Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Moje Camino - Camino czyli raj na ziemi

6 lipca, środa, dzień 11


No to na razie mam przymusowy postój, bo pada. Pałatka znikła, a nawet gdybym ją miał, to żadna frajda w taki deszcz chodzić. A i moje nogi chyba nie mają nic przeciwko dodatkowemu suszeniu zamiast moczenia.

Kobiety wstały po 6, hałasu narobiły, spać nie sposób. Wyjrzałem i stwierdziłem, że nawet gdyby to był tylko chłodny poranek - nie muszę lecieć, skoro świt. Potem się wyjaśniło - zdecydowanie deszczowo. Facet poszedł pierwszy, obie babki po śniadanku, mój Niemiec też. Dospałem. Pani się kręciła, zmieniała pościele - trochę głupio, ale zero komentarzy. Turysta jestem, zapłaciłem.

Jakieś wiercenie i remonty się porobiły - wstałem, zebrałem rzeczy , siedzę pod daszkiem. Jak się da to w 5 min jestem na drodze. Na razie zaciągnięte, nie bardzo widać szanse na marsz. Gdy w Conques padało - jakoś bardziej się tym przejmowałem. Dziś nie wykluczam dzionka wolnego dla moich stóp. Trochę zasłużyły. A i tak przejście całego Szlaku w założonym czasie okazało się fizycznie niemożliwe. Więc skoro jechać, to 1 dzień w te czy we w te takiej wielkiej różnicy nie zrobi. A jeśli stopom to pomoże - jestem za. Myślę jednak , że za niedługo jednak się rozjaśni. No chyba żeby jednak nie. Szkoła cierpliwości.

Wyszedłem koło 11, rundka po mieście ale poczty nie ma, tylko pomidory kupiłem. Pić się chce, na wyjściu najdroższa w życiu Ice Tea. Najpierw za most pod górę, ale po spojrzeniu na plan w dół i wzdłuż rzeki. Nagle ulewa. Lunęło naprawdę błyskawicznie. Zanim się schowałem pod daszek z wózkami u Championa byłem mokry. Runda po sklepie, pałatek nie ma, nic nie biorę bo ciężko będzie. Jedzenie mam.

Idę drogą. Za miastem drogowskaz do Cajarc 21 km. No to inna rozmowa. Po może 7miu postój i jedzonko. Jakoś nie idzie. Drzemka z głową 30 cm od asfaltu - specyficzna sprawa. Ruszam - wychodzi pod górkę i to długo. Stopniowo załamka. Chyba bardziej zmęczenie zmęczeniem, bo niby nie jest aż tak tragicznie. Dojrzewam do przerwy.

Gdzieś w połowie - siadam i łapię stopa. Po pól godz jest bus, ale tylko 5 km do Campuac czy jakoś tak. [Okazało się, że to było Grealou]. Dalej nie jedzie. Wysiadam, mam 8 km. Desperacja. Jakoś poszedł pierwszy, może i dalsze. Nastawiam się na ciężko - było bez tragedii. Ale nogi dają.

Na wejściu do Cajarc jest market. Szaleję. Powoli tuptam do miasta - gites na tyłach rynku znaczy placu. Pełno. Rzucam garba i idę telefonować. Tylko do Gosi poszło i potem do Andrzeja. Mniej więcej omówione, nawet wyniki TdF poniekąd znam.

Jest znajomy przed paru dni od dwóch plecaków (chyba z Conques), jest Stephan z Poczdamu. Ktoś za mnie dzwoni od szefowej, ta przychodzi i kasuje. Opatruję nogi. Stół się zwalnia, jemy ze Stephanem kolację (każdy swoje), on daje piwko, po kolacji razem na ławkę, doimy Cidre. Niezłe, gasi pragnienie. Długa rozmowa po niemiecku - facet szuka czegoś w życiu, jako sanitariusz odrabia wojsko. W drodze od 9 maja. Fajny w sumie, a że miewa tik nerwowy - pierwsze wrażenie różne.

Nie wiem co z nogami. W sumie ta przerwa miałaby sens. Może rano coś się rozjaśni. Cisza zapadła, pewno wszystko rano się zerwie, więc lecę spać.

7 lipca, czwartek, dzień 12


Tak to jeszcze nie pisałem - na murku na dworcu, ale jest wygodnie, tyle że chłodno coś.

Zrobił się dzień na przelot. Rano jeszcze miałem trochę dobrej woli, ale tak z umiarem. Wyjąłem kasę ze ściany, nabyłem pomidory i ze Stefanem w drogę. Coś mu do gustu przypadłem, poczekał na mnie rano. Wyszliśmy 7.15. Początek taki jak zawsze - przy czym wyraźniej czuję ścięgna niż bąble. Uszedłem 3 km i się poddałem. Wymieniliśmy adresy, b. podziękowałem mu za pomoc - on w szlak, ja do wsi. Okazuje się, że zadupie. Lepiej wracać do Cajarc, bo tam autobusy widziałem [wieś Gaillac]. No to na stopa - stanął pan terenowym jakimś. Bardzo miły, na sam przystanek dowiózł. W sam raz, że zdążyłem na 9.14 do Cahors. Na dworcu najpierw mapa, potem liczenie 10 dni od końca - wypada na Lectoure, no i wygląda że będzie dojazd. Do pani do kasy - na 17 mogę być. Świetnie, lepiej się nie spodziewałem. Oprócz 7 E za bus, teraz 21 E. Dostaję bilety z godzinami odjazdu - to jest dobre. Mam godzinę, więc śniadanko i Dawid na ławce przed dworcem.

Pociąg elektryczny, b. ładnie jechał. Przesiadka w Montauban - nawet nie idę z dworca bo zaraz. Wsiadam do TGV. Trochę tremy, bo to przecież sława, ale okazuje się, że jedzie jak zwykły pospieszny. Pewno za Bordeaux zrobili spec tory, to przyspieszy. A że ładny i cicho - to też fakt.

Przesiadka w Agen - stąd mam autobus. To nie tylko polski pomysł, żeby na bocznych liniach zamiast pociągów autobusy jeździły. B. mi się zachciało owoców - runda po mieście - jak na złość same butiki. I tak postój mi się skrócił, wiec dalej nie szukam ,siedzę na tej ławce i nogi wietrzę.

Ścięgna widzę już odpoczęły - spacer dość ulgowo. Widać tak ten dzień miał wyglądać - odpoczynek był potrzebny, przelot wypadł konieczny, i taksie wyliczyło, że na start i metę można dojechać, nie żadne wielkie zadupie. I jak tu nie wierzyć w Opatrzność? Melodyjki na dworcach grają- już mi w uszach gra. Pociągi ładne, ludzi nie za wiele. Właśnie wjechał TGV w drugą stronę. A ja i tak wolę pieszo.

No to się prawie luksus porobił, a nawet w pełni. Z Agen autobusem bez problemu do Lectoure, tu na planie mam gites, idę - zamknięty. W guidzie było o przyjmowaniu pielgrzymów na plebani - może choć Mszę dadzą odprawić. Plebania przy katedrze. Gość czyta moją kartkę i najpierw każe iść do sypialni, potem o 18 Msza a o 19 jedzonko. No to pięknie. Msza w zakrystii. Dziwny kraj!!! Taka piękna katedra a oni w zakrystii odprawiają. Księżulo niesamowity, ale że chcę odprawiać zrozumiał. Co prawda nie jestem pewien, czy Pan Jezus zrozumiał, co ja mówiłem, ale skoro Przeistoczenie on mówił, to Komunia ważna.

Jedzonko super. Zupka, sałatki, coś w rodzaju pizzy + makaron (raczej zapiekanki) i owoce na deser. Najedzony jestem jak nigdy. Całe szczęście że na wiele takich gościn nie ma co liczyć. Tylko przy stole średnio sobie pogadałem, zrozumieć też nie za wiele. Trochę łapię, o czym jest rozmowa, ale o szczegółach oczywiście mowy nie ma.

Do budki - telefony. Najpierw mama - była zaskoczona. Normalne, że do Gosi. Na bieżąco alles gadam, o ile tylko na nogach w budce ustoję. Jutro Hania jedzie do babci. Miło.

W pokoju znowu mam Niemca. Klaudius jest ze Stuttgartu, idzie już ponad miesiąc z Cluny, siedział parę miesięcy w Taize, zna parę zwrotów po polsku. Rano chce się zrywać, zobaczymy czy ja z nim. Jest obok jedna Szwajcarka, rodzina z Francji i ten co przyszedł wieczorem, kudłaty Andreas nie wiem skąd. Ten to ładny cudak.

Dzisiejszy odpoczynek na pewno nie wypadł źle. Co prawda gdyby nóżki leżały byłoby super, ale nie oczekujmy cudów. Spacer do budki i tak wypadł nieźle. Teraz to już nie ma odwrotu. Odliczone 10 etapów od St Jean i nie ma co kombinować inaczej. Gór na razie nie widać, okolica b. łagodnie pofałdowana, więc przynajmniej z tym powinno być bez bólu. Bąble zdecydowanie przyschły, ścięgna trochę dokuczają, ale jak będzie naprawdę to się rano pokaże.

Jakby miało być źle - to już nie boję. Ale to na 99 proc sprawa psychiki. Dzisiejszy luz na pewno będzie oki. Fajnie jest zobaczyć cywilizację i przejechać się TGV (Gosia nie wierzyła), ale Szlak to co inego. Chętnie wrócę do drzemek po rowach. Nie mam ni przeciw.

Z kościołami bieda - w niedzielę pewno mocno się będę gimnastykował. Dziś w sumie wieczór ideał. Teraz wypada się idealnie wyspał. Klaudius właśnie zaległ.

8 lipca, piątek, dzień 13


Fajnie jest. Jest wpół do ósmej, na spanie za wcześnie, a ja nie mam co robić. Może jednak powydłużać te etapy? Chyba za późno.

Przenosiny zdecydowanie dobrze mi zrobiły. Wczoraj nie mogłem się doczekać odpowiedzi na sms - sen mnie zmorzył. Jak zasnąłem - to kamieniem do rana. Klaudius rano mnie pytał czy dobrze spałem - obawiam się, że on nie z powodu mojego chrapania.

Budzik ledwo dosłyszałem, Klaudius musiał sam wyłączyć. Obudziłem się 6.40, on się głośno zbierał. Wstałem, gdy wyszedł, spotkaliśmy się w refektarzu. On widać kończył dobre śniadanie, ja tylko łyknąłem kawy. Coś po 7 w drogę. Chleba nie kupowałem, trzeba zjeść stary. Straganów z owocami masa, szkoda że tylko rano. Pomidorki i w drogę - na wyjściu z miasta koło 7.30. Klaudius mnie wyprzedził z bagietką pod plecakiem - jeszcze spory kawałek widziałem go przed sobą.

Lectoure - widok po wyjściuDroga całkiem oki, góry się skończyły, to co jest to małe łagodne pagórki. Dla moich już wyrobionych nóg to okazuje się nie problem, a i serducho przyspiesza tylko trochę. Pogoda idealna - nie za ciepło, wieczorem wręcz pochmurno. Bąble zdecydowanie się zaleczyły, czuję tylko tego nowego na prawej pięcie. Jedyny problem to ścięgna, zwłaszcza w lewej stopie - czuję je cały dzień. Musi, że gdy miałem te paskudne bąble, stawiałem stopę odruchowo bokiem - stąd teraz ten ból.

Śniadanko pod miłym drzewkiem , cień nawet ładny. Na górkę wejdę po jedzonku. Moje resztki bagietek okazują się nie do jedzenia - gdy piętka wyschnie jest jak kamień, a ta miała chyba 3 dni. Jedzonka mam niewiele, ale liczę na sklepy w Condom. Na szlaku miasta okazują się być po to, by zrobić zakupy, ew. przespać się - choć to akurat niekoniecznie w mieście, tyle że większość gitów jest tam.

Po śniadaniu drzemka - budzę się jak na zawołanie o 10. Zbieram się - dogania mnie wycieczka pań w balzakowskim wieku. Do tego gadający starszy pan na rowerku. Ciekawa impreza. Zatrzymują się 400 m dalej - jest ławeczka + stolik . Jak się zna teren....

Droga całkiem przyjemnie wije się po polach. Podejść kilka, ale bez przesady. Z rana ogromne pola słoneczników. Rozumiem Van Gogha. Jak się widzi ich masę od góry, od strony słońca - wrażenie żółtych plam jest niesamowite. W południe pierwsze błądzenie, nie takie znów wielkie. Przed farmą była strzałka w lewo, tak poszedłem, ale wewnątrz farmy droga robiła S i był ciąg dalszy. Tu nie ma znaczków na każdym słupie, więc kto wie czy to nie to - jak mi się droga skończyła w kukurydzy to nie było wyjścia - mus wracać. Na przełaj przez kukurydzę się nie odważyłem. Z powrotem chłopu przez podwórko - żywego ducha brak. Za farmą nieco w dół i robię postój w cieniu. Pogawędka z Dawidem i drzemka - brewiarz okazuje się bardzo dobry pod głowę. Na wielkkość pasuje, Pobudka po godzinie - jak z budzikiem. Rytm jest wyrobiony.

Niedaleko kaplica św. Gerwazego, miły cień pod drzewami i woda. Jak nie ma wodociągów, to każde takie źródełko się ceni. Znowu po polach - teraz jakoś więcej zbożowych, część po żniwach, część w trakcie. I owies się trafił. Tempo mam miłe, zapowiada się ludzkie dojście.

Kawałek wzdłuż jeziorka - najpierw coś bagnistego (spłoszyłem sarnę lub łanię - ciemna jakaś) potem wzdłuż wody (nie spłoszyłem czapli), potem w górę i na zboczu postój pod dębem. Gotuję wodę - nareszcie skończyła się butla. A ja tydzień temu panikowałem. Na obiad resztki chleba, tym bardziej resztki sera. Konserwy nie ruszam.

Spokojnie drepczę dalej, rozmyślam Drogą Krzyżową, jakoś szybko robią się przedmieścia Condom. Śliczna ta nazwa. Ścięgno się nieco wyrobiło, ale pobolewa., w sam raz tak, żebym nie zapomniał, że oto pielgrzymka.

W mieście wg znaczków, w końcu na Office de Turisme. Dostałem plan - okazuje że przeszedłem 10 m od wejścia do gita. Gites w starej szkole, warunki spartańskie, ale jest wcześnie, dużo ciepłej wody i luz itanio. W 2 .pokoju 3 kobiety, razem przy kolacji - znaczy one przy swoim stole (one są 2+1), otwieram im wino, chcą częstować pizzą i melonem. Grzecznie dziękuję.

Pisać lepiej przy stole - wróciłem do kuchni. Na wieczór mam piwko i nektarynki. Kupiłem po drodze, tuż przy katedrze. Na razie nóżki odpoczywają, pranie się suszy, porządek w plecaku pełen klar, notatki nadrobione, a tu dopiero 20ta. Na miasto nie idę, nogi mają odpoczywać, telefony odpracowałem wczoraj.

Dzisiejszy dzień był za Hanię. Może nasz aniołek aż tak wielkiego wysiłku nie wymaga, w sumie prawie odpoczynkowo ni dzisiaj. Na wieczór, gdy się ścięgno wyrobiło to był moment, że wręcz luksusowo się spacerowało. Przed śniadaniem pośpiewałem stare pielgrzymkowe przeboje - też. Fantastycznie się szło. Może w końcu ta droga przestanie być taką mordęgą? Ale pewno musiał być czyściec, żeby teraz było w miarę oki.

No i wychodzi, że pomysł z dniem przerwy był trafiony. I myślę, że we właściwym dniu. Tak miało być. Być może kiedyś będę żałował tych ominiętych km, może będę się zastanawiał, czy nie można było inaczej., ale jak pomyślę, jak się czułem na drodze wczoraj rano, a jak dziś po południu - właściwie nie ma dyskusji. Jakiś podjazd i tak musiał być i to chyba była akurat pora.

Jutro ponad 30 km - tu się okaże, na co może mnie być stać. Za tona niedzielę pełne wczasy - niecałe 20. Będzie czas szukać Mszy.

Kobiałki dalej konsumują - chyba już owoce. Ci Francuzi to lubią to siedzenie....

9 lipca, sobota, dzień 14


Tego jeszcze nie grali. Właśnie odstawiłem godziną pogawędkę z Kanadyjczykiem po angielsku, wypiłem armaniakiem zdrowie jego syna i umówiłem się na jego przyjazd do Ściechowa.

Rano pobudka oczywiście z bólem .Bez bólu zostawiłem ręcznik i jeden kartusz. Chyba 7.15 na drodze. Powoli się rozpędzam przez miasto - ładna droga nad rzeką. Za miastem trochę pod górę, na kulminacji ładny widok i potem mocno w dół. Przy słonecznikach siadam na śniadanie. Pasztet zdecydowanie za słony, pomidorów nie mam. Mała drzemka i koło 10 idę dalej. Może dociągnę do Montreal.

Dociągam, ale trochę na rzęsach. Zakupy w sklepie na rynku, nigdzie nie idę, siadam na ławce przy fontannie. Próbuję spać, ale za dużo szumu, Zapomniałem o brewiarzu. Przed 13 w drogę z nastawieniem na obiad. Ponieważ idzie nie najgorzej - obiad się opóźnia . Potem idę po terenie winnic - pewno głupio siadać komuś na terenie. W końcu duża kępa drzew, ładna trawka - siadam. mój prześladowca Gdy parzę kawę, zajeżdża facet na quadzie. Patrol. Miło nastawiony, grzeczny, nic nie gada i nie goni ale widzę, że nie pośpię. Stoi nade mną i tyle. Kończę jedzenie i się zwijam. Nie odpocząłem wcale. Zły jestem na niego, choć fotka mi po nim zostanie.

Chmurzy się, choć na razie deszcz wyraźnie bokiem. Ciągnę, póki ścięgna rozgrzane. Miło droga byłym torowiskiem. Tak mi wyglądało to po nasypach i mostkach na byłe tory, a tu i znaki i dworzec się trafiły. Ciągnę, ale końca dróżki nie widać - siadam na odpoczynek i brewiarz. Wiatr nagle ucicha - deszcz wisi w powietrzu. Nie odpocznę.

Idę dalej, zaczyna kropić gdy się nasila - jak na zawołanie ławka przy drodze. Naciągam płachtę - przez to, że mata na plecaku, płachta jest za krótka. Na przyszłość trzeba podumać.

Deszcz chwilowo rzęsisty, ale krótki. Pod tą akacją wiele nie zmokłem. Miasto musi być blisko. Po 15 min ruszam. Na samym dojściu dogania mnie Klaudius z wielkim kijem. Wypatrzył Leclerka - ja też idę po piwo i owoce. Czekam na niego przy wejściu, idziemy do miasta. Pytam go o gites - skrzywia się, mówi, że idzie pytać przy kościele o miejsce do spania. Ja od razu do Of de Turisme - zamknięte. W sklepie obok pokazują mi wejście do gitesa - tuż obok. Wszystkie łóżka zajęte. Są kobiety z wczorajszego i przedwczorajszego noclegu. Nigdzie dalej nie idę. Przedsionek wygląda b. miło, nawet meble do siedzenia są.

Idę do katedry - właśnie zamknęli. Widzę tablicę, że Msza w niedziele 10.30. Na ławce siedzi bezradny Klaudius. Mówię, że ja siedzę, a on nie wiem co z sobą zrobi. Dziecko nie jest.

Najpierw kąpiel, potem kolacja. Wszyscy mili, prawie same baby, b. gadatliwe. Zagaduje mnie Denis - Kanadyjczyk z Quebecu. Denisa mało widać, tęczę lepiej Postawił armaniaka - dziś urodziny jego syna. Zgadzam się na toast. Nawiązuje się gadka - schodzi nam z godzina. W końcu zaprasza się do mnie - ma mojego maila. Zobaczymy.

W międzyczasie mocny deszcz a po nim piękna tęcza, miejscami podwójna. Denis mówi, że wg internetu następne dni mają być zdecydowanie w słońcu.

On przysiada się obok - gadka w najlepsze. Nie bardzo mi na razie rozkładać się w tym hallu - pogadam z Dawidem i porobię za głupa. Rano będzie pokój - Msza późno a do Nogaro 20 km. Wygląda na prawdziwą niedzielę. Może mnie nikt z tego hallu nie pogoni.

10 lipca, niedziela, dzień 15


Jest 8.25, siedzę na ławce pod zamkniętą katedrą i czekam na możliwość Mszy.

Ciekawe obyczaje w tych gitach. Siedziała wiara i gadała na cały głos, a nagle przed 22gą wszystko poleciało do wyrek. Cisza prawie nagła. Rozłożyłem się na sofie w tym niby hallu. Prawie przysypiałem, gdy przyszła kobitka i zaczęła mnie zabierać na górę - było wolne wyrko. Nastawiłem się na ten hall, z trudem się wymówiłem głośnym chrapaniem. Ciasno tam między tymi kobietami - jakoś mi nie grało to wyrko.

Ciężko zasnąć - za bardzo rozmowa z Denisem mi po głowie łaziła. Spytał m.in. dlaczego idę, dlaczego ta droga jest dla mnie happy. Nie mogę sobie przypomnieć, jak po ang jest marzenie. Nie wiem, na ile mnie zrozumiał, ale co sobie pogadałem to moje.

Miotałem się po sofie pewno do północy, potem rozwinąłem matę. Jednak co wyprostowane nogi - to dla mnie dużo. I tak nie za dobrze spałem, ale przynajmniej się wyciągnąłem. Jakiś budzik zadzwonił przed 6. O 6 już był pełen ruch, wręcz bieganie i krzyki. Wytrzymałem prawie do 7 - akurat większość wymiotło. Spokojnie śniadanko itd. - o 8 bez najmniejszego pośpiechu jestem pod katedrą. Skoro nie można wewnątrz, to brewiarz da się odmówić i przed.

Właśnie teraz wyszli ostatni z gita. Pięciu chłopów, minęli mnie wczoraj w Montrealu. Lecą na lekko, wysportowani - tak to sobie można spacerować. Wczoraj wrócili późno, głośno gadali, dziś wstali ostatni, gdzieś na mieście śniadanko, właśnie wrócili, wzięli małe plecaki i poszli. Trochę inny sposób zabawy. Ludzie wożą bagaże, lecą na lekko - ja tam wolę po swojemu. Co mam to mam, gdzie stanę tam ze wszystkim jestem.

Ciekawe, gdzie nocował Klaudius. Tu go nie ma. Parę min po 9 z naprzeciwka przyszedł dziadek i otworzył katedrę. Ja do niego z pismem - nic, będzie Msza za godzinę. Czekam. Kazał mi zapalić świeczkę przed Jakubem. Obraz dość makabryczny.

Siedzę. Za chwilę jest kobieta, otworzyła zakrystię, więc ja do niej z pismem. Pogadała, nagadała, siedzę. Idzie starszy gość, ona do niego o mnie. No to trzeci raz z pismem, a on że Msza za godzinę, a księdza nie ma. No to ja że solo, że wezłę hostię i wino - przygotował boczny ołtarz. Tylko stuły nijak nie było. Też ciekawie. W takiej katedrze bez stuły odprawiałem. Może ważnie.

Ogromnie ciekawe dla mnie przeżycie - jak po paru dniach się Mszę niedzielną przeżywa. To robi za prawdziwe święto. Zaparłem się, doczekałem, mam.

Kupuję chleb i pomidory, koło 10.30 jestem na drodze. Pierwszy kawałek znów niesamowitymi labiryntami i ścieżkami. Ktoś tu musiał naprawdę nieźle naszukać się, żeby takie ścieżki znaleźć. Moje kochane ścięgno oczywiście nie daje o sobie zapomnieć - bez niego to już byłby luksus. Jak u Pawła - dany mi jest oścień dla ciała. To tak, żeby za dobrze nie było.

Koło południa szukam postoju - jakoś nie bardzo widać. Ten wczorajszy deszcz musiał tu mocniej padać, bo miejscami b. mokro. Żaden to postój. W końcu siadam prawie na drodze, kończę śliwki wczoraj kupione, próbuję pospać. Właściwie zależy mi na leżeniu wznak, to teraz coś w łopatkę wlazło - chyba się starzeję.

Nawet przysnąłem, ale mrówki coś przeszkadzają. Potem się okazało, że pod polarkiem było ich mnóstwo. Nie ma spania - lecimy. Tym razem więcej szerokich dróżek, w końcu Manciet. Mostek nad nacjonalką - całe pielgrzymki karawanów - dopełniam wody. Chwilę siedzę koło kościoła. Nastawiam się na 2-3 km, bo to już nie za wiele na dziś zostało. Gdy droga schodzi w winnicę - nie ryzykuję i tu robię postój. Na macie da się leżeć. Po paru kęsach właściwie jestem najedzony, ale przykładnie ciągnę do końca. Dżem chyba z Espalionu jeszcze męczę.

Nawet dało się pospać. Nie wysilam się, bo te 20 km to naprawdę akurat na 3 spokojne etapy. Byle było gdzie pospać. Przy jedzonku po raz pierwszy zatęskniłem za domem. Dziś niedziela, mam dla Małego dogadza, pewno akurat o tej porze siedzieli przy stole, a ja tu w rowie i pasztet z pomidorami mam za luksus. Ale nic to, za miesiąc będą domowe obiadki, a tych przeżyć i tak nikt mi nie odbierze.

No właśnie. Dokładnie za miesiąc mamy wchodzić do Santiago. Długo to i nie. Wiadomo, że zleci. Dla mnie właściwie to prawie 1/3 drogi. Zleciało, a poleci pewno jeszcze szybciej. Mam nadzieję, że większość czyśćca mam za sobą. A za tydzień będzie nas więcej - może będzie łatwiej. Psychicznie tak powinno być.

Po obiadku przez winnicę dalej. Trochę asfaltu, na podejściach słonko grzeje, choć to 17ta , ale wielkiego upału nie ma. Pamiętam, że szlak dwukrotnie wchodzi na drogę jezdną do Nogaro, więc zasadniczy kierunek jest OK. Za drugim razem przegapiam zejście - idę asfaltem. Może i lepiej. Ciekawa droga - b. ostre podjazdy, takie hopki. Samochody prawie wyłącznie z przeciwka. Raz uciekam prawie do rowu - zjechały się z obu stron.

Nogaro widzę z 1 km - dość rozległe. Szlak na samym wejściu się znalazł, strzałki wskazują na gites. Na ulicy spotykam Denisa - chyba się trochę ucieszył.

W gicie jestem 18.05 - tak mniej więcej miało być. Musi, że to siedziba klubu rowerowego, taki obszerny bungalow, są pokoje i jest sypialnia dla nas. Są te babcie z wczoraj - ciekawe skąd, gadają chyba po angielsku. Jest para z wczoraj, nie ma kobitek i Wirginii z zabójczym śmiechem. Chyba że siedzą w mieście.

Obok lotnisko - fruwa kupa drobiazgu, przy lądowaniu okazuje się że najwięcej szybowców. Szok wrażenie - ULM śmigłowiec, facet siedzi jak na kurzej grzędzie a do lądowania podszedł bez gazu ostrym nurkowaniem. Tylko słuchałem, czy nie będzie bum.

Siedzę pod gitem - patyki lądują, ciepło, jakieś panienki dojechały. Tłok się na tym szlaku robi. W tej chwili 20.30 a ja dawno okąpany, najedzony i oporządzony. Może i ja zacznę do miasta chodzić?

11 lipca, poniedziałek, dzień 16


Może pójdę do miasta, ale tylko do telefonu. Dziś dzień za Anię - no i dało mi w kość zupełnie nieźle.

Zaspałem. Śniły mi się jakieś wakacje z dzieciakami, na pewno było jezioro i żeglowanie jakąś sporą łajbą, jakieś wyścigi z górki na pazurki. Nie wiem co za młodzież, nie znam okolicy, ale spało się mocno i dobrze. Rzadko taki plastyczny sen mi się zdarza, rzadko tu na szlaku tak dobrze śpię. No ale pobudka 7.30 a tu pusto w gicie. Wychodziłem razem z tą ekipą pięciu sportowców - oni zawsze bez pośpiechu.

Dziś święty poniedziałek, trochę się o chleb martwię. Na samym starcie zgubiłem szlak, ale pewno koło katedry znajdę. Jest sklep. Kupuję bagietkę, szlaku nie ma. Mam iść tą drogą 3 km. Okazuje się, że szlak w ogóle nie wchodził do miasta. No to jak usiadłem na I postój, na małe śniadanko to wg planu mam za sobą 4 km, w nogach koło 8, a słonko grzeje. Leniwo i marnie się szło.

Wlokę się do zapowiedzianego kościoła - pewno będzie woda. Znowu jej czerpanie robi się problemem, choć już teraz tyle nie piję. Jest kościół i są nasze dwie staruszki. Okazuje się, że są z Nowej Zelandii. Po 60 są na pewno, bardziej pod 70. Mają zdrowie. Wyszły pewno o świcie, teraz już w południe czekają na nocleg. Spoko trasa, ale i tak podziwiam. W Saint Jean mają być 23go lipca, w Santiago we wrześniu. Szok.

Obdarowały mnie bułeczkami i niespodzianką. Miłe. Tankuję i idę. Trochę się wlokę. Zupełnie jakoś dzisiaj to chodzenie nie wychodzi. Ciepło się robi, ale bardziej jakaś niechęć. A może to i znużenie się nawarstwia. Obiecuję sobie na pewno wstawać wcześniej.

O dziwo spory kawałek droga przez las - cienia sporo. schron w lesieNagle schron dla pielgrzymów - parę desek, ale i poleżeć jest gdzie. Siadam na brewiarz. Wyprzedza mnie widziana wczoraj ekipa 7 lasek. Ciekawe, że takimi ekipami ludzie się wybierają.

Ruszam dalej - las się kończy, winnic nie ma, przeważa kukurydza, czasem zboże i jakieś nierozpoznane drobiazgi. Zapieram się trochę i idę z 1,5 godziny - zostało ze 12. Postój między domami, ale prawie na drodze, tyle że cień pod dębem w miarę. Na drzewo ucieka jakaś dziwna skacząca wiewiórka, myszołów krąży, kruki jakąś padlinę mają.

Droga wychodzi na równinę, dodatkowo nasypy z obu stron drogi - patelnia. Popołudnie, a duchota niemożliwa. Idę szybko, tempo pewno koło 5, ale męczę się mocno. Zaparłem się być o 18 w Air - piszą, że tak jest Msza Święta. Może się uda.

Droga wzdłuż toru kolejowego kilka km. Prawie wcale cienia, męczę się mocno. Droga przecina główną szosę - liczyłem tu na zatankowanie a w domu na rogu tylko psy.

Mały postój za drogą. Chromolę, nie idę dookoła - za duży łuk. Drogą coś dużego lata, ale i na nacjonalce poradziłem.

Barcelonne widać z b. daleka - perspektywa nie pomaga. Nogi dziś dają mocno. Na wejściu do Barcelonny - Leclerc. Aż takiego luksusu nie oczekiwałem. Lecę tylko po picie, od razu tankuję do rozpuku. Piwo do plecaka - ciężko coś, flaszka w rękę - wlokę się przez Barcelonnę, potem przedmieścia Air. Na 18 nie mam szans, ale coś później oki.

Zatrzymuje się wóz, facet bez sprzeciwu - znaczy bez oglądania się na sprzeciwy - pakuje mnie do środka. Jest motyw, że na 18 zdążę. Leci szybko uliczkami, parkuje. W katedrze punkt dla pielgrzymów. Jest Klaudius. Nie zdążyłem pogadać. Pokazuję moją kartkę - msza jutro rano. Buraki.

Jest 18, zapraszają na błogosławieństwo dla pielgrzymów. Parę słów, pieśń, schodzi 15 min. Pokazuję księdzu kartkę - dziś nic. Jutro o 8.30 w Karmelu. Wychodzi z katedry i pokazuje gdzie Karmel. Zobaczę, bo to późno.

Klaudiusa zabiera mój dobroczyńca z autem. Zamykają katedrę. Wlokę się do miasta. Jest rue Carnot - ma być jakiś gites. Jest na samym końcu, są moi sportowcy w komplecie. Gites jest complet. Miła pani dzwoni do innego i pokazuje jak trafić. Tu jest Denis. Krąg jest dość zamknięty.

Gites ciekawy, fajny hall. Pani wydzwoniła mi materac, a jest wyrko w pokoju Leon. Okazuje się, że wspólspacze to znajoma para - on Nicolas, ona chyba Annes.

Kąpiel w ogromnej kabinie i już jest lepiej. Tylko czemu nogi tak dziś bolą? Aha, na wejściu w farmacji wyświetliła się temperatura - przed 18 było 31 stopni. Ładnie jak na taki wieczór. No ale jakoś tak jest.

Z Nikolasem chodzimy koło mapy - na tej w hallu jest, że Szlak z Gdańska jest przez Węgorzyno. Dla mnie szok.

Siadam do kolacji - najpierw niespodzianka od Nowozelandek. Kiełbasa, tutejsza, podobna w smaku do salami, b. twarda i dość słona. Idzie.

Pytam o gitarę w kącie - szef nawet ją wyciąga. Nastrojona. Po kolacji gram - nie powiem, nawet trochę aplauzu było. A co, niech wiedzą, że Polaki nie same buraki. Odważam się nawet na arię Skołuby. Zwykle sam w domu i po 4 piwach - dziś pierwszy raz publicznie. Podobno nie najgorzej.

Muszę zejść do telefonu. Chyba niedaleko - to dobrze. Nogi dziś padnięte. Zaraz spać, tylko się dogadam co do pobudki.

12 lipca, wtorek, dzień 17


Oj dało dzisiaj trochę. Nie ma to jak kolejna szkoła pokory. Za dobrze szło to do południa.

Wieczorem Nicolas zamknął okiennice - ciemno i głucho. Spałem zupełnie oki, tylko wieczorem problem z ułożeniem stóp. Prawa mi wpada w taki dziwny tik. Jak zaczynam przysypiać, to się przykurcza, wstrząsa - nie sposób tego nie poczuć i oczywiście z bólu się nie rozbudzić. Znalazłem radę - unieruchomić tę stopę, by nie mogła się kiwać.

Budzik ładnie u Nicolasa zagrał - powoli wstajemy. Jak prosiłem - dobudził mnie. Oni wszyscy śniadanko, ja tylko kawa i w drogę. Zaczynam z Denisem - wyrwał, że hoho, ale leci zupełnie na lekko, z maleńkim nosidełkiem. Do 14 doszedł do Pimbo i jeszcze narzekał, że zmęczony.

Początek mocno pod górę - a miało być tak pięknie... potem wzdłuż zbiornika retencyjnego - też kręci się po brzegu ta ścieżka. Przede mną drepce Baba Jaga - gaduła z wczoraj, wyprzedza nas potężny, łysy. Za ślepym wiaduktem (kiedyś będzie droga, na razie jest wiadukt) łysy myli drogę (albo zna lepiej), my wchodzimy między kukurydzę. Długie proste, koszmarnie monotonne. Przy kępie drzew mam 2 godz marszu, siadam na śniadanie. Mijają mnie po kolei wszystkie ekipy. Wody bardzo nie muszę oszczędzać - liczę na Miramont. Lekka drzemka i dalej, póki nie upał.

Pierwsze palmy w ogródkach, kukurydza jak słupy, jeszcze jakieś dziwne uprawy. Teren nieco ciekawszy niż rano. Wioska na L... przy kościele Nicolas z laską. Tankujemy, chwila oddechu i dalej. Za wsią Nicolas mnie wyprzedza - leci do przodu, nie ogląda się na laskę. Ona za chwilę też mnie mija. Czas jakiś ciągnę za nimi, póki asfalt, ale przed Miramont zejście w pola - wymiękam, zwalniam totalnie. Marzy mi się zimna cola i boję się, żeby nie rozczarować. Tak naprawdę, to wystarczy dostateczna ilość wody, aby bez chloru.

Przed Miramont ostre podejście, wejście do wsi jakieś długie. Planowałem na 12 - gdy biją dzwony, jestem na wejściu. W sumie nie jest tak źle, nogi jakoś idą. 18 km załatwiłem.

Dociągam do kościoła - siedzi Klaudius - nie przeszkadzam. Zostawiam garba w kościele, idę na wieś. Widać, że niedaleko. Jest kran - jest dobrze. Tankuję. Kawałek dalej malutki sklep, ale lodówka z colą. O szczęście niepojęte. Jak te marzenia potrafią się spełniać.

Kupuję colę, wlewam w siebie wody ile wejdzie, idę pod kościół. Klaudius z coli się ucieszył, spróbował i też poszedł kupić.

Brewiarz i leżenie w cieniu. Spanie średnio idzie, ale odpocząć trzeba. Nastawiam się na minimum 2 godziny siedzenia. Po 14 małe jedzonko - nic nie wchodzi, cola akurat się kończy, jeszcze chłodna.

14.45 ruszam, oczywiście powoli. Klaudius jeszcze siedzi za kościołem, coś mi on na bimbającego wygląda. Za mało on zmęczony, a ja do wieczora go nie widziałem.

Początek popołudnia nawet znośny. Niby słonko, ale jakoś wyrabiam. Pod koniec kawałka dopada zmęczenie. Nużący kawałek przez las - usiadłbym, bo czas, ale nie na tym terenie. Dłuży się i nogi coraz trudniej idą. Kończy się las - akurat widać Pimbo. No to już dociągnę. Koszulka mokra nie do opisania. Moja woda jak gotowana - pani z jakiegoś punktu obsługi turystów dzieli się ze mną butelką z lodówki. Ale rozkosz. Nogi nawalają strasznie, zwłaszcza prawa. Siedzę pół godziny na zielonej trawce, trochę ustają, ale wiem, że będzie ciężko.

Przed 17.30 start, chcę być w mieście na 19, żeby jakiś sklep trafić. Po cichu liczę na szybciej. Najpierw koszmarnie strome zejście w głęboką dolinę - moje nogi bardzo źle znoszą takie stromizny. Potem przez kukurydzę. Na mostku jestem w departamencie Pyrenee - Atlantique. To wygląda na Kraj Basków.

taki ceramiczny pielgrzymSnuje się ta droga, na ogół asfalt, a wąski. Wypatruję tego Arzacq, ale zegarek nie kłamie - jeszcze nie czas. Są drogowskazy dla turystów - harmonogram mi cały czas pokazuje na 19tą. Przedmieścia długie - moje nogi zdecydowanie chcą wolnego. Jak stanę, to nie ruszę. Ciągnę tylko modlitwą i siłą woli. Dzisiejszy dzień za Ciocię Krysię i jej dziewczyny, więc widać jest potrzeba pomęczyć się.

Z dala jakby cpn i shopi - myślę, że to tak cpnowy sklep - a to całkiem spory market. Jest i bankomat. Padam na ławce na parę minut. I tak zator przy kasach. Zakupy małe, ale pomidory, cola, piwo - standard.

Tutejsze kasjerki są b. miłe i ogromnie lubią gadać z klientami. Cholery można dostać czekając z garbem na plecach. Nikt się nie spieszy, a w dodatku połowa płaci czekami - schodzi przy tym dłużej.

Noga za nogą ciągnę do miasta. Na szczęście już na 1ej górce jest rynek - taki rozciągnięty - i na jego końcu gites. W jadalni całe znajome towarzycho przy uczcie. Zbieram oklaski. Doszedłem.

Gites jest comunal, pani miła, daje mi Portugalię - ostatnie wolne łóżko w roomie. A miejsc w ogóle 77, więc i tak pewno bym się zmieścił.

Zmuszam się do natychmiastowej kąpieli - pewno potem bym się nie ruszył. No i zaraz za jedzonko - bo też potem tylko by bolało. Otwieram puszeczkę i w połowie mam dość. Po zwisie na cyckach widzę, że schudłem, ale jedzenie jakoś średnio mi tu wchodzi. Tyle, że 4 pomidory wciągnąłem.

Kończę jedzenie - akurat wiara się wysypuje. Jeden z piątki sportowców zagaduje mnie że coś incredibile i patrzy na moje nogi. Jak oni na lekko i w południe są na miejscu, to nigdy nie zrozumieją normalnego człowieka z garbem.

Gdzieś się rozeszli, jest 21.20. Siedzę w jadalni przy piwie i piszę. W pokoju 2 starsze panie - nie dogadałem się w końcu, w którą stronę idą: do czy z SdC. Czwarte łóżko zajęte ale nie wiem kto. Mam przeogromne postanowienie wyjść jutro skoro świt. Co z niego wyjdzie - sam nie wiem, ale zdecydowanie takie etapy ponad 30 km to jest sprawa do załatwienia przed południem. Zwłaszcza w takie ciepełko - na pewno było ponad 30.

Pokory się człowiek uczy bez ustanku. Już sobie w południe liczyłem, że dzionek zaliczony, skoro te 18 mam w nogach. Doszedłem naprawdę na rzęsach, nogi jeszcze mnie bolą świeżym bólem, nie wiem co zostanie do rana. Pocieszające, że lewe ścięgno jakby przestało. Jak będzie naprawdę - okaże się jak zwykle rano.

Pocieszam się, że trudne zostały póki co 2 etapy - jutro i pojutrze. Pojutrze tu święto, więc tym bardziej trzeba myśleć o zaopatrzeniu. Co prawda Denis już zapowiada fiestę z gitarą - też mu się chyba spodobało. No więc te 2 dni kawałki są ponad 30, a następne 3 do SJPdP to ok. 20 - 22. Prawie że do południa można przeskoczyć. No, chyba że kolejna lekcja pokory i np. coś z nogami. Odpukać.

W SJPdP prosiłem Gosię o zarezerwowanie noclegu - jak przyjadą to lepiej mieć bazę. Na pewno. Trochę czekam na towarzystwo. Marsz samemu ma swoje plusy, ale chyba na razie by wystarczyło. Już prawie czas na nieco inne pochodzenie.

Andrzej daje w smsach że się doczekać nie może. Skąd ja to znam? A poza tym to będzie półmetek: cały czas tak marzę, że czyściec to ja mam teraz, a potem to ma być łatwiej. No, zobaczy się.

Piwo się kończy, temat na razie też - idę powkładać się do plecaka, żeby rano tylko zebrać śpiwór i chodu. Zobaczymy, o której się uda.

13 lipca, środa, dzień 18


Doszedłem, o co idzie! Jak miałem spać, skoro wieczorem 1,5 l coli wypiłem? Koniec z colą po dojściu.

Miotało mnie po wyrku, nie wiem jak zasnąłem, tym bardziej nie wiem o której 4ty lokator dołączył i kto to. Pewno nad ranem.

Obudziło mnie trzaśnięcie deski w kiblu o 6.15. Starałem się po cichu ale babki też się zerwały. 6.45 byłem na drodze. Nietypowy początek, bo prosto z rynku mijając bank wchodzi się w pola i już się jest poza miastem. Górek dziś znów nieco zapowiadają. Ranny marsz oczywiście trochę boli, ale temperatura bez żadnego porównania. Nie ciągnę do bólu, koło 8 siadam na śniadanko. Bułka czerstwa, cienko idzie. Siedzę przy merostwie w wiosce na L. Akurat mija mnie cała stawka. wyczynowcyNicolas i Anne dochodzą, gdy startuję. Chwilę potem moi sportowcy - dziś tylko 4ech. Fotka i dalej pod górę. Chwilę było tłoczno, jednak wolę dreptać samemu. Dziś sporo w górę i co gorsza w dół - widać, że idę w poprzek małych pasm wzgórz. W każdej dolince potok lub rzeczka. Zbocza zdecydowanie strome.

Przed południem jeszcze jeden postój. Jakoś go nie kojarzę. Na dłużej zasiadam w dużej wiosce niedaleko merostwa. Są ławki, ale rozwijam matę. Dojście było upalne i pod górę, ale jakoś żyję. 1,5 godz dla nóg. Trochę te nogi rozgimnastykowałem. Po starcie jakoś mniej trochę bolały. Rozpędzam się i póki mniej bolą to idę ile wlezie. Założyłem, że do Collinghac. Wioska okazuje się być na strasznej górze. Stromizna długa jak rzadko. Dociągam prawie padnięty. W stodole na szczycie punkt dla pielgrzymów, stoliki, ale żywego ducha. Wodę znajduję przy kościele, kładę się na ziemi. Niecała godzina i idę. Powinno być koło godziny do mety, ale wiadomo, że wieczory najgorsze.

Jakoś poszło. Nie szedłem szlakiem dookoła tylko drogą na wprost. 1 km podejścia, namalowana górska premia i jest tablica Arthez. Nastawiam się na długo, ok. 15 min i jest rynek. Sportowcy siedzą przy barze, na gites się skrzywili. Idę za strzałkami - jest za kościołem. Komunalny ale b. przyzwoity. Jest Denis i Nicolas z laską. Idę na zakupy, chcę robić gotowaną kolację. Proponują mi wspólną kolację - nie wypada odmawiać. Zapasy będą chyba na jutro.

Kolacja w gronie że hoho. Gilles jest Holendrem, Denis Kanadyjczyk, Nicolas z Bretanii, a Anne Belgijką. No i ja. Nawet parę słów rozumiem. Nie przejadłem się, ale głodny spać nie pójdę.

Gdy kończymy, przychodzą sportowcy. wciąż we 4. Nawijam o naszych pielgrzymkach, biorą adresy. Widać, że inny świat. Idą do SJPdP a stamtąd szczytami Pirenejów. Też impreza.

Dzwoniłem do Gosi - jest zaklepany nocleg w SJPdP. Jutro jej intencja. Dziś był Waniowski - wcale nie było najgorzej.

Gdy wchodziłem do miasta widziałem na horyzoncie Pireneje. No, to dość daleko dało się dospacerować. Jeszcze parę dni, będzie ładnie.

A ten drugi postój to był w dołku przed wsią, na ładnej trawie przy byłym źródełku i przy okrągłym kamiennym stole. Kawałek dalej była stara egliza z kranem i stolikiem ale spoko.

14 lipca, czwartek, dzień 19


Święto narodowe tutejsze no to trzeba było uczcić. Holender ładnie mnie obudził, po 6 byłem na nogach, kawa, chyba o 6.30 na drodze. Poranek oczywiście idealny, jeszcze się latarnie paliły, Pireneje na horyzoncie, poranne widokiduże miasto we mgłach w dolinie - tylko ścięgna jakoś nie chciały świętować. Cały pierwszy kawałek leniwo i bez pośpiechu. Najpierw miasto i przedmieścia granią, potem ostre zejście i trochę doliną. Cały czas asfalt. Postój przy małym kościółku u końca doliny. Mija mnie Denis (ciekawe, że dopiero teraz), potem czwórka i Nicolas z Anne. Gdy wstaję dochodzi dziadek. Nawet plecaka nie ma, tylko kij. I tak ma niezłe tempo, że mnie doszedł - gdy wychodziłem siadał do śniadania.

II etap najpierw wzdłuż nacjonalki, potem mosty: kolej, rzeka, autostrada. Niedaleko Maslacq. Cygan nalewa mi wodę z węża. Niezła, bo zimna. Niby nic nie uszedłem, a prawie godzinę poszło. Inna rzecz, że nogi nie pozwalają się rozpędzić.

Droga w kukurydzy - średnio monotonna. Mimo święta podlewanie idzie.

Niesamowite podejście do sanktuarium Matki Bożej. Nawet nie skojarzyłem że wczoraj Fatimskiej - wieczorem sms od Waniowskiego przypomniał. Podejście wykańcza na całego. Prawie zeszło 1,5 godz, więc skręcam do sanktuarium posiedzieć. Wody tyle, co z sobą - oszczędzam. Całe sanktuarium - jedna kapliczka na łące. Ktoś tu ładnie utrzymuje, trawa oki.

Z góry piękny widok na całą dolinę. Z lasu wychodzi sarenka. Zanim wyjąłem aparat - uciekła. Idą ludzie - ja wstaję. Dojeżdża dziadek zielonym twingo - pewno babcia doprowadziła. I tak miłe, że tak w ruchu wakacje spędza.

Oczywiście zejście w dół, mostek i kolejne podejście. Ciepło. Na górze prawie padam, ale do abbaye zapowiadają 15 min. Ciągnę. W tym landzie dobre drogowskazy - czasy marszu się zgadzają. Przy abbayu zielona trawka - będzie moja, ale najpierw woda. Była za barem.

Leżę, brewiarz, jeść się nie chce. Na wietrze nawet chłodno i w cieniu. Dosiada się obca ekipa. Przekładam się odwrotnie - nogi do góry zbocza i na plecak. Niekoniecznie bardzo wygodnie, ale lepiej.

Koło 14.30 zbieram się, plus tankowanie plus rozruch - start przed 14.45. Ciepło na słońcu, ale o dziwo żyję. Miła niespodzianka - nogi jakby lepiej. Ścięgna tak nie dają.

Cały długi kawał od startu ciężko pod górę. Chyba 40 min - ostro w górę. Potem małe zejście i powtórka. Zdecydowanie mam dość. Po I górce postój na ławeczce przed wjazdem do domu - skoro ławka na ulicy znaczy do siadania. Na II górce doganiam część ekipy z postoju - posiedzieli trochę, teraz ja siadam. Cienia mało, tylko pobocze do siedzenia ale wzdłuż się zmieszczę.

Po postoju zejście, początkowo dość miłe, potem kawałek ostre, potem nużące. Oczywiście na wieczór zmęczenie się kumuluje, więc wiem, że wieczór będzie bolało. Sporo zejścia w lesie - bez tego byłaby bieda. Nogi jakoś idą - łaska Boska - kumuluje się za to zmęczenie.

Źródełko w lesie. Wystaje zardzewiała rura, tablica mówi że non potable, ale pani tankuje do butelek i mówi, że czysta. No i myje auto. Przysiadam, popijam. Teraz polecę non stop. Do Navarenx niecała godzina. Najpierw końcówka lasu - oczywiście nużące. Pojawiają się domki - asfalt rozgrzany do bólu. Dopiero teraz czuję, jaki gorąc od niego bije. Długie przedmieścia i miasteczko na M. Wody koło kościoła nie ma. Skręcam do Navarrenx. Dróżka w kukurydzy, zapowiedzieli że 40 min, ale wiadomo że to się będzie dłużyć. Nie staję, bo pewno nie ruszę.

Przejście pod szosą - nie wiadomo po co. Idę prosto. Przedmieścia długie. Z daleka zapowiadany gites comunal - to dobrze, nie ma kogo pytać. Zmęczenie padające, ale wiadomo że muszę dociągnąć. Mury wokół miasta ładne - potem się okazuje, że to zachowana forteca. Główna ulica, pytam o gites - pani wskazuje na bar. Rozglądam się, nie ma gitesa, idę dalej. Krzyczą za mną z baru, każą siadać. Padam. Pan daje cudownie zimną wodę z dystrybutora. Jest boski. W gazecie wyniki Touru sprzed 2 dni. Armstrong na czele, etap wygrał Winokurow.

Pani biega z tacą - nie spieszy mi się. W wolnej chwili mnie załatwia - pani nazywa się Owsiak, tato jest górnikiem spod Lille. Mały ten świat.

Przy wyjściu z baru cała ekipa. Denis tłumaczy, że jadą autkiem na diner gdzieś za miasto. Dziękuję, dziś beze mnie. Gites w starym arsenale - Denis prowadzi. B. miły facet, chyba mu przypasowałem. W pokoju para młodych Francków, buraki jakieś i zupełnie po ang nie łapią. Dobrze, że się mijamy.

Po kąpieli zabieram się za jedzenie - cały dzień makaron i resztę niosę. Wchodzi Andreas - wyjątkowo nocuje w gicie. Makaronu wychodzi tyle, że obaj mamy kolację. Soli nie było, ale omasta dała na tyle smak, że nie było źle.

Całą kolację i herbatę rozmowa po niemiecku. Typowy kloszard, najlepiej spać w parku a jego przyjacielem jest księżyc. Jest z Heidelbergu, idzie jakoś od początku maja. Bardzo miłe słowa na temat papieża.

On idzie na fajkę, ja do telefonu. W budce upał, płynę. Siostra b. wdzięczna za dzisiejszy dzień w jej intencji. Domawiamy się na sobotę.

Idę na piwo - o dziwo prawie wszystkie knajpy zamknięte. U Heinekena coś popijam. Wracam do gita - jest po 22. Moi współspacze akurat klarują się - nie mają przeciw mojej pobudce o 6, facet każe się budzić.

Siadam w jadalni - ekipa wróciła z impry i kręci się głośno. Stopniowo idą spać, tylko pralka się kręci. Właśnie teraz - o 22.50 Andreas ubrał buty i poszedł spać na miasto, coś mówił o bastylii. Tu mu za duszno. Rzeczywiście jakoś duchota w budynku. Ciekawy facet.

Optymistycznie nastawiłem się na jutro - nawet jeśli będą mocne górki - z guida wychodzi, że tak to do południa większość trasy powinna być oki. W telewizji w barze dojrzałem, że na jutro w okolicy 34 stopnie. Chłopy mówili, że dziś było 35. Ładne lato.

Piorun dał smsa, że siedzą w upale i myślą o mnie. Miłe to.

23 minęła, wypada do wyra, jeszcze kompleta.

15 lipca, piątek, dzień 20


Wczasy pod gruszą na całego. No, z gruszą przesadziłem, ale cała reszta Ok.

Znowu w nocy spać ciężko. Może dlatego, że duchota - Andreas niegłupio zrobił, spał na bastionie. Nad rzeką na trawie rano kupa śpiworów i parę busów - też widać miłe miejsce sobie cała grupa znalazła.

Budziłem się koło 4, przed 5, a przed 6 już ktoś intensywnie hałasował. Na budzik nie czekałem. Cała wiara na nogach. Denis oczywiście w kuchni. Nie oszczędza sobie facet. Jako pierwsi zebrali się nowi nieznajomi - postawny facet i dużo drobniejsza babka, być może i Azjatka. Chyba 6.10 poszli. Pakowanie, kawa i 6.30 wychodzę. Andreas pozdrawia z fortecy. Nawet latarnie jeszcze się paliły. Wyjście z miasta jak zwykle nużące, dziś lekko pod górę. Na górce rondo, główna droga - przechodzę na wprost, auta nie ma po horyzont. Pewno dzień odpoczynku po święcie - u nas byłby kolejny długi weekend.

Miasteczko czy przedmieście na L., z boku ma być jakiś zamek, nie interesuje mnie. Droga wciąż pod górę, ścięgna jak bolały tak bolą. A miało być tak pięknie... ze 3 dni się nastawiam, że w końcu ten ból może odpuści. Rano nic na to nie wskazuje.

Na górce zaczął się las i to taki przykry. Pogoda o dziwo pochmurna, wręcz duszna. Coś bardzo mocno wisi w powietrzu. W dusznym lesie oczywiście są gzy. Opędzam się jak umiem, kilka zabijam, ale i tak ze 3 mnie żrą. Swędzi to jak cholera. Szybko tego lasu mam dość, a tu jak na złość ciągnie się on długo. Na ogół mało lasów w tej Francji, a tu wtedy, gdy jest przykro, to nie da się z niego wyjść. Eh, te nasze sosnowe - zupełnie inna bajka... Tu są jakieś dziwne zarośla, krzaki, bałagan - co to w ogóle za las.

Za jedną krzyżówką droga asfaltowa i nieco szerzej, powietrza ciut więcej, ale gzy latają dalej. Serdecznie chcę na powietrze. Jak tylko kawałek łąki - siadam. Robię kawę. Dopiero po 10 min mija mnie Denis. Mówię, że wolno dziś - o on idzie z plecakiem. No to odrobinkę dziś liźnie chodzenia, choć to krótko i płasko.

Za jakiś czas idzie czwórka - też z plecakami. Śpiewają i to ładnie. Ciekawe, co dziś z transportem bagażu wyszło. Może krótko, to się podjęli sami.

Siedzę długo, bo chłodno, a nie na dokąd pędzić. Na zboczu naprzeciw wygląda że pada, u mnie spokój. Ileż można siedzieć. Powoli człapię, ścięgna oczywiście bolą. pułapki na palombyW lesie jakieś dziwne pułapki - może na lisy, bo na przynętę klatki - może na ptaki - i ogromne ambony. No bo co to innego?

Idzie się niespiesznie, ale km dziś idą. Dogania mnie Andreas - może pójdzie aż do Ostabat. Z daleka widzę chateau i drogę do niego pod górę - od razu siadam i dopijam wodę. Lenistwo.

Droga pod górę została z boku. Chateau ferme. Z przełęczy widać domy - tu będzie postój. Proszę - pytam o wodę, pani podaje mi chłodną w swojej butelce, z resztą smaku czerwonych owoców. Bardzo miłe. Dwa domy dalej miejsce postoju i kran - sory, że zawracałem głowę, ale woda chłodna. 20 m dalej trawka pod krzakami pod mostem - tu posiedzę.

W powietrzu dalej coś wisi, aż to niesamowite. Materialnie czuje się jakieś coś. Brewiarz i próbuję pospać. Zebrało się - zaczyna padać. Dreptam pod wiatę - kończy się padanie a pod wiatą duszno. Przybiega zwierzątko - nie znam się, ale to musi być muł. Śmieszny i sympatyczny - miniaturka konia na króciutkich nóżkach. Bardzo towarzyski, wtyka nos.

Wracamy pod krzaczki, przysypiam. Słyszę kroki - mija mnie Gilles. Jakoś dziadek sobie radzi. Po deszczu rozpogadza się - nie ma co siedzieć. Most na rzece, potem w dół w pola kukurydzy, uciążliwa kamienista droga - oczywiście jak na moje nogi.

Choć trzeba przyznać, że po postoju jakby ciut lepiej. To już tak chyba 3ci dzień. Kawałek został niedaleki, jedno w miarę solidne podejście - bez pośpiechu, więc potu w miarę. Zejście stromą ścieżką - przed chałupą tablica ogłoszeń - wychodzi że to teraz witają w Kraju Basków. Wcześniej od Arthez było Bearn - trzeba poczytać o tym.

Widać Arue - tak ładnie na zboczu położone. Kawałek dalej wielki kościół. Chyba się nie wybiorę. W guidzie ani słowa o sklepach - zobaczymy jak z zaopatrzeniem. Trochę mam mało.

Gites na początku wioski. Zadaszenie ze stołami i kranem, potem kuchnia, dalej korytarzyk i pokoje. Żywej duszy, czekam na zewnątrz. I tak czasu do nocy mam full - jest 14.30. Chyba nawet na tej ławce pospałem. Koło 16.30 jest pani z synkiem. Ostatni pokój fresh, kasujemy, pieczętujemy, pyta o jedzenie - jest cała szafa. Biorę mleko, tuńczyka, serki - ledwo 1,50. Taniocha tu. Chleb mam czerstwy ale trudno, trzeba zjeść.

Piorę spodnie - do czysta i tak nie pójdą, ale będą świeższe. Zdążą chyba wyschnąć. Jedzonko - puszka tuńczyka, 2 małe serki, kawa. Po nim teraz siedzę na ławce na zewnątrz - zeszło to pisanie. Muchy strasznie dokuczają.

W cieniu da się siedzieć. Gdy wieszałem spodnie - na słońcu upał mocno daje. Piwko w lodówce po 1E czeka - chyba sobie nie pożałuję. Dopiero 19, biorę się za krzyżówki.

Przy takich 20 km od 6 rano to nie wiadomo co z dniem robić. W sumie to nie zazdroszczę Denisowi ani Nowozeladkom. Siedzieć calutki wieczór na noclegu i szukać zajęcia - jakoś to nie dla mnie. Trochę tym popołudniem jestem zmęczony.

W powietrzu dalej coś przedziwnego. Mgiełka, niby słońce a niebo szarobure. Albo to się przesili i w nocy jakaś ulewa przyjdzie, albo jutro nie wiadomo jak będzie. Mam nadzieję, że jednak się rozpada, wypada, a na jutro już będzie ładnie.

Jest 19.30, właśnie się wykąpałem, wziąłem lekko schłodzone mleczko i siedzę przy kamiennym stoliku w ogrodzie. Krzyżówki trochę męczą, brewiarz odmówiony, telewizji brak, najbliższy bar pewno 20 km. No i tak ciągnie się wieczór.

Z jednej strony źle, gdybym jeszcze do tej pory miał wędrować, z drugiej strony wręcz męczące szukanie sobie miejsca całe popołudnie. No bo ileż można siedzieć na jednym krześle? O czym tu pisać? A położyć się nie chcę - wolę potem spać.

Nie wiem, jak to będzie w Hiszpanii - tu już się parę rzeczy ułożyło, wiem co jest grane. Gitesy w zasadzie do 19 - tak zwykle ktoś oczekuje, później w comunalach to nikogo nie ma. Dziś pani tylko wysłała chłopaka o 19 - spytał czy jestem sam i tyle. A z drugiej strony wieczorem nie byłoby głupio kawałek pójść. Chociaż jeżeli tam ma być podobnie jak tu z ciepełkiem, to nagrzana ziemia pod wieczór - to jednak uciążliwy marsz. No, a pełne refugi na wieczór pewno ciężko będzie o miejsce. No i dobrze byłoby mieć z godzinkę na kolację i przepranie się.... Przyjadą młodzi, to się razem będziemy martwić no i zobaczymy, jak to w praniu będzie wyglądało.

Czekam na nich już mocno. Taka cezura - kończy się jedno chodzenie, zaczyna inne. Andrzej dziś miał poprawkę obrony - myślę, że oki. No to pewno oni już cali jadą. Jutro pewno rankiem w drogę. Czekam.

Komentarze

pełna podziwu - 16.12.2018 21:24

Tak, jestem pełna podziwu. Często ksiądz tu pisze, że otrzymał w czasie drogi lekcje pokory. Ależ przeszedł ksiądz ponad 1500 km, w upale, zmęczeniu, z bólem. Już więcej lekcji nie potrzeba, pokazał ksiądz jak pokorny powinien być człowiek. Z Bogiem.

Małgorzata L. - 15.06.2016 00:09

Zaczytałam się..:). Pierwsza myśl to wspomnienie o "Pielgrzymie" Paulo Coelho, ale nie tylko..Nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce.., ale nieraz widziałam wyruszających i pielgrzymów i wiem, że chętnie bym także poszła..Jakoś nie było okazji do tej pory..W każdym razie relacja z pielgrzymki niesamowicie wciągająca, ciekawa i dająca do myślenia..Bardzo budująca.

krzysztof kiełek starachowice - 19.09.2013 13:58

super napisane sporo się uśmiałem a i łezka w oku się zakręcila ja swoje camino zaczolem 29 czerwca 2013 roku do 20 lipca z Atapuerci do Santiago przez Muxie do Fisterry .I tak czytam te ksiedza wspomnienia i tak teraz patrzę ze swojej perspektywy jak to się camino zmienia ja szedlem w lipcu i mialem bardzo duzo słońca ale i wiaterku jednym slowem św Jakub mnie sprzyjał ja myślałem że jestem maratończykiem ale się pomylilem byli lepsi o de mnie ale mimo że szedłem dużo to chciałem coś zwiedzić i tak Burgos ,Leon I Astorgę zwiedziłem i po drodze się napztrzylem ładnych widoków i tak z perspektywy czasu porównuję te swoje camino do camino księdza i stwierdzam fakt że camino 10 lat do tylu i współczesne mimo że duzo się zmieniłop pozostaje takie samo i dzięki ś Jakubowi za to bo każdy znajdzie to po co się wybiera na camino a moje zawolanie na camino to było vamos peregrinos desperados i nie było osoby która by się nie uśmiechneła na takie zawolanie pozdrawiam buen camino i szukam książki której autorem jest ksiądz

Zobacz wszystkie »