jeziorem Embalse de Salime. Denerwujące tylko szosy wspinające się na te piękne wzgórza i przecinające je szarą smugą cywilizacji. Ruch na nich niewielki, ale jednak psują krajobraz. Oto Camino Primitivo w jego największej krasie.

* * *

Kasia nie była w Hiszpanii bynajmniej sama, ale razem z grupą znajomych z Tarnobrzega. Jej przyjaciółka, Krysia, zdecydowała się przejść fragment Camino także zimą. Czekaliśmy na nią wszyscy niecierpliwie. Przylatywała na Okęcie i stamtąd przyjaciele mieli ją odwieźć samochodem do Tarnobrzega. Kasia zaproponowała, żebym wyszła na powitanie Krysi – miałyśmy się spotkać przy tej okazji. W końcu jednak okazało się, że Kasia nie może przyjechać. Ale Camino rzeczywiście niezwykle łączy obcych sobie ludzi. Na Okęciu spotkałam Pawła, dominikanina, który przeszedł Camino razem z dziewczynami oraz ojca Krysi. Rozmawialiśmy długo. Kiedy wreszcie pojawiła się i bohaterka tego dnia, uściskałyśmy się serdecznie. Widziałyśmy się wtedy pierwszy raz w życiu. Ale byłyśmy dla siebie towarzyszkami Drogi...

* * *

W krzakach coś piszczy. To już 19 dzień naszej wędrówki, zbliżamy się do Lugo – celu dzisiejszego etapu, ale chyba nie jesteśmy aż tak zmęczeni, żeby mieć zbiorowe omamy. Piszczy! Zaglądamy więc w te chaszcze i znajdujemy... czarnego kociaka. Co zrobić ze znalezionym hiszpańskim kotkiem z dala od cywilizacji? Rącza nie ma wątpliwości: „Nie możemy go tak zostawić!” I już nam oddaje swoje kijki trekkingowe i bierze go w ramiona. Ruszamy więc dalej z jeszcze jednym towarzyszem drogi, licząc na to, że niedługo pojawią się jakieś zabudowania. Wędrujemy jednak jeszcze spory kawałek, na zmianę niosąc tę ciepłą czarną kulkę, zanim pojawia się jakaś pierwsza samotna dacza z dużym ogrodem. W ogrodzie opala się paniusia. Kiedy wreszcie udaje się nam zwabić ją do ogrodzenia, okazuje się, że nie mówi po angielsku, więc za pomocą hiszpańsko-angielsko-migowej mieszaniny tłumaczymy jej, jaki mamy problem: znaleźliśmy kota w lasku i szukamy dla niego nowego domu. Paniusia wytrzeszcza na nas oczy. Rącza próbuje brać ją na litość: że mały, że biedny, że samotny i że nie będzie jej przeszkadzał. Ale nic z tego. Paniusia ma psa i nie chce kota. Kropka. Trochę urażeni – jakby przyjęcie na wychowanie pielgrzymiego kota było kwestią dobrego wychowania – idziemy więc dalej. Wreszcie dochodzimy do jakiejś wsi. Szlak ją omija, jednak my w poczuciu misji wchodzimy między budynki. Na dachu zabudowań gospodarczych siedzi bura kotka i dobrze patrzy jej z oczu. To tu – mówimy sobie. Dom dla naszego futrzastego towarzysza. W obejściu krząta się starsza kobieta w wytartym fartuchu. Na nasz widok zaraz podchodzi do furtki i wysłuchuje naszej relacji. Ku naszemu zaskoczeniu odpowiada nam płynną angielszczyzną. Nawet się nie zastanawia, tylko z uśmiechem bierze od nas kociaka, jakby codziennie jej się coś takiego zdarzało. Głaszcze go i obiecuje, że się nim zaopiekuje. Czas więc iść dalej. „Gracias.” „¡Buen Camino!” Rącza odwraca się jeszcze i dodaje: „Aha. On się nazywa Pere. To zdrobnienie od 'Peregrino'...”

* * *

Kiedy już prawie straciłam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto wyruszy ze mną na szlak, zaczęła się tworzyć drużyna. Najpierw coś wspomniałam Julicie, dawnej koleżance ze studiów, którą spotkałam na jakimś zebraniu. Nawet jej właściwie niczego nie zaproponowałam, usłyszała, jak mówię o Camino komuś innemu. Nie mogłam uwierzyć, że chce iść! Julita przyprowadziła swoją znajomą jeszcze z harcerstwa – Ankę, zwaną Rączą. W kilka dni później zadzwoniła do mnie koleżanka z wiadomością, że ma kogoś, kto chce do mnie dołączyć. Tak poznaliśmy drugą Ankę. No i Adam, który kiedyś obiecał, że mnie nie puści samej. Nasze Camino nabierało kształtów. Żółte strzałki stawały się coraz wyraźniejsze.

* * *

Okazuje się, że nawet niemieckie mapy mogą się mylić. Postanowiliśmy z Adamem odwiedzić Sobrado. Jest ono na właściwym Norte, ale z mapy wynikało, że można tam łatwo dojść lokalnymi szosami. Spory kawałek, ok. 40 km. Ale bardzo nam zależało. Hospitalero w Lugo powiedział, że między Lugo a Sobrado jest nawet wytyczony szlak łącznikowy, dostaliśmy mapki: dwa dni marszu z noclegiem we Friol. Nie mamy jednak czasu, więc z mapą drogową w ręku i dużym zacięciem w sercu ruszamy prosto carreterą. Zostawiamy za sobą Lugo z rzymskimi murami i wspaniałą katedrą, w której wczoraj wieczorem byliśmy na mszy i pierwszych nieszporach Wniebowzięcia. Zostawiamy też dziewczyny, które nie zdecydowały się na to wariackie przedsięwzięcie i ruszyły w kierunku San Roman de Retorta, aby za dwa dni w Melide zejść na szlak francuski. Santiago już naprawdę niedaleko!

Idąc szosą mamy kontrolę nad pokonywanym dystansem: mijamy kolejne drogowskazy. I tu się właśnie okazuje, że nie można ufać mapie. Nawet niemieckiej. Zgubili gdzieś 6 kilometrów! Mamy więc do przejścia – liczymy jeszcze raz dokładnie – no, tak: 48... W połowie drogi mam dosyć i zastanawiam się, czy nie zostać we Friol, ale zaciskam zęby i po krzepiącym posiłku ruszam dalej z Adamem. Co ciekawe, z czasem idzie mi się coraz lepiej i kiedy zbliżamy się wreszcie do Sobrado czuję, że mogłabym iść jeszcze dalej, gdyby to było konieczne. Kiedy wchodzimy do miasteczka, biją dzwony. Uwielbiam takie zbiegi okoliczności, a dziś ogarnia mnie szczególne wzruszenie, bo jestem dumna i szczęśliwa, że przeszłam ten etap. Oto przede mną wyniosłe barokowe wieże Santa Maria de Sobrado. Kościół jest piękny, choć zaniedbany. Grupka mnichów, która zasiedliła ponownie to stare cysterskie opactwo w latach 60 XX wieku, dba o jego stopniową renowację, jednak na własne potrzeby wykorzystuje niewielką kaplicę w odnowionej już części klasztoru. W drugim skrzydle mieści się schronisko dla pielgrzymów o niepowtarzalnej atmosferze. Dziś 15 sierpnia, Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny. Nie zdążyliśmy na mszę, ale idziemy przynajmniej na nieszpory. Urzeka mnie piękno liturgii i prosty, a jednocześnie ogromnie oddziałujący symbolicznie wystrój kaplicy... Gdyby nie ta pomyłka na mapie, gdybym wiedziała, ile naprawdę mam do przejścia, nie zdecydowałabym się na tę eskapadę. Ale było warto. Więc dobrze czasem, że nawet niemieckie mapy się mylą.

* * *

Kolejna wystawa o Drodze św. Jakuba, „Szlaki, z których zrodziła się Europa”, została zorganizowana w Krakowie. Spotkaliśmy się na niej dużą grupą: Krzysiek, Paweł i jego współbrat, Wojtek, Krysia i jej syn, Karol, Zosia i Piotr... Tylko Kasia znów nie mogła przyjechać. Ale przysłała przez Pawła coś dla mnie, co nawiązywało do naszych głębokich mailowych refleksji. I ja też miałam coś dla niej. Tak tworzyły się więzy – więzy wspólnych doświadczeń i wspomnień. Słuchałam ich opowieści o Camino i wiedziałam już, że i moje Camino nie będzie tylko moje. Będzie dziełem ich wszystkich, którzy doszli do Santiago przede mną i będzie moim darem dla nich i dla tych, którzy pójdą po mnie.

* * *

Nie jestem w stanie powstrzymać łez. Staram się bardzo, zarzucam sobie sentymentalizm, ale łzy kapią uparcie, zamazując obraz tablicy z nazwą „Santiago”. Jesteśmy już na moście, przez który setki i tysiące pielgrzymów wchodzą do miasta św. Jakuba. Nie sądziłam, że to będzie tak szybko. Dopiero co zeszliśmy z Monte de Gozo, przewodniki podają, że to jeszcze 4 km i może jest tyle, ale do katedry, a most jest dosłownie zaraz po zejściu ze wzgórza.

W ogóle teraz wypadki następują tak szybko. Wczoraj po południu dotarliśmy do Arzua. Szło mi się fatalnie po tym trochę zbyt długim etapie do Sobrado. A tu od razu wpadliśmy w najgorsze realia końcówki szlaku francuskiego: tłumy ludzi i to niekoniecznie pielgrzymów sensu stricto. Noc spędziliśmy na sali gimnastycznej, wstałam niewyspana, trochę zła i absolutnie pewna, że chcę jak najkrócej kosztować smaków Frances. Czułam się obco także dlatego, że wśród tylu ludzi nie było znajomych twarzy – byliśmy tutaj jakby z innego świata. Ruszyłam więc rano z kopyta, aż Adam się dziwił, skąd mam tyle siły. Santiago wołało. Im bliżej do niego, tym szłam szybciej. Nie wyobrażałam już sobie, że można by było jeszcze się gdzieś zatrzymać na noc. No i tak właśnie – nie wiadomo kiedy – znaleźliśmy się na moście.

Przez miasto rzeczywiście idzie się długo, ale wreszcie ukazują się wieże katedry i już nic nie jest ważne. Na Obradoiro całujemy muszlę znaczącą koniec szlaku, potem jest Portyk Chwały, sarkofag, objęcie Apostoła... Wszystko to wydaje się jednocześnie nierealne i realne aż do bólu. Jestem w Santiago. Naprawdę jestem w Santiago!

* * *

Zapakowałam plecak. Obok postawiłam kij od Adama – ten sam, z którym przeszedł zeszłoroczne Camino. Wzięłam muszlę Krzyśka, na której sam namalował Jakubowy krzyż, i kubek od Kasi przesłany przez Pawła... Wzięłam też bluzki od Agnieszki, mapę od Milady i alumatę od Magdy i Smoka. Każda z tych osób chciała mieć jakiś swój udział w moim Camino. Będą go mieli. Bo każdy z nich już przeszedł ze mną część tej Drogi. Bo – jak mówią – Camino zaczyna się na progu własnego domu. Na progu tego, co swojskie i znane zaczyna się Droga ku tajemnicy. A ja tę drogę zaczęłam już dawno, kiedy Adam położył na moim biurku swoją compostelkę...

* * *

I znowu w drodze. Dziewczyny dotarły do Santiago dzień po nas, zdążyły nawet na mszę dla pielgrzymów. Powitaliśmy je na Obradoiro: wyglądały na zdezorientowane i oszołomione. Ja też musiałam tak wyglądać, kiedy tu stałam poprzedniego dnia... Pokazaliśmy im, gdzie jest Biuro Pielgrzymie i jak dojść do Seminario Menor, a po mszy, już znowu tylko we dwójkę, ruszyliśmy dalej, na Koniec Świata. Wcale nie żałuję, że zostawiliśmy za sobą tłoczne i gwarne ulice Santiago. Znów oddycham pełną piersią. Droga jest przepiękna, a w dodatku nie ma na niej jakoś strasznie dużo ludzi. Owszem, pierwszej nocy spaliśmy na materacach pod schodami, ale przecież wyszliśmy z Santiago dopiero po 13... Codziennie spotykamy te same osoby – okazuje się, że wielu z nich doszło do Santiago Camino del Norte. Atmosfera w schroniskach jest fantastyczna – wszyscy są pełni radości z osiągniętego już celu.

Wreszcie mijamy tabliczkę z napisem „Fisterra” i wkrótce potem otwiera się przed nami widok na otwarty ocean. Zapiera dech w piersiach. Przede mną perspektywa nieskończoności! Wiem teraz, że największym błędem byłoby dla mnie przyjechać tu autobusem. „To już naprawdę koniec. – mówi Adam – Dalej na zachód iść się już nie da. Trzeba było tu przyjść, żeby uświadomić sobie, że nasza droga się skończyła.” Wieczorem robimy składkę, a Hiszpanie przygotowują dla wszystkich paellę i sangrię. Po pysznym i radosnym posiłku wszyscy razem idziemy na właściwe Cabo de Fisterra odprawić pielgrzymie rytuały. W niezwykłej kontemplatywnej ciszy czerwona kula słońca pogrąża się w oceanie. W ognisku płoną niepotrzebne już elementy pielgrzymiego stroju. Tak, to już naprawdę koniec

Spis treści

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 18.09.2013 11:35

krótkie wspomnienie lecz piekne i przejmujące ja się wybieram na camino del norte w przyszłym roku jak Św Jakub będzie mnie chciał jeszcze raz widzieć ,ale jemu zwierzylem podczas tegorocznego camino frances i dobrze na tym wyszłem ,tak więc zawierzę mu na camino del norte pozdrawiam buen camino

Zobacz wszystkie »