Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Moje Camino - Camino czyli raj na ziemi

31 grudnia 2004, piątek, Sylwester Roku Przed


Ma to być zapisownik drogi do Composteli. Wypada zacząć od początku, ale prawdę mówiąc jakoś ten początek w niepamięci mi się rozlewa. Na pewno mowa była o Santiago przy różnych okazjach pielgrzymkowych, na pewno wspominał Pawlik na różnych zjazdach - ziarenko kiełkowało.

Na pewno był rok 1994 i jazda z Kaziem i Zdzichem do Fatimy - koniecznie przez Santiago. Tam poczułem klimat tego chodzenia, klimat miejsca ,w którym jestem u siebie .I odetchnięcie tą tradycją. Świadomością, że jestem cząstką tego , co się dzieje od 9 wieku.

W 96 było zajrzenie do Le Puy i przypadkiem zajście do biura pielgrzymkowego . I zdziwienie, że szlak żyje i odkrycie jednej z wersji Camino idącej przez Szczecin. No i jak wiozłem młodych w 2001 to wiadomo było, ze Le Puy musi być po drodze, Nawet myślałem nabywać przewodnik, ale stwierdziłem, że drogo a się zdezaktualizuje.

No i jakoś tak bliżej zaczęło wychodzić , ze mi się zbliża 25 lat chodzenia. o może nie tyle samego chodzenia, ale pielgrzymowania. No i jakoś to Santiago siłą rzeczy się pojawiło. I tak łapię, że chyba koło pielgrzymki 2003 taki plan się porobił, że jakoś tak wypadałoby to chodzenie podsumować.

Gdy w maju byłem u abpa - m. in. poprosiłem o pozwolenie pójścia . Kazał pisać - napisałem. Potem był telefon o uściślenie - dopisałem. I o dziwo przyszła zgoda. No to reszta to już pryszcz.

Pierwotny plan organizacyjny to powtórka wypróbowanej sytuacji z Rzymu - ok. 10 osób i bus. Już nawet nagrałem tu w Ściechowie u pp. Jastaków volkswagena. Specjalnie nie reklamowałem się. licząc, że i tak się ktoś znajdzie. Jakoś tłumu nie widzę. Chyba koniec listopada przyszła mi przy ołtarzu myśl, że może w takim razie lepiej samemu. No i jak się z tym pooswajałem, to coraz bardziej mi to pasuje. będzie na malucha ,ale żal to tak , jak na Camino ludzie chodzą. Plecak na siebie , kij w dłoń i idę. Na dziś już myślę i planuję, co zabrać żeby było lekko i dobrze. Na dziś problem to jest z zastępstwem, bo na 6 niedziel muszę kogoś znaleźć , ale jakoś to pójdzie.

Za 2 godziny Nowy Rok. Jestem w tej chwili cały w myślach o Camino, cały już idę. Mam nadzieję, że tego zeszytu dziś na darmo nie kupowałem.

23 lutego 2005


Dziś skowronek jestem na całego. Ale tu cofnąć się muszę. 21 stycznia - był to piątek - byłem w Gdańsku no i w dzień zajechałem do Stefy i Oli. Kolejność odwrotna lanie nic to.

Ola była dzień po pogrzebie taty, ale kontaktująca jak najbardziej. Zainteresowanie wyraziła, jak najbardziej - zresztą rozmawialiśmy w Koźminie w sierpniu. Obiecała się rozejrzeć po temacie, dała maila. Stefa też zasadniczo zainteresowana, choć konkretnie nic nie powiedziała. Zaczął się kluć pomysł pośredni : przez Francję idę sam, a gdzieś od granicy hiszpańskiej dołącza ekipa.

Wczoraj wieczór nagrana wiadomość od Oli: dostała m urlop, czekam na wiadomość, co włożyć do plecaka. No bomba.

W poniedziałek, przedwczoraj byłem w St. Czarnowie po polisę. Zgadaliśmy się z Adrabińskimi nt. Alojza, nie pocieszyli mnie. Zdrówko tak sobie, szpital, lepiej żebym nie liczył.

Dziś Ela dzwoni wieczorem, że Alojz wychodzi ze szpitala , że zdrów i żebym dzwonił, bo jest szansa. Zadzwoniłem od razu. BIERZE !!!Hurra !!! Właściwie to sam jeszcze w to nie wierzę, bo to za ładnie wygląda i to tak zupełnie bez mojego udziału. Ale widać czasami coś Szef chce sam załatwić. Niech i tak będzie. A Alojza na rękach będę nosił.

25 czerwca 2005, sobota


Zaczyna się na dobre, choć do mnie to jakoś jeszcze nie dociera. A chyba powinno. Siedzę w seminarium w Le Puy, znowu przepakowuję cały plecak i szykuję się na Mszę o 7.00. Wychodzi na to, że ruszam.

Z domu to ruszyłem wczoraj. Wcześniej wyło wielkie planowanie i szykowanie, plany że spakowany będę dzień wcześniej, a wyszło jak zawsze - 2 ostatnie noce po 3 godziny snu. Może dlatego w autobusie spałem.

Wczoraj zakończenie roku szkolnego i ja jako DJ oraz grający. Skończyło się o 11.15 i nijak było na imprezę. Adrabińscy czekali pod domem, mama smażyła dorsza, jeszcze porządek w aucie i o 12 jedziemy. W drodze trochę pospałem, przebrałem papiery, podzwoniłem gdzie się da. Przed Wrocławiem większy ruch, w mieście korki. Autobus na 17. O 16.58 jestem na dworcu. Bieg. Gdzie są Eurolines? Jeden stoi. Bieg. To do Lwowa. Inne na 5 peronie. Bieg. Mój właśnie wjeżdża. Uffffff. Bogdan doszedł z plecakiem, spoko kupiłem 200 euro i picie. Oni pojechali, ja czekam. Okazuje się, że czekamy na 3 autobusy. Wyjazd 18.30. Wcześniej te do Kazia i Ostrego.

Jestem całkiem spokojny. Właściwie żadnych obaw. Niby przed taką drogą powinno człowieka zakręcić. A tu nic. Jakby mnie nie dotyczyło. Obok dziewczyna jadąca do pracy, zbierać śliwki. Pokazała papier. Jak można się nazywać Emilia Mrówka? W szkole musiała być biedna.

Jazda przed Kudowę potem jakimiś dziwnymi drogami. Padłem. Bałem się bardzo o plecy, a tu z drobnymi przebudzeniami spanie do samego Strasbourga. Siostra posłuchała i nie wyszła i dobrze.

Pod Nancy kawa i jest dobrze, od Nancy luźniej. Do Saint Etienne 4 osoby. Wysiadka ,a tu idzie chmura. Nie wiem, gdzie jestem, a mam plan z netu. 3 próby w różnych kierunkach z pytaniem ludzi, w końcu jest OK. Tyle że pada. Pelerynę wyciągam, ale nie narzucam Jeszcze się da. Ależ ten plecak waży !!! Koniecznie coś z tym zrobić, bo tak się nie da iść.

W mieście padało dużo mocniej. Kałuże. Szef jednak czuwał. Niepewność na dworcu.... a może właśnie pojechał? Nie. Jest 17.24 a mama 18.14. W kasie pytanie o bagaż; nie mogłem się z panem zrozumieć. Trzeba opisać, ale się nie płaci. Ładny szynobus i b. szybki. Małe opóźnienie i śliczna podróż doliną Loary. Wciąż nie dociera do mnie, gdzie jestem. Znajomy pejzaż Le Puy.

Do miasta wg planu z dworca - swój wyrzuciłem, chyba w busie. Jedna niejasność, a potem wykańczająca Rue du Petit Vienna. Czy to ma 20 %??? Mokry idę do seminarium. Dobrze, że wchodził pan, bo domofon głuchy.

Pokój 95 , III piętro, solo. Kąpiel, papu, kaplica Św. Karola, tel do mamy, brewiarz. I znowu przepak. Nie da się mieć alles pod ręką. Popróbuję. Jutro Msza o 7. Padam.

26 czerwca 2005, niedziela, dzień 1


Okazało się , że wczoraj nawet brewiarza nie domówiłem. Rano mi się kartki nie zgadzały.

Dziś od razu kolosalna lekcja pokory. Inaczej tego nazwać się nie da. Co innego planowanie, kombinowanie z mapą, pakowanie, a co innego marsz.

Rano budzik na 6.20, ale mini dosypianie. W katedrze 6.45, nie mogę znaleźć zakrystii. Tam, gdzie mnie kierują - zamknięte. Dwóch księży ubranych przy ołtarzu męczy Dawida. Jeden o 7.00 zaczyna Mszę. Z franc tekstem udaję , że rozumiem. Potem błogosławieństwo - kupa dzieciaków bez bagażu, kilka par i ktoś z aKanady. Długo i z gadaniem.

Idą do zakrystii - ja za nimi z papierem od bpa. Chcę Mszy. Prowadzi mnie do kaplicy NS i raz dwa gotowe. Cofam się po credential, bo potem mogę nie dostać. W sumie schodzi długo. Aha, nabyłem przewodnik na trasę. Dobry jest.

W pokoju dopakowanie, zapłacenie i jestem wolny. Krok do katedry, wyjście na schody. Ależ to robi wrażenie. widok ze schodów Przez miasto z wątpliwościami, okazuje się że mam do góry. Przy pierwszym znaku do SdC fotka. pierwsza tabliczka Dają 1521 km, a kawałek dalej inny znak że coś koło 1630. Wiem swoje.

Koszmarne to podejście. Potem szutrówka nieco w dół, śpiewam godzinki. Pan się zatrzymał pokazać mi trasę. Coś gadał po niemiecku - pojąłem, że oznakowanie jest dobre. Droga znów w górę, a tu upał. Podchodzi pod 11. Minipostój przed drogą 589 i widzę, że do wsi dojdę. Wieś la Roche. Proszę o wodę - jaka cudowna może być woda.... śniadanie nie wchodzi. Drzemka pod murem, ale słonko więc w drogę. Przed St. Christophe sur Dolaison - znowu do góry. Nie tak stromo, ale długo. Dróżką płynie woda. Do St. Christophe dochodzę zdygany. Ławka pod murem k-ła (XI w., ładny) czeka na mnie. Jestem betka. A tu 10 km nie ma!!! Pokora !!! A miało być 30....

Koło budki telef jest kibel i jest woda. Więcej nie trzeba. Herbatka, obiadek, tel do Gosi, drzemka, kawa. Zeszło prawie do 16.30. Chłodniej. O to szło.

Po południu o wiele łatwiej . Liczę, że jak wyjdę o 6 to do upału jakiś kawałek zrobię. W Lic wychodzi, że inaczej nie dojdę jak do Montbonnet. Późno. Na wejściu tablica, że jest git d'etape. Chcą 11 E, ale za namiot 3 E. Jestem cały happy. Z duszem. Stoi już 1 namiot. Kanadyjczyk , który był w LP. Chyba Robert. Wygląda na silnego, ale też dalej nie poszedł. Po ang wychodzi nam lepiej jak po fr, nawet o Dudka się dogadaliśmy. Na placu dzieci bawią się w .... no jak to się w dzieciństwie nazywało? Zbijanie ale najpierw piłka w górę i woła się imię, a wywołany łapie. Tylko fair play to u nich nie ma. Ściemnia się, czas do mycia. Kolacja przy stole, dopiero teraz coś mi zaczyna wchodzić.

Cały dzień myślę, czego się pozbyć by ulżyć. Prawie pewne są: latarka , baterie, duże mydło do prania, zastanawiam się nad pałatką. W ulewie iść chyba nie muszę, na plecak mam pokrowiec.

Da się iść po tym świecie. Ludzie mili, wodę dają, pozdrawiają. Nawet o namiot się dogadałem. Zobaczymy, co jutro z Mszą. Wypada wstać przed 6. Dobranoc.

27 czerwca 2005, poniedziałek, dzień 2


Piszę dzień później , bo się pisak zadział. Lekcji pokory ciąg dalszy. Rano miło, tyle że pod górę. Wstanie o 6, wyjście koło 7. Na 1. postoju przegonił mnie Kanadyjczyk, na razie tyle go widziałem. Mały postój od ruinami wieży [Le Chier Rochegude]pod wieżą był postój no i się zaczęło. Tatry miejscami wysiadają. Do obiadu w dół, najpierw tymi stromiznami, potem nużąco drogą . Monistrol - zero miejsca na siadanie. Wspiąłem się do k-ła, siedzę za murkiem. Cisza. Spanie. Perspektywy OK. Wyszedłem o 16. Horror.

Naprawdę parę razy ciężkie zwątpienie. Szkoła pokory jak nie wiem co. Do szczytu podejścia doszedłem o 19, tam małe posiedzenie. Do Saugues nie ma szans. W Le Vernet ładna woda. ładne miejsce, ale pani powiedziała NO. Zjadłem kolację, umyłem się przy kranie i idę. za jakiś km nieogrodzona łąka. W sam raz dla mnie. Zerwał się wiatr, nie wiem czy nie na jakiś deszcz. Dziwne, ale spanie nie od razu i z przerwami. Może to stres.

28 czerwca, wtorek, dzień 3


Budzik 5.30, wstanie 5.40, na drodze 6.05. W życiu bym wczoraj nie doszedł do Saugues. Stromo w dół. Bąble pod dużymi palcami dają. Trochę się boję

Śniadanie w Saugues na placu przy pompie. Miło. Doga ok. Sporo ludzi się pojawia. Marsz całkiem miły, upału nie ma, wieje. W którejś wiosce woda od mycia wozu z gnojem [La Clauze] i postój. Na obiad chcę do Chanaleilles. Przed nim mam wrażenie, że tą drogą jechałem z młodymi w 2001. W wiosce bar-sklep. Na razie nie. Pod merostwem ławka, pod drzewem - miło. Woda z drugiego baru.

Przed 15 się zwijam. Sklep sam przyjeżdża do mnie. Bagietka, ser - na razie starczy. Popołudnie niby 15 km - powinno byś spoko. Daje jednak. Na wieczór jestem padnięty, do St Alban na rzęsach. Znajduję git d'etap - zresztą tylne wejście. 10 E, nie dyskutuję. Kąpiel, pranie, i gazu nie używam. Sala na 20 os. - ciekawe jak z chrapaniem.

Teren wyraźnie bardziej płaski, nogi chodzą, plecak lżejszy. Może jednak jakoś to będzie. Bąble zwykle przechodzą - te 2 się przebiły same. Oxycort na bok paznokcia u lewego palucha.

Wreszcie się wziąłem za pranie. Z plecaka capiło. Trzeba korzystać koniecznie, gdy woda ciepła. Komórki dziś nie wyciągam - nie wiem jak pobudka, ale może oni też wstaną. Wczoraj b. miły sms od sołtysa.

29 czerwca 2005, środa, dzień 4


Miało być pięknie, zapowiadało się tragicznie a wyszło śmiesznie. To o noclegu. Ale najpierw cały dzień.

To wczorajsze pisanie to zupełnie w nocy. cisza nocna jak na kolonii, przed 22 i nikt światła nie palił. Ci co zgasili wstali pierwsi. Ja chyba 6.30, o 7.05 na drodze. Wyraźnie góry się kończą. Tylko jak tu w tym kraju przed 7 kupić chleb? Tragedia.

Acha wyjście z Saint Alban. Postój na przyst. autobusowym Grazieres. Toalety brak. Ładne słońce, tylko czemu rankami iść mi się nie chce? Tylko goni mnie świadomość, że w południe upał da mi w ciało. Postój na brewiarz i wietrzenie buta w Les Estretes. Wcześniej Chabanes - nic takiego. W bucie kropla krwi na paluchu. Trochę obawy, bo co będzie jak będzie gorzej. Obmyłem wodą. Zeszło. Postój na ławkach w środku wsi, niedaleko wodopój. Fajne te źródełka są. Babcia brała świeżej wody do dzbanka.

Z małym postojem gonie aż do Aumont Aubrac. Dziś Piotra i Pawła, a w przewodniku jest coś o księdzu od 14.30. Idę prosto. W punkcie tamponowania czyli pieczętowania pokazuję list. Nie możemy się dogadać. Chyba za 3 razem oni dowiadują się, ze ja solo i mogę odprawić zaraz. Co za radość. Kolejne doświadczenie - ile radości może dać odprawienie Mszy. Tu prawie każdy kościół ferme. Zerknąłem na papier w zakrystii nt. modlitw dla pielgrzymów - kolejne kościoły z codziennymi mszami b. daleko.

Ławka przed kościołem. Siedzę, buty zdjęte. A czemu by nie położyć się? Jak coś nie tak, to mi powiedzą. Nawet pospałem. Na abba się nie doczekałem. 14.30 w drogę. Bagietkę kupiłem, ale nic do niej. Wypatrzyłem gites w Les Quatre Chemins. W polu, na skrzyżowaniu dróg. Musi być ładnie. Idzie się nieźle. Postój pod kapliczką przy skrzyżowaniu. Ależ wieje. Do les Quatres zgodnie z planem - ok. 19. Gites okazuje się zamknięty. Pani w barze taka sobie, pokazuje mi 2 przyczepy campingowe. Przy nich nikogo. uroczy nocleg, w tle barIdę pod gites, rozkładam się , czekam, czy ktoś się nie zainteresuje. Wieje i chmurzy się. Wypatrzyłem otwarły przedsionek, jak co, to tam nocuję. Sikanie zmusza mnie do ruszenia. Pani w barze prawie pijana, ale da się gadać. Gites zamknięty na dobre. Przy tych przyczepach mogę sobie namiot stawiać. Na to konto aż sobie piwko walnąłem. Wiatr ucichł. Gdyby nie to, nie wiem czy na tym przedsionku by się nie skończyło.

Opatruję nogi - nie jest źle. Góry się kończą, kondycja się robi. 2 dni bez upału. Oby tak dalej. A może i lepiej. Zimno teraz mocno, uciekam do śpiwora.

30 czerwca 2005, czwartek, dzień 5


No to wtrącili mnie do wieży. A właściwie to sam chciałem. Ale to wieczorem.

Rano budzik dzwonił i dzwonił. Nie wiem, kto go na 5.30 ustawił. W nocy namiot od środka mokry. Trzeba się na to nastawić, że w środku kondensacja będzie. Teraz się suszy na obie strony. Dospałem po budziku, wyszedłem koło 7. O dziwo bar już otwarty. Fajna okolica, gołe pola, obszerne pagórki. Rano ładnie się rozpędziłem. Bardziej z rozsądku no i dla ładnej ławki śniadanie przed Fineyrols [przy gites d'etap],. Wieje, ale jakoś kawę mam. Butla się kończy, ale jeszcze żyje. Marketów nie widać.

Dlaczego nie pamiętam następnego kawałka? Musi, że dalej te łąki i hale. II postój na Dawida w Rieutort. Przysiadłem za kapliczką i murkiem i jakoś się udało. Na każdym postoju wietrzę bąble i dobrze, bo sucho w nich i dalej nic się nie robi. Oby tak dalej.

Na postoju chłodno, wyjąłem śpiwór, trochę dla podsuszenia, trochę dla okrycia. Z pół godz przysnąłem. Obudzili mnie jacyś - idę dalej. Zamyśliłem się na asfalcie i minąłem skręt do Montgros. Aż do Nasbinals idę asfaltem - bez wspinaczki. W mieście poczta zamknięta, sklepów mało. Kościół piękny, oczywiście bez księdza. Siadam na ławce przy merostwie. Dzieci się bawią, ale zaraz znikają. Najpierw mata na ławkę, potem pod ławkę, bo wygodniej i mniej wieje. Przysypiam. Jeść się na razie ni chce, zjem potem. Przed 15 rundka po mieście - w końcu wysłałem kartkę do Ściechowa. do szkoły, tampon do credencjału. Zero normalnych sklepów albo pozamykane. Rundka dookoła. W końcu w jednym bagietka, w drugim konserwa. Spróbujemy, Chcę ujść kawałek i poszukać miejsca. Tak lecę i lecę, dobrze się idzie, a miejsc porządnych brak. W końcu jestem na halach górskich, koło 1300 m, już i krów tu mało, nie mówiąc o ludziach. Ale jakąś wycieczkę spotkałem, o dziwo facet od razu wyłapał, że ja Polak. Klepali po ramieniu, że aż do SdC i że plecak ciężki. Miłe. Wieje na tych halach, i siąść nie sosób. Głodny się trochę robię, a i nogi lekko się plączą, bo od śniadania nic. Próbuję na skraju lasku, ale tam wieje również. Aha, chwilę wcześniej szerokim łukiem omijam byka, co to akurat na ścieżce się pasł. Na tym kawałku droga przez łąki - co chwila przejście przez płot, najczęściej z koniecznością zadzierania nóg, Wkurza mnie to mocno.

W końcu wysoki murek - siadam. I tak Aubrac niedaleko. Udaje się dogrzać wodę, choć kawa na początek z pianką. Wcinam całą konserwkę, nawet niezła. Bagietki mi zostaje. Zimno na wietrze. Dociągam do Aubrac. Niby nie jest tak późno, można ciągnąć dalej, ale wychodzi, że droga idzie mocno w dół, więc szkoda moich nóg. Na dziś łatwiej po płaskim, nie narzekam jeżeli lekko w górę, a od schodzenia i bąble dostają i nogi bolą. Ale bąble bardziej.

Rozglądam się po wsi. Podobno najlepiej w Wieży Angielskiej. w wieży nocleg Chodzi po wsi Szwedka z chłopakiem sprzed 2 dni. Idę do wieży. Dziwnie, bo żywego ducha. I piętro coś o zajętych miejscach. II piętro sala wspólna - wchodzę, za chwilę schodzi chłopak z góry i pomaga. Belg z Brukseli. Pokazuje, gdzie hotel, tam się płaci i tampony dają. Wieża chyba z XIV w. Siedzimy na III piętrze. Hihih jak u księżniczki. Tel do Gosi. Wszystko ok., gadam o tym, co było. 5 min na nogi - nie jest źle, nie robi się gorzej. Jeść się nie chce, to się nie zmuszam. Zaraz spanko.

Robi mi się niechcący system: co 2 dni nocleg po ludzku. Pranie i przekładanie - w sam raz. Rzeczy chyba się ubijają, bo coraz łatwiej plecak się zamyka. Myślę, co jeszcze można wywalić i tylko ręcznik mi przychodzi do głowy. Niepotrzebnie na zapas mam taki wielki frotte - chyba też usunę.

Sam marsz dziś właściwie spoko. Gdyby nie te bąble - czuję je jeszcze - to by było pięknie. Chłodno, a nogi chodzą jak należy. Choć jak wyszedłem bez garba wieczorem, oho, to się dopiero leci. No, ale Rzym się nie powtórzy. To nie to.

Dziwi mnie, jak bardzo Francki grodzą pola. Non stop idzie się szpalerem z drutu kolczastego. W produkcji tego drutu muszą być potęgą.

Większość idących chyba trzyma się tego schematu noclegów, który jest w moim guide. Dziś całe rano nie spotkałem nikogo, potem kilku i to z daleka. Na noclegu też niewielu. Właśnie przymknąłem okno, bo ciągnie. No, ale jesteśmy na 1300, a upału nie ma.

Brakuje mi Mszy. Nie myślałem, że tak to będę odbierał, zresztą łudziłem się, że gdzieś się odprawi. Oj, wiele rzeczy przed wyjściem wyglądało inaczej. Wyobrażenia, plany - a tu dopiero życie weryfikuje.

Myśląc o tej drodze jakoś chodzi mi po głowie słowo: spełnienie. Na te 25 lat mojego chodzenia odbieram tą drogę właśnie jako spełnienie się pielgrzyma .Ukoronowanie czegoś, czym się żyje. Od lat mnie z chodzeniem utożsamiają, od lat w tym siedzę. Cudnie, że dane mi poznać, czym jest pielgrzymowanie w tej właśnie formie - chyba najbardziej tradycyjnej. Zupełnie co innego niż nasze, a może bardziej dotykające. Mam nadzieję bliżej końca coś z tego wysnuć,

Dziś taka myśl: a co potem? Rzym był, teraz SdC... Zostaje Ziemia Święta. Chyba mrzonka, na dziś na pewno. Może kiedyś.... Bóg to wie.

1 lipca 2005, piątek, dzień 6


Wieczór jak zwykle najbardziej w pamięci. Przyszły smsy - od Oli, by podać gdzie będziemy, od Waniowskiego - podziękowanie za modlitwę i prośba o modlitwę za córeczkę Ani (a były bliźniaki...), i od Asi. No i teraz wiem, że nie ma co się tu szczypać i rozczulać,, tyko trzeba iść , bo ktoś tego potrzebuje.

Ranki jakoś mam fatalne, głównie psychicznie. Może jednak zaczynać od kawy? Dziś zaspałem haniebnie. Belg się umawiał, że pobudka 5.55, sam poszedł a mnie zostawił.

Dotłumaczył mi z przewodnika, że trasa nie do przejechania rowerem, wczoraj wieczór deszcze - poszedłem asfaltem. 8 km do St. Chely, na przedmieściu śniadanie. W mieście b. ładny sklep, zakupy, nawet mleko. Uszedłem ze 3 km pod gorę... a miało być tak pięknie.... zasłużyłem na lunch. Mleczko i bagietka. I przysnąłem, ale niedługo. Tak w ogóle to się koło 13 porobiło. No to poszedłem ze nastawieniem, że dalej to woda i obiad. No i szedłem ... 3 godziny. Sam nie wiem, skąd siły się wzięły. Góry i doliny, nie za gorąco. Chwilami wiało, a miejsca nie było. Znaczy najpierw miejsca, a potem wody. Jak się znalazł dom i człowiek, i poprosiłem, to mnie pokazał km dalej bufet. W końcu posłał dziewczynę i dała nieco. Odetchnąłem,, idę pod bufet. Tam baba z menu do mnie leci i że woda non potable. A w menu po 1 E. Biznes się qrna zrobił. Idę dalej. Już St. Come było widać, padam, ściągam buty. Pani zwijała dom, wsiadała do auta, jak poprosiłem to dała wody i jeszcze doniosła. Bardzo miła. Dobrze, że tacy są.

Na St. Come postanowiłem, że Mszę odprawię. Marzył się ksiądz - Polak. Marzenia. Kościół piękny i otwarty, ale wielebnego ze świecą. Spisałem msze w niedziele. Może się trafi. 3 ks mieszka w Espalion, jeden tu, ale akurat tego adresu nie podano.

Niby mógłbym do Espalion, ale to chyba byłoby lekkie wariactwo. Idę na camping. Na wejście szklaneczka zimnego, Miłe. Rozkładam się , kolacja. Dzwony mobilizują mnie , by jeszcze do kościoła ruszyć. Oczywiście już zamknięty. Rundka po mieście, zupełnie niesamowite. Uliczki ciaśniutkie, zwłaszcza wokół kościoła. Lukam po cenach. Piwo w barach po 2-3 E, na afiszu owoce po 1 E. Chyba trzeba będzie.

Tel do Gosi. Dziś mam kartę, wiec bez komórki. I może się numeru nauczyłem. Początkowo pamiętałem tylko 0388. Dala mi swój numer jakiejś karty dialerowej na tel do kraju. Hihii ona płaci jakieś 7 E i za jeden impuls ma potem 600 min do domu. U mamy zajęte. Rundka po mieście. Sprawdziłem wyjście przez miły most i na camping. Kąpiel, brewiarz, pisanie. Wiać trochę zaczyna, nie wiem gdzie spać. Myślałem, żeby plecak w namiocie a ja na zewnątrz. W środku kondensacja, mokro rano zupełnie. Tu się nieco rosy obawiam, Ale może i spróbuję. Ja knie spróbuję to się nie dowiem.

Sms od Asi mnie ruszył. Naprawdę mam po co iść. Dobre, że takie przychodzą, to ustawia. Szkoda, że im trudno, ale przecież na dobre i na złe. A ja tak tylko mogę wspomóc. Chciałbym się nie rozczulać nad sobą. Jutro spróbuję. Ludzie mają prawdziwe problemy.

2 lipca, sobota, dzień 7


Ładnie, tydzień na szlaku. Aż i dopiero.

Wreszcie pobudka jak należy. Spałem przed namiotem. Plecak w środku - nie było źle. Rano rosa ale w normie. Wiadomo, że takie wstawanie to przyjemność żadna, ale do przeżycia. Za to ptaki śpiewały, a w nocy słowik dawał. A muchy to nie dyżurny, tylko nietoperze wyłapywały. Wieczorem chmury tego latały - ciekawe, czy tresowane.

Wyjście o 7 - camping na pocz budzenia. Ładna i łatwa droga wzdłuż rzeki, b. mały ruch. Na pocz Espalionu śniadanie nad rzeką. Prawie jak u Moneta, tylko na ławce. Starszy gość udaje, że łowi ryby. Zawzięty. Idę w miasto i trafiam na deptak handlowy, Jak będę wracał, to kupię, a ta kto pytam o campigaz. Gość każe do góry. U góry taki mały market. Robię zakupy, ale gaz unie ma. Wracam inną. W turystycznym sklepie miły pan każe na dół za most, do Inter. Po drodze na pocznie tampon do kredencjału. Rzeczywiście jest Inter, jest gaz i to po 1.50 E. Biorę dwa. Teraz widzę, że mam gazu po Bilbao, bo ta kończąca się butla dalej nie chce się skończyć. Jeszcze chleb, bo jutro niedziela, parę owocków i idę. Za miastem lunch z mleczka i ciasteczka, zapakowanie i w drogę. Ależ w tym plecaku przybyło. No ale trudno, weekend przeżyję i o ciepłe picie jestem spokojny.

Droga w miarę, bez ogromnych skoków. Zeszło na tych zakupach itd., robi się naprawdę ciepło. W jednym miejscu prysznic ze zraszaczy pola, ale za to parówa od asfaltu nieludzka. Kilometry oczywiście się dłużą nieludzko. Zero wiary w te francuskie miary - tyle razy to sobie powtarzam, a wciąż na nowo żałuję. W jednym domu biorę wodę. Aha wcześniej w wiosce z romańskim kościołem jest drogowskaz do wody (wody brak) jest bar (ferme).Więc idę z nadzieją, że zaraz coś będzie. Okazało się, że to akurat najmocniejsze podejście. Dolina Jaworzynki jak w sam raz. Gdzieś u góry przerwa na brewiarz, nektarynki i mini drzemka. Polewanie i pan z wodą (z drugim panem, co podkaszarką kosił na podwórku nie wiem co, bo łyso było) były potem. Na skrz drogowskazy: Espalion 8 km, Estaing 2,5. Chromolę!!! To ja tu dygam 3 godz po górach i tyle zyskałem??? Walę asfaltem. Za chwilę szlak zaprasza w górę, ale się nie oglądam. Tylko na auta trzeba uważać , bo akurat chyba prywatny rajd mają - śmigają co chwila, a na szybach kartki z nrami.

Szlak wraca na asfalt - dyga akurat znajoma z widzenia pielgrzymka. Parę dni ją widzę i żal mi jej. Obładowana, przy kości, z kijkami, widać , że nie bardzo umie chodzić, zawsze ją wyprzedzam. No, ale tempo trzyma. Żal, ale i szczery podziw. Wyprzedzam.

Widać Estaing. Zarypiasty zamek b. stromy. Reklamy od paru dni chrześcijańskiego hospicjum - rozglądam się, ale nic. Idę do kościoła. Oczywiście kogo tu pytać. Już się zwijam, a starszy pan w czapce (w kościele!) pyta o tampon. Oczywiście, że tak. Skoro idzie do zakrystii - wyciągam list od bpa. Może akurat. Doszła pani, razem czytają, dumają. Pokazują na ogłoszenia o Hospitalitet - że może tam? Tak, tak, idziemy. Ależ labirynt. Jest hospital. Tak, mszę można. Akurat doszła moja puszysta znajoma - okazuje się, że to dominikanka!!!

Msza w kaplicy - b. ładnie. Nie bardzo jest gdzie zrobić piknik, więc się zbieram. Miła pani dopytuje się, a ja patrzę, gdzie tu jutro w niedzielę Mszę załapać. Pomaga mi - podpowiada Campuac. W bok od trasy,ale bliżej niż Colinghac (co dziś ważne), i msza w I niedziele miesiąca o 9.30. Odprowadziła mnie za most, pokazała GR 6 na Campuac, a jeszcze mówi, że w Conques jest ksiądz Polak. Oj, robi mi nadzieję... Idę. Ma być do góry, ale potem plateau. widok na EstaingPonad 30 min ostro, ładny widok na miasto - foto. Na plateau jestem wybredny w szukaniu cienia. Obiadek standard, camembert już płynie. Ten bleu był wytrzymalszy. Za to konfitury nie przeciekają. Wiem, za co zapłaciłem. Drzemka. Nie wiem, jak długa, budzę się o 18. Gorąco wciąż, ostro w drogę. Za kawałek drogowskazy: Estaing 5 km, Campuac 9 km. Chromolę. Idę asfaltem. Dłuży się nieludzko, ale jestem pewien, że i tak zyskałem. Zero wody po drodze, ale dziwnie to przewidziałem i oszczędzam. Do Campuac na rzęsach. I nogi bolą, i sił już nie ma. Padam do studni, żłopię jak koń. Pytam o gites - pokazują drogę. Na skrz za wsią namiar - to jeszcze 20 min. Gdyby nie motywacja - padłbym. Dochodzę po 21. Okazuje się, że w ostatniej chwili. Jestem sam, a tu full comfort i miło. Tylko na schody bez butów bo nowe. Jeszcze gratis kawa na rano.

Cały problem z mszą. Mówię, że po rzeczy wrócę po Mszy. OK. Ale za chwilę leci z gazetką parafialną, że Msza była dziś o 18. Potem do kogoś, kto się opiekuje kościołem, przychodzi z kobietą, kombinacje na 24 fajery.

Jak się kąpałem - jest kartka, że OK. na 9.30. A miało być, że jak OK., to o 9.00..... A może jednak ta msza będzie?

Do Conques chyba ok. 20 km. Może dam radę po Mszy, choć tu profil trasy widzę taki sobie. Za to rano laba. Ostatecznie niedziela.

Dzisiejszy dzień miał być Za Młodych i był. Nie powiem, dostałem po garach. Widać potrzeba. I widać, jak bardzo trzeba ufności. Wieczorem autentycznie się bałem, bo wiedziałem, że będzie ciężko. Nie myślałem, że aż tak - może bym wymiękł. Ale jak się wie, dla kogo się idzie - naczej to działa. Dla Hani parę miesięcy piwa nie piłem - to i pare km się przejdzie.

Luz tu mam i swobodę, po 2 3jest i na nikogo się nie oglądam. Miło. Ale czas do wyrka. Zobaczymy jak aniołkowie obudzą.

Dzwoniłem do Alojza - wszystko OK. i się ucieszył. Radzi sobie i pani Maria dba. OK.

3 lipca, niedziela, dzień 8


No i tydzień okrągły poszedł. Nie powiem, żebym wypoczął w tą niedzielę, ale nie o to chodziło.

Obudziłem się o 7 w miarę wyspany. Dziwne, że wieczorem trochę się przewracałem. Widać to taki rodzaj zmęczenia, że nie od razu się pada. No więc o 7 sprawdziłem zegar i na drugi bok. Wstałem o 8, przed budzikiem. Kawa była od pana, małe co nieco - pan zajrzał czy OK. - zbieram się na Mszę. Ciekaw byłem kto miał rację - okazało się że on. Pani była o 9.30 spec dla mnie przygotowała ołtarz - pełnia radości. A potem po raz trzeci tą samą drogą (wczoraj raz , dziś 2 razy, gites za wsią). Skoro wyszedłem koło 10, wiadomo, że trzeba dygać w cieple. A szlak taki, że na wodę nie liczyłem. No to oszczędzamy. I postój w rowie tuż za jakąś wsią. Woda małymi łykami, pół butelki obeszło. Coś mi dziś Aśka mocno po głowie chodzi. Idę dalej, na szczęście nie ma wielkich gór. Tak to się jeszcze ew. da. Przed obiadem schodzę do jakiejś wsi, okazuje się, że właśnie wróciłem na GR 65, ludkowie siedzą koło rzeczki. Na kamieniu, że witamy w Espeyrac. Na rynku dotankowanie w siebie do oporu. Siedzi rodzinka i się dziwi co za cudak obok na kamieniu. Dotankowanie do butelki, za wsią nad rzeczką postój. Próbuję pospać - zajechał gość z prasą do siana. Ładna niedziela. Znowu Aśka mi chodzi po głowie - w sumie to a tym postoju poukładałem sobie, co chcę jej powiedzieć i o co zapytać. Pewno i tak zapomnę.

Z wczoraj wiem, że ma być do góry, więc się na to nastawiam. Jest 15.30 i ciepełko niezłe. Wspinaczki koło 40 min. Jest wioska z kościołem, wodą i ławkami [Senergues]. Właściwie dlaczego w końcu nie zjeść obiadu? Oj coś strasznie mało chce mi się jeść, choć z drugiej strony te serki to przecież kalorie.

Dochodzi strasznie zmęczony facet. Proponuję kawę - korzysta. Ja jem, on się kręci, potem idzie. W ścieku pod kranem znajduje żabę. Robię foto. Idę 10 min po nim. Okazuje się, że droga dalej w górę. Nie tak miało być.

Kawałki asfaltu - z jednej strony równo i płasko , a z drugiej jakoś gorzej po nim. Wybredny jestem - idealne byłoby polne drogi z miekką ziemią, bez kamieni. Tu niestety takich na lekarstwo. Kamienie różnej wielkości ale pod dostatkiem.

Doganiam gościa na asfalcie - nie che z nim na razie, więc siadam i piję. I tak doganiam wkrótce. Właśnie drogowskaz Conques 30 min i droga w dół. Gość dotrzymuje kroku. Potykam się i łapię jakieś kolczaste gówno. Mało przyjemne. Po postoju na wodę on z przodu i tak wchodzimy do miasta. Oj daje w kość takie zejście. Miasta z góry nie widać, jest na stoku i za zaroślami. Zostawiam bagaż w gites i idę do kościoła. Różaniec i idę do domu, nigdzie obsługi, chyba tu skarbonka obowiązuje i samoobsługa. Kąpiel, pranie - wyrzucam nowe majtki bo farbują i siedzę, piszę, gadam z Dawidem.

Jak mi wczoraj kobieta powiedziała o tym księdzu Polaku w Conques to mi w głowie namieszała. Oj nie powiem, pomarzyło mi się zimne piwko przy wieczorku. Oj zamieszanko w głowie. Temat wracał. W końcu koło południa słowo: jak SZEF zechce dać mu okazję do okazania polskiej gościnności, to da. Wydzwaniać ani szukać za bardzo nie będę. Po dojściu poczołgałem się do kościoła - coś pięknego i niesamowitego - nie ukrywałem koszulki Kołbacz, odmówiłem różaniec, rundka po okolicy - nic. Widać nie ma mieć okazji do gościnności. Wiedziałem, że pokora t o cenna cecha - szkolenia w niej nigdy za wiele.

Dziś szedłem w intencji parafii. Kawałek niby nie ogromny, ale wyjście późne, ciepło no i nogi dają. Zdaje się, że dzień przerwy i to co jest po bąblach wyschłoby na wiór, może coś by zregenerowało. Mogę tyle, że na każdym postoju suszę. A wieczorem i na zejściach i tak boli jak cholera.

Wieczory są najgorsze ze względu na psychikę. Już by się chciało odpocząć, a tu dalej. I wcale niewiele chłodniej. Łapy, dekolt a zwłaszcza uszy mam zjarane. Skarpety pływają, za każdym razem. No, wczasów to tu nikt nie obiecywał, no nie?

Parafia widać też wymagała ofiary, więc ma. Nie wiem , jak mi się tam ułoży i jak długo, ale póki co kwitnijmy, gdzie nas posadzą. Alojz mówi, że się z ludźmi za mnie modli. Ciekawe, czy dociera do niektórych, gdzie się ich proboszcz szlaja. A że nie mają pojęcia, jak tu jest naprawdę - to oczywiste. Nie liczyłem.

Nie mam aparatu w pobliżu bo bym wypróbował kartę, co ją dostałem. Iradium chyba. Rodzina się, obejdzie, znajomi tym bardziej.

Nie wiem, jak jutro pobudka. budzika chyba nie nastawię. Zobaczymy, czy chłopy obudzą - jest ten z drogi młody i drugi po 50-tce. Chyba spać.

4 lipca, poniedziałek, dzień 9


Albo mamusia tak bardzo mojego chodzenia nie potrzebuje, albo tak mocno mi dziś pomagała. Oczywiście nie ma tak, żeby nie bolało. Ale z perspektywy wieczoru to trzeba rzec, że o wiele gorzej bywało.

Pobudka przed 7, w nocy głupie sny i przewracanie się. Myślałem, że ja tu będę spał jak zabity, a tu różnie bywa. Nawet bardzo różnie . Tak żeby kamieniem i do syta chyba jedną noc przespałem.

Więc wstaję, oni jeszcze w wyrkach, a na niebie chmury. Bieda. Pałatka została. Ale oni też leniwo. Próbuję dosypiać, rozpadało się na dobre. Jakoś po 9 obaj poszli. Czekam. Desperacja prawie.

Brewiarz, śniadanie - dalej pada. Próbuję poleżeć, Jakby jaśniej . Wstaję - lekko się przetarło. Od razu w drogę. Równo 11-ta.

Na wyjściu nie miałem znaczków GR, pytam chłopaka na parkingu, coś mi pokazał. Na skrzyżowaniu jest drogowskaz Decazeville 27. A górami miało być 20. W dodatku góra przede mną po prostu mnie powala. Conques w głębokim kanionie a tu ściana lasu. I to po deszczu. Trudno, dziś będzie inaczej. No gdyby jeszcze nie te bolące bąble. Idę. Po dobrych 40 min rozchodziłem. Tempo wcale nawet. Po słupkach 1 km= 12min, czyli 5 km/h. Na asfalcie się da. Nie takźle ze mną. Z dala widać wieś - dociągam. St Cyprien. Poniedziałek, więc nigdzie chleba. Mam 1/3 bagietki, musi wystarczyć. Szarpię się na colę i 3 pomidory. Ruszam - początek dramatyczny. Na postoju spojrzałem na bąble i coś mi za żółto. Jakby one nie były wyschnięte. Źle mi to wygląda - od razu psyche w dół. Rozchodzę się ponad 2 km. Boli. Skręt w boczniejszą drogę, ale ruch pory jak na dotychczasowe warunki. Droga pod górę trochę, wieś ale zero sklepu. Brak chleba wciąż wisi. Dociągam do skrzyżowania [Plateau d'Hymes] - okazuje się, że to nacjonalka. No to będę miał zabawę. Ruch jak na autostradzie prawie.

Postój przed skrzyżowaniem, oczywiście natychmiast nogi bose - niech się suszy. Koło 16 w drogę. Dobre, żę kawałek pobocza, jest gdzie uciekać. I tak wiele razy schodzę nad brzeg rowu. Tiry lecą jak u nas, tylko więcej ich.

Rozchodzenie jakby ciut szybciej. Dobrze, że droga w dół, a to pobocze miejscami miękkie. Może dlatego szybciej rozszedłem, że po różnym, noga siłą rzeczy różnie pracuje.

Jakiś kawałek wioski, potem Firmi - b. rozciągnięte. Zapowiadają z dala stoliki - ciągnę, bo i tak na raz do mety nie dojadę. Stoliki są, kibel straszny. Obiadokolacja - zostaje symboliczna piętka od bagietki. Ostatecznie sam ser też nieźle wchodzi. Pomidory dziwne albo ja smak po serze mam inny.

Rundka po Firmi - poniedziałek tu gorszy od niedzieli. Zero szans na chleb. Wracam na N 140. Ruch jakby nieco mniejszy, tirów ubyło. Mija policja - nie spojrzeli nawet, widać wolno po nacjonalkach. Zaczynam się mocno rozglądać po prawej, bo GR 65 jakoś bokiem się wije, wypadałoby tam wskoczyć, więc może jakaś nazwa z przewodnika się pojawi. Na skrz sprawdzam nazwy a z dala majaczy zielona strzałka. Sprawdzam (trzeba przejść przez szosę). Do Gitu zapisanego w guidzie! Bingo. Górka mała, zmęczenie w normie, bąble pozwalają. Git w bok od trasy, jestem sam. Drogo bo 13 E, ale ładnie. Pani nadrabia gadatliwością i przychylnością. Dziwne, jak wiele tego francuskiego umiem wyłapać. Zaczynam być dumny.

Pani rysuje wyjście na jutro, pociesza że góry mniejsze. Już to kiedyś słyszałem. Kąpiel i szybko operacja nogi. Okazuje się, że oba bąble są suche, ale nie dziurawione parę dni chyba pozasklepiały się. Poza tym wygląda to jak dwa gigantyczne odciski. Oj, przydałaby się Jagienka... Wiedziałaby, co i jak. Ja co mogłem.... podziurawiłem, psiknąłem i tyle.

Długi wieczór się zrobił bo prawie wszystko mam OK. a tu jeszcze słońce. Chyba rano trzeba dobrze budzik nastawiać. Przejrzałem guid - dzwonię do Gosi, może się uda namiot wysłać.

Upewniłem się co do adresu i kodu, powiadomiłem, że żyję - jutro do mamusi poleci. Jeśli jutro poczta się trafi - trzeba wysłać. Decazeville trochę z boku chyba wychodzi i może być rano, ale Villefranche potem jest. Pani i tak mnie poinformowała, że dalej nic nie kupię, więc rundka po mieście i tak mnie czeka.

Hihih pani weszła zatroszczyć się o mnie i żebym buty na noc schował, bo padać może.

Te dzisiejsze km asfaltem to w sumie dobra sprawa była. Zmęczenie zupełnie inne. Mam wrażenie, że ten szlak to układał ktoś spod hasła ... jak dobrze nam zdobywać góry i że chodzi w nim o zaliczenie wszystkich górek po drodze. Inna wersja - ktoś uciekał z nizin na góry bo tam bliżej Pana. W średniowieczu nie nosili z sobą takich garbów, nie troszczyli się o wygody, a mały węzełek to jakoś tam wtarabanił. Poza tym jak kto już szedł, to był przyzwyczajony i takie góry to nic takiego strasznego dla nich. Pewno tak .Niemniej dziś trochę gratuluję sobie - na płaskim nie jest ze mną tak źle, oszczędziłem dziś nieco zdrowia. A cola średnio smakowała.

Sms do Andrzeja - może jutro zadzwonię, może zechcą ze 2 dni wcześniej być. Ja i tak muszę coś podjechać, a na Hiszpanię byłoby lżej.

Chmurzy się na wieczór, trochę się boję. Ale chłodno, więc może OK.

5 lipca, wtorek, dzień 10


Dzień bez atrakcji to dzień stracony. Oczywiście najciekawiej zwykle jest wieczorem.

Rano budzik o 6, ale oczywiście dosypianie, wyszedłem 6.45. Rozruch b. ciężki. W tabacu też się da chleb kupić - mogę spokojnie lecieć dalej. Przedmieścia Decazeville są b. obszerne i górskie. Tyle pociechy, że jak się już rozszedłem z bąblami to dziś chyba pierwszy dzień, że górki mi nie dokuczają. Idę bez problemu, nawet sporo pod górę, b. optymistycznie.

Ależ wspinaczka wielka. I tylko po to, by przejść obok kościoła Św. Rocha i z powrotem zejść w dół do Livinghac. A dołem było 4 km. Nie powiem, widoki ładne, ale po co to mi? W Livinghac jestem 9.40 a poczta od 10. Zakupy, piję 7up i czekam. Wysyłam namiot. Od razu mi lepiej. Co prawda zrobiłem zakupy i nie wiem po co na nowo dźwigam kilogramy, ale balastu już nie ma. Humor 9.

Reszta dnia to istny labirynt. Dróżki, ścieżki, plątanina. Nie połapiesz się w tym za Chiny. Tylko wg znaczków. Chłodno jest, choć słonko, idę z małymi postojami bez oglądania się na sjestę. Na obiadowym postoju przesada - okazuje się, że właśnie szlak idzie od Figeac po to, by przejść przez wioskę. Po postoju daję pokój, idę asfaltem. Szkoda, że nie do końca, jeszcze bym nieco obciął.

Przed Figeac ostro szukam gita. Parę razy pytam, ok. Nagle jestem w mieście. Za znaczkami - i nic. Pytam pana z pieskiem. Muszę do miasta. Na rynku pytam drugiego - muszę do góry. U góry na placu pytam przy knajpie - stanowczo do góry i po prawej. Lecę do góry - chyba jednak za daleko - dziewczyny nie wiedzą, ale na ul. Batalie mnie wiodą. Zadupie i za miastem. Schodzę. Pierwsi ludzie - pokazali, że za 300 m. Ufff. Jest gites, tylko czemu taki kawał od szlaku?

Wieczór ze Stefanem - Niemcem z Poczdamu. Pracuje w szpitalu, chyba sam trochę chory, bo tiki jakieś ma i jakiś lekko nie pozbierany. Idzie z Berlina, 10 tyg w drodze, buty musiał kupić nowe, a dziś mu ukradli portfel. Ale piwem poczęstował.

Gites pełny, śpię na podwójnym wyrku tuż przy drzwiach. Światła zero, więc piszę szybko, bo zmrok idzie.

Opatrzyłem nogi oxycortem, bąble zaczynają się odrywać. Przynajmniej na lewej od spodem był drugi. Wieczorem po kąpieli miękkie to wszystko zobaczymy rano. Na pewno jeszcze trochę poboli.

Dziś było za Ewę. Dzień nawet w miarę, choć zmęczenia i znużenia nie brakowało, za to wieczór naprawdę atrakcji pełen.

Miałem telefonować, ale nie ma skąd. Idę spać bo ciemno.

Komentarze

Małgorzata L. - 15.06.2016 00:09

Zaczytałam się..:). Pierwsza myśl to wspomnienie o "Pielgrzymie" Paulo Coelho, ale nie tylko..Nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce.., ale nieraz widziałam wyruszających i pielgrzymów i wiem, że chętnie bym także poszła..Jakoś nie było okazji do tej pory..W każdym razie relacja z pielgrzymki niesamowicie wciągająca, ciekawa i dająca do myślenia..Bardzo budująca.

krzysztof kiełek starachowice - 19.09.2013 13:58

super napisane sporo się uśmiałem a i łezka w oku się zakręcila ja swoje camino zaczolem 29 czerwca 2013 roku do 20 lipca z Atapuerci do Santiago przez Muxie do Fisterry .I tak czytam te ksiedza wspomnienia i tak teraz patrzę ze swojej perspektywy jak to się camino zmienia ja szedlem w lipcu i mialem bardzo duzo słońca ale i wiaterku jednym slowem św Jakub mnie sprzyjał ja myślałem że jestem maratończykiem ale się pomylilem byli lepsi o de mnie ale mimo że szedłem dużo to chciałem coś zwiedzić i tak Burgos ,Leon I Astorgę zwiedziłem i po drodze się napztrzylem ładnych widoków i tak z perspektywy czasu porównuję te swoje camino do camino księdza i stwierdzam fakt że camino 10 lat do tylu i współczesne mimo że duzo się zmieniłop pozostaje takie samo i dzięki ś Jakubowi za to bo każdy znajdzie to po co się wybiera na camino a moje zawolanie na camino to było vamos peregrinos desperados i nie było osoby która by się nie uśmiechneła na takie zawolanie pozdrawiam buen camino i szukam książki której autorem jest ksiądz

Zobacz wszystkie »