Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Moje Camino - Camino czyli raj na ziemi

16 lipca, sobota, dzień 21


No i 3 tygodnie właśnie stukają, Jakoś to zleciało. Dziś dotknęło mnie, jak blisko jestem drugiej części pielgrzymki. Inna bajka.

Zasnąć oczywiście nie mogłem długo. Przewracałem się strasznie a okazało się, że godzina tylko zeszła - była 23.30. Wyszedłem na dwór, przewietrzyłem, łyknąłem wody - jakoś poszło. chyba przed 24 nie mam co się kłaść.

Rano pobudka straszna. Dźwięk budzika był okrutny. Zbieram się nieco leniwo, długo z wodą na kawę schodzi. Nie cierpię elektrycznych kuchenek. Na drodze przed 7. Wątpliwość, gdzie iść. Na mapce w gicie było, że można do przodu drogą D11. Oznakowań żadnych. Cofam się 400 m przed wieś i idę wg znaczków. Koło zataczam jakieś niemożebne. Dobrze, że są niebieskie tabliczki i żółte strzałki, bo całkiem bym się nie połapał, gdzie jestem.

Koło 8.30 niezłe miejsce z boku - nie ma co dalej szukać. Nastawiam wodę, biorę przewodnik. Cholera, można było prosto a tak tyko km nabiłem. Zły na siebie jak cholera. W tym momencie kuchenka się przewraca, ciepła woda ma mnie i na ręcznik na którym siedzę. Jak się wali, to na raz. Nalewam do menażki - czystej zostanie mi resztka, Najdokładniej ustawiam kuchenkę, 3 razy sprawdzam.

Na śniadanie serek i czerstwa bagietka. Jakoś rzadko umiem dobrze z jedzeniem wymierzyć. Ser ma ze 3 dni, ale nawet mało śmierdzi. Z kawą jakoś idzie.

Idą Nicolas i Anka - o dziwo razem i pierwsi. Myślałem, że dziś na tych krętych się nie zobaczymy. Pytam o drogę - mówią że jest OK. Chcę zobaczyć, gdzie jestem, ale zero orientacji. Pokazują mi skrót na Uhart Mixe, ładnie wygląda na mapie, ale czy się nie zgubię? Za chwilę idzie Denis. Dziś znów na lekko. Sportowców nie widać.

Brewiarz i ruszam. Tradycyjnie po postoju nóżki ciut lepiej. Nie za bardzo wymagający dzień, więc tempa nie forsuję. Miały być duże góry - może to moje nastawienie, ale tak bardzo nie dały się we znaki. Droga b. urozmaicona i kręta, wije się po tych wzgórkach. Przecież to samo podnóże Pirenejów.

Jest rozejście, lukam na mapkę. Skrót na Uhart Mixe b. obiecujący, prosty i widać ładnie oznaczony. Wchodzę w to. Za chwilę chałupa i ludzie, proszę o wodę, pani przynosi b. fajnej, zimnej. 5 min odpoczynku, pani pyta czy nie dopełnić.

Pogoda wręcz idealna. Chmurki od rana, na deszcz się dalej nie zebrało. Nie jest tak dziwnie jak wczoraj. Droga do Uhart Mixe b. miła, raczej w dół i równo. We wsi bar - pan daje zimnej wody i tłumaczy mi jak dalej. Układam się pod drzewkiem przed kościołem - zakładam ze 2 godz siedzenia. I tak nie będę miał co robić w Ostabat. Koszulka na podejściach mokra - zarzucam polar i wcale mi nie za gorąco. Niedługo przychodzi Gilles - idzie na kawę do baru. Potem jeszcze ekipa znajoma z drogi przed abbayu, jakoś trzymają się razem, ciekawe w jakich hotelach tu nocują.

Wytrzymuję 1,5 godz. Insektów jakoś mnogo. Poczłapuję powoli. Najpierw podejście do szlaku GR 65 - wychodzi mi że 40 min i to dość stromo. Tyle, że ja z tempem nie przesadzam. Tak sobie człapię. Ładnie dość droga się wije, kawałek lasu się trafił, kawałek pola, jest i zejście po jakby skałkach - geologia pokazuje, że góry blisko.

Widok na Ostabat nadzwyczaj optymistyczny. Ładnie się to zza krzaków wyłania, jak pocztówka z kościółkiem na górce. ukazało się OstabatJeszcze zejście po stromych kamieniach, mały kanion między ogrodzeniami. Gites na samym wejściu. Anne siedzi na balkonie - inaczej bym przegapił. Jest i Denis i Gilles. Chwilowo padam na balkonie, żadnego patrona nie widać.

Człapią się jacyś inni - w porę zajmuję wyrko obok Denisa - zawsze to I piętro a nie II. Mały oddech i idę na miasto póki nogi chodzą. Jest sklep, zaopatrzenie cienkie. Kościół ładny, parafia daleko. Jest budka - dziś się przyda. Wracam z zakupami - chyba znów za dużo chleba. Nutella ciężka - a, niech będzie. Poradzę.

Siadam w jadalni na szamanie - bagietka, nutella, cola. Tak na teraz. Kąpiel, pranie - ludzie suszą się m.in. na płocie, pełen folklor. Włączam komórkę - na razie cisza więc oki, żadnych złych wieści. Siadam w jadalni, by popisać, robi się pogawędka z Gillem. Zaczęło się od jego żony i kontaktów przez sms, potem poszło na układanie drogi (on idzie z Amsterdamu, ma 69 lat, żonę z Parkinsonem i ambicję, by swój plecak targać samemu), a skończyło się na historii Polski, Powstaniu, Ziemiach Odzyskanych i przyjaźni Polaków z Ukraińcami. Jak człowiek bardzo chce, to coś tam pogada.

Po południu słońce się przebiło, jest bardziej normalnie niż wczoraj. Ale oba ranki jakieś ciche i niesamowite były. Wyłapałem - żadnej cykady nie słyszałem i dlatego tak cicho mi się wydawało. Ciekawe, że nagle te świerszcze ucichły. A ptaków w polach nie za wiele, kruki są i sójki, czasem kania albo inny drapieżny, a małe jakoś mało hałasują. Do niczego te tutejsze lasy.

Much przeokropnie wiele. Boję się, co to może być w nocy. Pewno popiszę jeszcze za chwilę, bo wieczór oczywiście długi.

Jest 19.15 a wieczorne sprawy odpracowane. Zrobiłem fotki - w końcu mam Gillesa i Denisa na czysto. GillesPrzyszedł patron - wszyscy zeszli na dół - kasowanie i pieczętowanie, przy gadce i przy szklaneczce wina (porto albo malaga - oba ciężkie i słodkie, nie przepadam za tym, zapijam teraz colą - jak mam nie spać, to niech chociaż wiem, po czym).

Pogoda się w miarę wyrabia, wiaterek przyszedł, jest czym oddychać, chmury się rozchodzą, pranie podsycha. Na dole przygotowania do dużej kolacji, Właśnie stół się na dwór wystawił. Ja na balkonie, potem sobie na pomidorka zejdę. Smsów nie ma, więc nic się nie dzieje. Na telefon za wcześnie, mogli nie dojechać. Myślę o nich. Dziś chyba w tym Uhart Mixe drogowskaz na St Jean i to jakieś 24 km. Spojrzałem na mapkę - to ta sama dolina, stąd jutro taki płaski kawałek. To naprawdę blisko i miło.

Coś się kończy. Niby czekałem na to, a jednak zawsze człowiekowi czegoś żal, jak koniec na widoku. Wprawdzie to jeszcze o wiele więcej ma być dalej, ale jednak coś już będzie inaczej. Dotąd byłem sam z bólem i problemami, ze swoją modlitwą, z ciszą. Przywykłem do tego, wyrobił się pewien rytm. Nieraz powtarzałem którąś pieśń wiele razy, godzinki przeciągałem, na podejściach wiele razy było w kółko Zdrowaś. Oczywiście, są korzyści, bo będzie do kogo się odezwać, ale milczenie i modlitwę to się pewno od zera poukłada.

No i jest niepewność, jak będzie z byciem w Hiszpanii, zwłaszcza z noclegami. Tu jednak tłoku nie było, parę razy byłem solo, dziś zostało jedno wolne miejsce. Skoro na Camino w maju był tłok - ciężko wyczuć, jak będzie teraz. Pozostaje zaufać i wiedzieć, że Szef zadba, żeby jakoś było. A kilka pierwszych dni będzie na to, by jakiś rytm się wyrobił. Auto tu będzie balastem, ale może i pomocą.

No i ktoś będzie musiał tu być szefem. Do Rzymu było z tym łatwo, szef był naturalny i oczywisty. Tu nie chciałbym tak tego robić, choć pewno będą sytuacje, że ktoś będzie musiał podjąć decyzję - niby oczywiste jest, żebym to był ja. A może by tak - to pomysł z tej minuty - mianować Andrzeja szefem? Ja mu się chętnie podporządkuję. Ja się już naszefowałem. A jak przyjedzie Ola, to ją mianujemy kierowniczką. Może się uda.

Denis ma siłę przekonywania. Przyszedł na górę przekonać mnie do zejścia - że jesteśmy razem na szlaku, razem siadamy do stołu. Miłe i prawdziwe. Zniosłem 3 pomidorki i 2 dżemki, załapałem się na sałatę i makaron z sosem - o dziwo można się tym skutecznie zapchać. Pogadalim. Gilles choć Holender jest katolikiem. Podobno ich tam 30 proc. Myślałem, że mniej. Nicolas zwrócił uwagę na palombiers - to co dziwnego w lesie stojało. Wychodzi że to miejsca polowania na palomb - tylko nie wiem, co to za ptaki; wychodziłoby, że gołębie. Pewny nie jestem.

Oprócz stałej już ekipy (noclegi sobie co dzień na 4 rezerwują) jest 2 panów postawnych, jeden Bernard, drugiego nie wiem - przyszli chyba od Vezelay i czarna cicha pani.

Urwałem, bo Denis zagadnął - zeszło do nocy.

17 lipca, niedziela, dzień 22


Teraz to dopiero czekanie na całego. A w ogóle to dziś kolejna wielka lekcja pokory. Przez to, że nastawiłem się, że to koniec i blisko. No tak idealnie to od razu nie ma.

Wieczorem oczywiście ciężko zasnąć. Dzwoniłem do Gosi, pogadałem z młodymi - czekam na nich, czekam. Potem do Alojza - nie ma problemów, ucieszył się z telefonu. Wróciłem, oczywiście zero spania. Denis chrapie, pani leży cicho. Posiedziałem na tarasie, potem męka z zasypianiem.

Pani poszła w środku nocy. Denis mówił, że panowie też. Może to była 4, może 4.30. Naprawdę ciekawy przypadek. Miała czołówkę, ale przecież nawet nie wszystkie znaczki na słupach da się tak zobaczyć.

Ja wstałem chyba ostatni, wyszło że wyszedłem 7.15, Denis ze mną i oczywiście poleciał do przodu. W tym małym nosidełku ma bukłak na wodę z rurką do zasysania.

Denis właśnie przerwał mi pisanie. Chodziłem po SJPdP to zaszedłem do ich gitesa - był w mieście. No to teraz doszedł do mnie, pożegnać się. Jak on mówi, to b. wiele rozumiem, pewno używa najprostszego angielskiego, ale naprawdę jakoś przypadł mi do gustu. I pewno wzajemnie. DenisOn tu zostaje, może pochodzi po górkach, może się przejdzie do Roncevaux. W czwartek w nocy jedzie pociągiem do Paryża, w piątek lot do domu. Mieszka między Montrealem a Vancouver, pracuje jako dyrektor w szkole dla dorosłych. Zaprosiłem do siebie, być może na pielgrzymkę. Bardzo ciekawy i pozytywny facet.

No więc rano Denis poleciał, a ja człapałem. Zgodnie z planem droga bez wielkich gór, wzdłuż doliny, najpierw po jednej stronie drogi, potem po drugiej. Nogi zupełnie nie uznają niedzieli - od rana bolą jak cholera. Sporo drogi po równym, tym bardziej wszystko nawala, gdy się trafią kamyki. A może to właśnie to nastawienie, że to już koniec i że dziś blisko. Nie od teraz wiadomo, że psychika to w tym chodzeniu będzie z 99 proc. Po 1,5 godzinie siadam w pierwszym sensownym miejscu. Kawa, śniadanie, brewiarz. Po ponad 30 min idą młodzi. Anka pociesza mnie że do SJ są 3 godziny. Myliła się...

Wlokę się dalej - jest trochę urozmaicenia, mały lasek. Potem na drugą stronę szosy, wioska na G. Dłuży mi się to okrutnie. Koło 1,5 godz i siadam. Z guida wychodzi, że od rana dopiero 11 km. A to prawie 11ta! Na pierwszym postoju było koło 5,5. Podłamka. W dodatku spocony jestem jak mysz, choć cały czas chmury. Koszulka nie schnie, za to przeziębić się łatwo.

Następny etap z mocną modlitwą - wypada sobie przypomnieć, kto tu rządzi i od kogo co zależy. Chwilę idę za blondynką w nieokreślonym wieku ze sporym plecakiem. Wydało mi się, że na podejściu dogonię. Akurat. Jak tylko w górę - znikła mi z oczu. Podłamka.

Cały czas jakieś rzadkie domki - cywilizacja się kręci, dolina nie za obszerna. Mija godzina, powinno być nie za daleko pierwsze Saint Jean... to chbya de Vieu. Z km do przodu jest kościół. Już się nastawiam na posiedzenie. Kościół zostaje z boku, jest tablica - do SJdV 25 min. Pokora.

Człapię średnio szybko, miasto dość rozległe przez domki z ogródkami. Plac przy kościele, trawnika ani wody nie widzę, ale jest ławka pod wiatą z telefonem. Za bardzo mnie nie widać, leżę. Zimno. Polar zapięty. Po niecałej godzinie wstaję - bardziej z zimna jak wypoczęty. Chwila poszukiwań szlaku - pan pokazuje główną drogę. Znaczków zero. Droga prosta - idę nią, przynajmniej zobaczę, jak Andrzejowi drogę wskazać.

Zabudowa prawie ciągła, najpierw rozciągnięte SJdV, potem jakaś wioska, w końcu za mostem SJPdP. Jakaś wielka cytadela na wzgórzu. Nie ma to jak pogranicze. Na rynku Office de Turisme. biorę plan, do gitesa blisko. Zachodzę do kościoła - straszne. Wystawa jakaś, muzyka prawie kocia, tłumy chodzą w te i we w te. O Mszę nie ma kogo zagadać. Szaro to widzę.

Miasto pełne turystów - już mi się tu nie podoba. Ale trzeba przetrwać. Dreptam na moją ulicę, ruch spory, dobrze że blisko. Gites schowany, niepozorny. Mini pokoik, ktoś śpi - zostawiam garba. Dobijam się obok, cisza, siadam na ławce, czekam. Do wieczora ktoś się pojawi. Pojawia się wkrótce właścicielka, kojarzy mnie jako Polonaise. No to oki. Gites bardzo taki sobie, ale wyrka są i czekają. Kawa, małe jedzonko, niech nogi odpoczną. Dochodzi dwoje Brytyjczyków, uprzedzam, że moi mogą dojechać późno. Ci są oki, jutro odpoczywają. No to fajnie.

Idę na miasto. W kościele - bez zmian, może muzyka ciut normalniejsza, ale spacerowiczów więcej. Człapię do góry, szukam gitesa. Tłumy straszne. Bardzo nie lubię tego miasta.

Denisa nie ma, młodych spotkałem przy kościele, jutro chcą iść tylko do połowy podejścia. Trafiam na punkt pielgrzymów - kupuję dla młodych 2 kredencjały - po 2 E sztuka. Drogo, ale niech mają. Za to mam plan - wykaz punktów na trasie z refugami i barami. Może się przydać i to bardzo.

Na mieście otworzył się sklep. Do bankomatu (oj, jakoś ciurka ta kasa) i co by tu nabyć. Nie wiem, co oni wiozą, może do jutra nie zginiemy, a w Hiszpanii powinno być taniej. Ale na owoce po 1,60 i na wino na powitanie to się rzucam.

Jest kawiarenka netowa - 8 E za godzinę to przesada. W Hiszpanii sprawdzę pocztę. Na wykazie przy wielu gitesach jest @. Plac zabaw dla dzieci - siadam i wcinam owoce. Na mżawkę się zbiera. Tuptam bez pośpiechu. Dopiero zauważam, że nogi jakoś nie protestują. Oby tak dalej.

W domu sms do Andrzeja z opisem dojazdu, siadam do pisania i wizyta Denisa. Teraz 18.45, od młodych cisza, pewno nie ma dramatu, nie wiem co robić oprócz czekania. Myślę, że jak już się pójdzie, to chociaż tego czekania będzie mniej. Wcale za nim nie przepadam. Może podrepcę na małe piwo.

18 lipca, poniedziałek, dzień 23


Z piwa zrobiła się impra przy gitarze w ich gicie. Kulminacja: Cicha noc po polsku, francusku, angielsku, holendersku - być może coś jeszcze. Fajnie było.

Info od młodych - będą koło północy. O 23.30 - jeszcze 250 km, będą koło 3. Komórka wyciszona pod ręką, drzemię. Od 3 czuwanie i czekanie, koło 5 sms z pytaniem, koło 6 zapewnienie że blisko, o 7 na parkingu, koło 7.10 są. Ulga.

Spanie do południa, spokojna kawa i jedzonko. Jedziemy nad Atlantyk, cały czas szukamy gazu. Tu wychodzi połowę taniej, może lepiej. AtlantykAtlantyk cudo, fale śliczne, zwłaszcza Benia zachwycona. Późno się robi.

Jedziemy z Andrzejem do Roncesvalles. Ładne góry, będzie jutro fajnie i chyba nie za stromo. Auto na parkingu koło campobusa z Belgii.

Na stopa z powrotem - stanął już 3ci samochód. Bask małym citroenem. Na dole prawie rzygałem - na zakrętach jechał, że niech go. Małe jedzonko na szybkiego i krótki spacer po mieście - już pustawo przed 22.

Brytyjczyk nie zachwycony, że będziemy wstawać rano - postaramy się po cichu. Nastawienie na jutro na konkretne chodzenie od samego rana.

Fajnie, że już są, zupełnie to inaczej. Dzisiejszy dzień z konieczności wyszedł jak wyszedł, inaczej się nie dało. Od jutra zaczynamy na dobre. Wiele tu niewiadomych. Hiszpania inna, ale wiele pozytywów - ma być taniej, więcej i gęściej refugi. Nic tylko z pozytywem do przodu. Kładę się.

19 lipca, wtorek, dzień 24


Eviva Espana.

Myślę, że Brytyjczycy nie powinni narzekać. Zebraliśmy się naprawdę cicho, Benia trochę marudziła, ale opóźnienie niewielkie. Lekko po 7 na drodze.

Widok z trasy - Pireneje Tuż za miastem od razu wyraźnie w górę. Szlak zdecydowanie nabiera wysokości. Rozmowa idzie o żeglarstwie. Ładnie - wokół Pireneje, początek pielgrzymki, a my o łódkach. Schodzi prawie do postoju. Chłodno jest, choć ładnie. Na postoju polar konieczny. Po postoju Benia wyrywa się do przodu. My hamujemy przy wodzie, potem przy gicie - też woda. Droga w górę - Andrzej widzę, że może szybciej - proszę, by poszedł do przodu. Za kawałek czekają oboje. Tak się nie da, Benia już wystygła, niech lecą na nocleg i zaklepią miejsce. Ja brewiarz, odpoczynek, gdy wystygłem to ruszam dalej.

Bardzo długo droga asfaltowa, aż po same góry. Był kawałek miękkiego, ale krótki, potem dalej asfalt. Jeżdżą sobie autka z turystami, rodzina podjeżdża do owieczek i ogląda przez okna - żenujące. Podobno tak teraz w Afryce na safari. Ale żeby na takich górkach... Ludzi na drodze sporo, rowerzystów tylko kilku.

Z dala widzę miękką drogę - siadam za wiatrem. Chyba nawet mała drzemka. Ruszam z nastawieniem, że trudniej - za kawałek robi się prawie płasko. Potem dość długi kawałek zupełnie po płaskim , na nim źródełko, też takie cywilizowane, obetonowane i z kranikiem. W średniowieczu to tu musiało być pielgrzymowanie... nie to co teraz .... polary, termosy, wygody.

Gdyby nie ścięgna - byłbym całkiem happy. Wysypka swędzi, ale się nie nasila - może przeżyję. Ostatni kawałek pod górkę - idzie zupełnie spokojnie, nie było tak daleko. Z przełęczy widok na Hiszpanię - wyraźnie mniejsze góry. Te po pierwszej stronie były naprawdę cudne, Benia kwiczy, a było naprawdę co podziwiać.

Początek zejścia b. ostry, niedaleko siadam. Nawet minidrzemka. Dalej zejście strome, dopiero po jakimś czasie mniej, czasem nawet płasko. Za to las jakiś taki bardziej przyjazny. Ma być stacja ornitologiczna, ale ptaków za wiele nie słychać. Na górze były orły.

Ścięgna nadają, więc zejście się dłuży. Czekam na przełęcz i na tę stację ornito, zaś nagle niedaleko widzę dachy opactwa. No i miło. Auto przestawione w cień. Moi właśnie idą.

Razem do recepcji - przyjmuje nas Magda z Krakowa. Fajnie i miło. Na 20tą Msza. OK.!

Młodzi się kąpią i jadą przestawić auto, ja biorę kawałek kiełbasy - na razie wystarczy.

Są Nicolas, Anne i Giles - chwilę gadamy. Pewno i dalej się zobaczymy. Jeszcze chwila do Magdy - przewodnika nie kupuję. Teraz wcieranie maści i to pisanie, zaraz Msza Święta. Na dworze zimno - wysoko jesteśmy. Po Mszy może jedzonko. Jest nieźle.

20 lipca, środa, dzień 25


Na dziś to jest całkiem dobrze, ale najpierw o wczoraj. Msza była o 20, do ołtarza puścili, razem było nas 5ciu i jeden młody przy organach. Instrument super, koło 40 głosów. Msza z nieszporami. Tekst przeistoczenia poszedł. Po Mszy błogosławieństwo.

Młodzi zdążyli akurat na początek Mszy. Po niej do jedzonka. Mnie się jakoś niekoniecznie chce. Oni gotują, ale że w środku nie wolno, a na zewnątrz wiatr więc z problemami idzie. Zimno się robi dość mocno, idę się kąpać i do wyrka. Oni ledwo się wyrabiają na 22, światło gaśnie stopniowo, a i potem ludzie trochę chodzą. Dziadek z przeciwka daje latarką po oczach. Miły. Hala ogromna a cisza prawie piękna. Trochę chrapania. O dziwo zasypiam szybko. Widać górskie powietrze działa, a może to, że wziąłem cetalergin.

W nocy kilka razy się budzę, ale źle nie jest. Pobudka 6.15 - pełen ruch. Ja budzę Andrzeja, on Benię. Trochę leniwo nam idzie - wyjście koło 7. Szeroka aleja wzdłuż głównej drogi. Widać, że ruch duży, więc ktoś zainwestował. Większość ludzi poszła przed nami, kilku wyprzedzamy, kilku nas mija. Sporo cienia - poranek b. miły. Godzina z kawałkiem - jedzonko na pniu drzewa na polanie. Kłopot, bo kubków brak. Ciągniemy wciąż kiełbasę z Polski. Dość szybko się zwijamy i dalej. Gdy ruszamy, jest dwóch panów z osłem i pieskiem. młodzi i osiołMłodzi gonią zrobić osiołkowi foto. Na foto ich mijam, potem oni mnie. Na ogół Andrzej sporo z przodu, potem Benia, za nią ja. Każdy swoim tempem - górki, co jakiś czas spotkanie.

Dłuższy postój we wsi z wodopojem. Przy nim cała kolonia dzieci rozłożyła karimaty na asfalcie i jedzą śniadanie. Któremuś plecak wpadł do wody. Siadamy pod zadaszeniem - wyraźnie miejsce do gry w piłkę, dziś miejsce spania tych dzieciaków. Zwijają się, równolegle grają.

Nie wiem czy z pół godziny wysiedzieliśmy - człowiek stygnie. Lecimy z nastawieniem dojścia do Izuar. Będzie z 1,5 godziny - wyszło jakoś trochę dłużej. O dziwo, idzie mi się zupełnie nieźle, może to teren dobry, też naproksen i bandaż, też i łaska. W południe robi się wyraźnie ciepło.

Na początku miasteczka młodzi myślą czy nie iść dalej. Ja mam dość. Do sklepu, zimna cola, pomidory - siadamy na schodach naprzeciwko. Jakoś ściągają inni pielgrzymi - szybko całe schody obsadzone. Pełen piknik, jest cień i wiatr. Są Australijczycy z wczoraj znad nas - on pucołowaty uśmiechnięty, ona śliczna drobna, ciemna dziewczyna, jeszcze bardziej uśmiechnięta. Na moje oko Aborygenka. Oczywiście Benia gada.

Rozkładamy się na dobre, gadka o alkoholach. Hihihi ładnie jak na pielgrzymkę. O 14.30 sjesta - sklep zamknięty. Siedzimy jeszcze trochę, nieco po 15 start. Podobno mamy 5 km. Najpierw droga nad miasteczkiem, i nad wielką fabryką czegoś cementowego. Potem przez jej składowiska - tam młodzi mylą drogę, dogonią mnie potem. Teren odkryty, dopiero później odrobina lasku i krzaków. Spotykamy się przy wodopoju - narzekają na upał. Mnie jakoś nie najgorzej, nawet jest nieźle. I nogi w zasadzie da się wytrzymać. Na nierównościach różnie bywa, ale jakoś idę i nie jest to z takim bólem, jak bywało.

16.25 dociągamy do Larasoana. Albergo na placyku - pani w recepcji uczy Benię hiszpańskiego. Mszy nie będzie, bo ksiądz nie mieszka tu, a klucza nie zostawia. Są Nicolas i Anne. Młodzi zbierają się do mycia i przerzucenia auta. Nicolas rozpoznaje, że auto ze Szczecina. Dobry jest. Tłumaczymy jak idziemy z autem - nie wiem czy do końca są przekonani. Oni tylko jutro do Pampeluny - koło 15 km - wracają do obowiązków. Trochę szkoda. Jest Gilles. Nowi współidący jakoś niekoniecznie chcą się poznawać. Za dużo tego. Na poprzednich kawałkach siłą rzeczy każdy kto się pojawił to był znajomy. Tu się kręci przynajmniej ze 100 osób. Benia w drodze zagadnęła z Japończykami, pospikała, ale większość odpowie Dias i każdy idzie swoje.

Oni podjechali, ja się wykąpałem, brewiarz i to pisanie. Widzę Węgierki - jak zwykle doszły późno i jakieś zagubione. Nie jestem pewien, czy albergo już nie pełne, choć u nas jedna góra wygląda na wolną.

Na jutro nastawiamy się na Puento de la Reina. Jest tego prawie 40 km, ale tam albergów sporo - jak dojdziemy późno to też może przeżyjemy. Jak nie damy rady - z zabezpieczeniem w auto da się jakoś po drodze przekiblować. Benia sama dziś mówi o pobudce przed 6tą - doceniła co znaczy iść rano a nie w słońcu. Im obojgu ostatni kawałek mocno dał w kość - mnie o dziwo jakoś nie tak bardzo. Szedłem swoim tempem, nie powiem żeby nie grzało, ale o wiele gorzej już bywało. Możliwe, że jestem zaaklimatyzowany lepiej.

Andrzej cały dzień idzie w kurtce, bo spalony. Benia ma bąbla i coś z nogą. U mnie zupełnie optymistycznie. Zobaczymy, jak jutro. Gdyby się PdlR udało - będzie ślicznie.

21 lipca, czwartek, dzień 26


No dziś to daliśmy do wiwatu.

Ale wczoraj moi dali się wziąć na stopa jakiemuś lokalnemu mafioso, co półtorej godziny coś załatwiał. Oni czekali w aucie. Dojechali 21.20. Szybko do gotowania - gorący kubek z bagietką, serki, pomidorki, Heineken na deser.

Miła Hiszpanka w pokoju nie ma przeciwko budzeniu - budzik chyba 5.45. Rano i ona wstała, choć mówiła o późniejszym wyjściu.

Nieco leniwo się zbieraliśmy, 6.30 na drodze. Rano marsz prawie idealny, choć moje ścięgna nie rozruszane. Stopniowo jest lepiej, choć powoli. I postój niedaleko rzeczki w bok od szlaku. Gdy jemy, mija nas cały peleton. Akurat przelecieli. Potem droga trochę w górę po zboczu, wzdłuż zabezpieczonego urwiska, potem asfaltowa dróżka górą, wzdłuż autostrady, potem zejście do Arrr.... jakoś tam. Jedna długa prosta ulica, duże bloki. Ja z Andrzejem przodem, gadam o nauce jazdy. Na końcu ulicy tunelik, czekamy na Benię, razem z 1 km alejkami i ogromnymi murami i zaczyna się Pampeluna. To musiała być twierdza nie do zdobycia.

Drepcemy przez całe stare miasto, szukamy śladów krwi na murach po gonitwie byków. Nie było. Na koniec starówki cola i siedzimy przy straganie z czosnkiem. Z pół godziny i dalej. Kawałek przez nowe miasto, przełaj przez park, potem uniwersytet. Kupujemy bagietki i dalej. Miasto na wzgórku z dwoma kościołami - Cizur Menor. Przy wyjściu budowa nowego osiedla - przysiadamy na łyk wody i dalej, do sensownego cienia. Cień się okazał średnio sensowny, ale skoro droga mijała widoczną wioskę - następna pewno daleko, więc siadamy gdzie się da - skraj skoszonego pola i krzaków. Wieczorem 20 minut wyciągałem ości zbożowe z ręcznika frote.

Widok na dolinę za namiJedzonko i spanko, choć mało wygodnie. Przed 15 w drogę. Lekko pod górę, droga miła, dobrze ubita. Z dala miasteczko - chyba Zubirikiki - chwila przy kościele - pojawia się trójka nieziemsko opalonych. Ledwo żyją. Wyrazy współczucia.

Idziemy na przełęcz. Z przełęczy widok niesamowity na obie strony - po obu stronach dolina, tyle że na północ z górami w tle. Nad nami wiatraki, pod nami jakiś tutejszy Hasior. Dłuższa chwila - Benia z tyłu. Schodzimy do cienia - roi mi się decyzja. Gdy siadamy, proponuję marsz do pierwszej wioski, zwł. że Benia krucha. Niby zgoda. to nas jeszcze czeka

Do wsi ok. 4 km, chyba Astorga. Benia dość z tyłu. Szukamy albergu, jest w końcu wioski. Ciężka decyzja. Dochodzi Benia - wysyłam z językiem - noc 10 euro. Skoro może iść - do przodu. Droga po płaskim lub w dół, zdecydowany chłodek. Prawie miło się idzie, moje nogi prawie oki. No chyba że na kamień krzywo stanę - boli.

Za 2 km mała wioska, czekamy na Benię - trochę zostaje. Za 1,7 km O..... Jestem prawie zdecydowany na nocleg, idę pierwszy. Wężyk przez wieś, jest woda, jest albergo. Zanim przyszli, spytałem - 5 euro. Miły pan, fajna chata, gość idzie ze sklepu - siedzimy. Benia prawie pada. Mycie, kolacja z piwkiem - wszyscy odżywają.

Doszliśmy chyba 35 km, te 3 to nie problem, zwłaszcza że po drodze miasta. Bardzo się cieszę, że moje nogi stopniowo do przodu. Zaczynam się cieszyć chodzeniem. Na jutro zero planów - w drodze się okaże, wiadomo że trzeba iść rano. Benia chciała o 5.

22 lipca, piątek, dzień 27


Pobudka koło 6, wyjście 6.30. Po Puente de la Reina leniwo wśród ogródków. Nastawiałem się na śniadanie - okazało się, że przerzut rzeczy do wozu i dalej. Wąska długa ulica. Za miastem normalna ścieżka, ludzi od rana na szlaku pełno. Potem z powodu robót przy autostradzie szlak tymczasowy. Na tej tymczasówce siadamy na śniadanie, przed nami górka - na niej jeden rowerzysta w krzaki poleciał. Bolało patrzeć. Trzech go wyciągało.

Przy śniadaniu okazuje się, że tato Beni do łączności chodził. Gadamy o znajomych. Droga ostro do góry, tłumy walą, ciężko wyprzedzać. Rodzina idzie z pieskiem, żal nam go, męczy się strasznie. Dociągamy do miasteczka, na postój wcześnie, ale stajemy na pół godziny w dużym podcieniu. Woda przy kościele, cola tylko light, więc w mięsnym kupuję lemon - pani mnie puszcza bez kolejki. obrazek z drogi

Przy podcieniu samochód - obwoźna sprzedaż ryb. Wonieje, ale trudno. Dalej droga łagodnymi podejściami i z góry. Dość grzeje, ale jakoś wyrabiamy. Przy przejściu pod drogą znajomy z Francji - postawny facet z drobną kobietką - był przy "Cichej nocy..." w SJpdP. W miasteczku był postój

Na dłużej rozkładamy się na głównym placu następnej wioski. Jest wodopój, plac do gry w coś, więc równo, gotujemy zupki. Obok rozkłada się tłum nastolatek - horror, nie da się pospać. Idą krótko przed nami. Droga spokojna, idzie się nieźle. Dociągamy do Estelli, jest 17. Benia z tyłu ciągnie.

Rodzi się plan - idę z nią na stopa, potem dojdę. Jak dobry stop, to jedzie sama. Non stop aż do Villamayor. Po drodze Irache ..... źródło z winem. Bajka.

źródło IrachePo drodze myśl, że możliwa jest droga do Jerozolimy...

W Villamayor refug parafialny. Odprawiam Mszę, dostaję nr telefonu do miejscowego ks. Piotra - Polak z Torunia, nie ma go na miejscu.

Kolacja, Benia gadająca z gospodarzem. Piszę szybko, bo wieje i zimno jak choroba.

23 lipca, sobota, dzień 28


Zasypianie szło ciężko, coś klekotało przy drzwiach nie do wytrzymania, Szwedzi się migdalili, Francuz chrapał. Nie wiem, kiedy ucichło, jakoś poszło. W ogóle to były materace - całkiem fajnie i szeroko.

Rano obudziły mnie rozmowy, nie mogłem rozpoznać godziny, obudziłem Andrzeja, była 5.30. Dosypianie. O 6 oczywiście pełen ruch, tylko Szwedzi zostali. Na drodze 6.30.

Droga lekko z góry, za wsią cudne niebo z chmurami poczerwienionymi - pięknie i fotka. poranek, wyjście z VillamayorSzeroka droga, idziemy trójką i gadamy. Schodzi cały spory kawałek aż do śniadania. Jemy na skraju rżyska, zeszło bo się gaz skończył więc zmiana butli. Po śniadaniu dalej szeroko i równo, biała płaska droga, drepczemy razem. Pojawiły się inne ekipy. Pogoda idealna, lekkie chmurki, nie gorąco, choć słońce.

W Los Arcos pieczątki w albergu, sklep z lodami dla Beni, ja biorę piwko. Siedzimy chwilę pod kościołem, zjeżdża się ekipa rowerzystów - do 3 babek dojeżdżają 3 chłopcy.

Na następnym kawałku najpierw gadam potem gorsza droga, inne ekipy wyprzedzanie - Andrzej z przodu, ja z tyłu. Wioska Salgos [?] chwila przy albergu, ale zaraz następna więc dociągamy bo 1 km. Torres del Rio - przy sklepiku się gubimy, szukamy cienia, Andrzej wybiega za wieś - schodzimy się po ładnych paru minutach. Obiad pod palmą, pełen luksus - cola z lodówki, banany, zupka, czekolada. Impra na całego.

Popołudnie koło 10 km, więc zasadniczo na raz. Początkowo szeroko więc razem i gawędząc - nie wiem czy którego dnia dotąd pogadaliśmy tyle, co dzisiaj. Potem górki i dołki i wąsko, więc Andrzej do przodu. Cień przy małym strumyczku - tam postój 10 min. Cały czas super atmosfera.

Potem przed Vianą kawałek brzegiem asfaltu. Miasto widoczne z dala - trochę osłabia, jak się do niego idzie i zbliżanie jest tak powoli. W mieście brak sklepu - sobota wieczór - za to początek jakiegoś wielkiego jubla. Cyrk na całego.

Na ulicy ksiądz - zaczepiam o Mszę - na 20. W albergu koło 19, oni od razu po brykę, ja brewiarz, kąpiel i na spoko na Mszę. W kościele niesamowity ołtarz główny i piękna zakrystia. Msza po hiszpańsku, trochę szybko ale przeistoczenie spoko. Nawet komunię kazał mi rozdawać. Podobny do jednego młodego od nas... Szatkowski - pochodzi z Reska. Ten też młody.

Wychodzę. ulice odgrodzone, małą Pampelunę tu mają. Viana to jest. Byki stoją 20 m od albergu, faceci je drażnią, pewno potem będzie cdn. Arenę na corridę widziałem na wejściu.

Jest 21.10, młodych nie ma, jak zwykle się denerwuję. Coś z tą bryką na dłużej trzeba wydumać.

Na długim postoju zacząłem liczyć km. Początkowo wyszło, że brakuje 1 dnia. Po sprawdzeniu - jest dobrze. Przy średniej 30-35 km na akurat dochodzimy na 10go do SdC. Zupełnie realne, stanowczo się nastawiamy na pobudkę 5.30 i wyjście 6.00, marsz pod 13 - jak pójdzie to i 25 km można tak zrobić. Dużo zależy od rozkładu albergów - kawałkami nic się nie wyduma. 10 km na wieczór się nie ujdzie (tak po 17). Jest i minimum rezerwy - nie powinno być źle.

Po południu trochę mi chodziła po głowie Ziemia Święta a trochę powrót tutaj. Ziemia to na zasadzie że jest to możliwe, choć wcale nie łatwe, a jak Turcja się ucywilizuje to jakoś do zrobienia. Oczywiście impra dla wariatów i dla bogatych, ale ew. do zrobienia.

A powrót tu - pewno kiedyś całkiem możliwy. Teraz wiadomo, czego tu oczekiwać, jak się tu idzie - nic takiego strasznego. Przy przygotowaniu, treningu, kasie, załatwieniu lotów - wcale niewykluczony cdn.

24 lipca, niedziela, dzień 29


Wczoraj wrócili 21.45, Benia nie wyłapała miejsca postoju i szli do niego 4 km. Auto oczywiście w Viana.

Pobudka i ranek cudowne. Wszyscy wstali 5.30, 6.05 na drodze. Mały kłopot ze znalezieniem drogi - mocno ciemno. Wschód słońca kawałek za miastem. Marsz z rana oczywiście boski. Lecimy na Logrono, choć jakoś trochę daleko za górką wyszło. Pod miastem pani daje pieczątki. Podobno wychodzimy na buraków, bo nic jej do muszli nie wrzucamy.

Logrono - fuenta, szampon i garyW mieście pod katedrę - ale msza chyba w innym kościele, bo tu na głucho. W fontannie myjemy gary szamponem - jest foto. Drepcemy przez miasto szukając sklepu. Oczywiście długo nic. W końcu jest zupełnie byle jaki - młodzi twierdzą, że nic nie ma. Pomidory rzeczywiście straszne, ale wychodzimy z mlekiem, dżemem i serkami.

Za miasto na jedzonko, ławka w cieniu. Ciągnę mleko - prawie cały litr. Scena z mrówkami jak zawzięcie sprzątają wszystko, co nam spadło. Kilka ciągnie kawałek mięska.

Deptak podmiejski - kupa ludzi w obie strony. Za kawałek - jezioro i teren wczasowy. Nic dziwnego, że tłum. Okrążamy i do góry, nie tak daleko okazało się do Navarette.

Jesteśmy na 12. Szukamy mszy - będzie o 13. Plac przed kościołem, fontanna, gotujemy zupki. Przed 13 do kościoła, kościelny i ksiądz bardzo mili. Msza ze śpiewającymi Kolumbijczykami - dziś ich święto. Cura każe mi po polsku Ojcze nasz. Po mszy zwiedzanie zakrystii - tryptyk ze szkoły flamandzkiej i niesamowita ściana - szafa ze skarbami. Benia mówi, że wszystko łupy.

Prawie od razu dalej. Ciepło. Za wsią do toalety i gonię - siedzą po drodze pod drzewkiem. Pół godziny i dalej. Strasznie nas esami pociągnęło, nadłożyliśmy sporo. Trochę źli, trochę podmęczeni słońcem. Dalej niż myśleliśmy jest do Ventosa, tam 16.45. Na asfalcie, że do Najera jest 10 km. Andrzej wrzuca piątkę, ja też się zawziąłem. Na górkę, stamtąd z dala widok na wieś. Daleko. W końcu nie wiem, czy do tej wsi doszliśmy, bo wiło się a po bokach zostało sporo. Pod koniec desperacja. Andrzej siedzi padnięty, ja chodzę, żeby nie paść. Benia dociąga po 15 min wykończona. Przez całe miasto i na koniec wężykiem, bo każdy inaczej pokazuje. Benia gada w albergu. Nocleg na podłodze - wszystkim wszystko jedno. Mamy darmowe bilety na basen - Benia ożywa. Od razu inna dziewczyna. Nie ma stroju, ale goni nas nieludzko.

nocleg pod stołamiNa basenie kąpiel i pływanie - za nic nie mogę kraulem, ścięgna nie pozwalają. Wieczór nie za ciepły. Drepcemy do albergu. Teraz 21, Benię gdzieś wsiorbało, czekamy na kolację.

Dzionek wyszedł zabójczy. Na oko ok. 38 km. W tutejszym upale wynik, że niech go, w dodatku z chodzeniem po Logrono i Mszą. Na przyszłość o tyle dobrze, że widać, że jakieś 35 km jest spoko do zrobienia.

Benia po basenie ożyła - widać, jak wiele jej to dało, zupełnie inna kobieta. Sport uber alles.

Na jutro plany - wg mojej rozpiski ok. 30 km, ale wg tutejszych to może wyjść 35. W każdym razie bezapelacyjnie pobudka 5.30. Gonimy.

Ola zapowiedziała się na środę wieczór. Pojadę.

Posłałem smsy do Pioruna i Oli, zadzwoniłem do Klósków (koperta poszła do Kamila, objaśniłem), i ZADZWONIŁA MAMA.

Benia sprawdziła bąbla - jest oki. Wieczorem w patio gadanie na całego. Ciekawe, jak to będzie ze spaniem. Mama mówiła, że Ela chce wsparcia - jutro za nich.

25 lipca, poniedziałek, dzień 30


Oj, Elka chyba miała sprawy nie od parady - trochę bolało.

Wieczorem ułożyliśmy się przykładnie na 22 pod stołami - w sali pełen ruch. Śladu zasypiania. Pan przyniósł nam karimaty - tym wygodniej. Koło 22.20 pogasili, przed 23 ucichło. Duchota straszna, tylko Andrzej zasnął od razu. Ciemność nie całkowita, ale spać się dało.

Przed 5 rano zaczął się ruch - już obudzili. O 5.10 było pełne gadanie, spać się nijak nie dało. Chyba 5.20 światło, rejwach i te sprawy. Źli jak nie wiem co wychodzimy. Był plan skorzystać ze śniadania, ale kolejka potworna. Benia zwinęła 4 ciasteczka.

Wychodzimy - całkiem ciemno. Coś pod 6. Pani z balkonu pokazuje kierunek - chyba spać nie może. Zaraz koniec miasta, droga ostro pod górę, dobrze że szeroka. Ktoś z przodu latarką świeci. Ponad pół księżyca - iść się da. Nie mamy nic chleba, liczymy na pierwszą wioskę - 5,7 km. Chyba Astorga. Dociągamy. Na niebie sporo chmur, zwłaszcza po lewej. Jak dla mnie to rozjaśnia się dziś jakoś powoli. Droga na ogół wśród winnic, takie ciekawe betonowe kanały nawadniające.

W miasteczku zero sklepu. Jesteśmy tuż po 7, pani mówi coś o chlebie po 8. Szkoda czasu. Dogania nas cały peleton. Tłum na drodze, po śniadaniu, ostro lecą dalej. 7.30 idziemy. Lekka podłamka - etap 10 km a tu głodno. Benia wyrwała. Andrzej ma kryzys. Chciałbym w zdrowiu iść tak, jak on w kryzysie.

Droga lekko w dół, prawie same winnice. Kiedyś można spróbować - prowincja jest La Rioja, miasto Najero.

Dołek przy głównej drodze i długie średnio mocne podejście, przy końcu mocne. Andrzej odzyskał moc, jestem daleko z tyłu, ale widzę. Na górce - budowa osiedla i pole golfowe. Inny świat się bawi przy święcie - a to dzień Jakuba, patrona całej Hiszpanii.

Moi czekają przy zejściu do wioski - na sklep nie ma szans. Idziemy do następnej - być może będzie sklep. Był tylko bar z kanapkami po 3.50. Złość trochę przeszła, trochę jest rezygnacja, trochę desperacja. Na ławce przy skwerku przy fuencie gotujemy kawę. Andrzej wyciąga okruszki, łapię się na piętkę od bagietki. Nie wiem, ile to ma dni.

Ruszamy, wiadomo że do San Domingo 5 km. Winnice jak nożem uciął, same rżyska po zbożu. Droga wyjątkowo prosta i szeroka, z górki z dala widać miasto.

Dziadek pokazuje, gdzie panaderia - oczywiście leci i cola i coś do chleba. Siadamy na skwerku, woda jest, leci śniadanko pod 11-tą. 20 km bez jedzonka. Nieźle.

Wychodzimy, w albergu kolos kolejka - nie czekamy, będzie bez pieczątki. Ale to chyba już do spania. My wg planu mamy 5 km z kawałkiem. Mówię młodym o cystersach. Droga dalej przez rżyska. Chmury się rozeszły, jest nieco cumulusów, jest wiatr, ale ciepełko robi swoje. Etap wychodzi na 2 godziny. Końcówka asfaltem - inni poszli polem i nadrobili. W miasteczku plac obok kościoła z podcieniami i ławami. Obok sklepik - biorę arbuza. Smakuje jak nigdy, ale obiektywnie jest super.

Wyszła prawie 14ta, Andrzej twierdzi, że mamy 30 km i wcale nas nie goni. Oni śpią, ja brewiarz i notki, przed 16 kawa. Nastawiamy się na 5 km do noclegu.

Wiatr chwilami b. mocny. Na górce wejście do prowincji Castilla y Leon. Zaraz wioska, na wejściu info dla pielgrzymów - w następnej wiosce nie ma albergu, trzeba tu. Redicilio to się nazywa. Jest tani net, bierzemy folderki z kilometrami i refugami. Ładnie.

Albergo przy barze - niezła speluna, ale góra oki. Spróbuję tym razem na górze. Młodzi się myją i lecą po auto. Siadam przy drodze i wspieram modlitwą. Po 10 min pojechali. Nie jest źle, powinni się wyrobić.

Idę na net. Ponad 70 maili, po wykasowaniu spamu zostało 19 z kawałkiem. Najwięcej od Ani. Do albergu, mycie, teraz to pisanie no i zacznie się czekanie - to, co najgorsze. Za Burgos trasa z dala od głównych dróg - auto musi polecieć daleko. Się zobaczy.

Na dobrą sprawę zostały 2 tygodnie. Tak, jak miałem nadzieję - skończył się czyściec, teraz to w sumie możnaby pochodzić. Szkoda, że się zaczyna kończyć.

Dziś wciąż myślimy o szczecińskiej. Zaczyna się chodzenie razem z Nimi. Dziś szli podobno z Łukęcina, wieczorem chcę zadzwonić do Młodego - pewno posiedzenie przy dorszu. Jutro start na dobre. Wiele razy o nich gadamy. Trochę szkoda, że bez nas, trochę ciekawe, jak im będzie.

U nas - odpukać - zupełnie oki. Niech tylko od tego auta wrócą o ludzkiej porze.

Gdy skończyłem powyższe - o 20 przyszedł sms od Beni bym wyszedł na drogę. Skoro jadą, to nie jest źle. Okazało się, że w aucie jest ruszone lusterko, ale jechać się da, więc jakoś żyjemy. Odebrałem reklamówkę z żarciem, włożyłem wino do lodówki - chyba na nie zasłużyliśmy w końcu. Parę krzyżówek, a teraz nastawiłem wodę, jak przyjadą to jakieś zupki się wciągnie.

Stanowczo wiele nerwów mnie te przejazdy kosztują, choć dziś trzeba przyznać że i tak nieźle im poszło. Skoro wyjazd stąd o 18 a z powrotem lecieli po 20, a to koło 70 km, więc b. szybko musieli coś łapać, a i tak coś wspomnieli o przygodzie. Stanowczo trzeba pomyśleć, co dalej.

Pokój w refugu się dopełnił, ale ludkowie gdzieś balują. Jest lampa na UV, muchy wpadają i strzelają. Może da się spać. Wybiła 21, ich nie ma.

Komentarze

pełna podziwu - 16.12.2018 21:24

Tak, jestem pełna podziwu. Często ksiądz tu pisze, że otrzymał w czasie drogi lekcje pokory. Ależ przeszedł ksiądz ponad 1500 km, w upale, zmęczeniu, z bólem. Już więcej lekcji nie potrzeba, pokazał ksiądz jak pokorny powinien być człowiek. Z Bogiem.

Małgorzata L. - 15.06.2016 00:09

Zaczytałam się..:). Pierwsza myśl to wspomnienie o "Pielgrzymie" Paulo Coelho, ale nie tylko..Nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce.., ale nieraz widziałam wyruszających i pielgrzymów i wiem, że chętnie bym także poszła..Jakoś nie było okazji do tej pory..W każdym razie relacja z pielgrzymki niesamowicie wciągająca, ciekawa i dająca do myślenia..Bardzo budująca.

krzysztof kiełek starachowice - 19.09.2013 13:58

super napisane sporo się uśmiałem a i łezka w oku się zakręcila ja swoje camino zaczolem 29 czerwca 2013 roku do 20 lipca z Atapuerci do Santiago przez Muxie do Fisterry .I tak czytam te ksiedza wspomnienia i tak teraz patrzę ze swojej perspektywy jak to się camino zmienia ja szedlem w lipcu i mialem bardzo duzo słońca ale i wiaterku jednym slowem św Jakub mnie sprzyjał ja myślałem że jestem maratończykiem ale się pomylilem byli lepsi o de mnie ale mimo że szedłem dużo to chciałem coś zwiedzić i tak Burgos ,Leon I Astorgę zwiedziłem i po drodze się napztrzylem ładnych widoków i tak z perspektywy czasu porównuję te swoje camino do camino księdza i stwierdzam fakt że camino 10 lat do tylu i współczesne mimo że duzo się zmieniłop pozostaje takie samo i dzięki ś Jakubowi za to bo każdy znajdzie to po co się wybiera na camino a moje zawolanie na camino to było vamos peregrinos desperados i nie było osoby która by się nie uśmiechneła na takie zawolanie pozdrawiam buen camino i szukam książki której autorem jest ksiądz

Zobacz wszystkie »