Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Moje Camino - Camino czyli raj na ziemi

26 lipca 2005, wtorek, dzień 31


Piszę dzień później, na skwerze w Burgos.

Wstanie norma, ludzi mało więc po cichu i bez tłoku. 6.05 na drodze. Droga szeroka i przez rżyska, bez rewelacji. Śniadanie pełna kultura, ławeczki i stoliki przy fuencie po 1,5 godziny. Wioska pełna psów i kotów - dwa pieski kręcą się koło nas. Śmieszne. kumpel do śniadaniaCiągniemy długi kawałek, następny postój w cieniu za kościołem na wzgórku. Biorę wodę z fuenty, okazuje się że nie do picia. Dopijam to, co mam z wapnem - na razie żyję.

Do obiadu parę km - schodzi nieźle. Nogi w miarę idą, postój w Villafranca. Na początku sklep i zakupy - cudny świeży chleb, szkoda że mało go było. Cień za kościołem, zjadam co nieco i mówię że jadę. Auto z drugiej strony kościoła. Nawet umiem jechać. Do Torres jakiegośtam za Burgos w godzinę, równo jak po mapie. Kółko przez wieś, staję na głównym placu i na stopa. Nie mam picia, szkoda. Kartka spod śmietnika - piszę N 120. Po 15 min młody chłopak, podrzucił parę km, skręcał do pracy. Stacja benzynowa - jest cola, staję na rogu. Po 15 min pani w nissanie - ujechała kawałek, ale stoi. No to się ładuję - byle do przodu. Coś mówiła o Logrono. Byle jechać. Po drodze tłumaczę, że muszę do Villafranca - ona nadziwić się nie mogła, że facet z garbem cofa się na camino. Wręcz obśmiała się jak norka. Ale jedziemy. Stanęła na telefon - ja się ruszyłem, a ona myślała że chcę wysiadać ; mówi spero...., no to jedziemy. Ona dalej ze mnie kwiczy, ja już nie próbuję tłumaczyć. Wysiadka w Villafranca, ułatwiam jej wyjazd z zatoczki, a ona..... nie do Logrono, tylko z powrotem do Burgos. Wmurowało mnie. Chyba długo trzeba się za nią modlić.

16.30 ruszam - moi mieli iść 16. Wg umowy daję strzałkę - niech wiedzą. Pierwsze 2 km pod górę - to są Montes de Oyo. Dość ostro, ale się idzie. Potem zdecydowanie płasko, a po 6 km nawet równa droga. Lecę bez problemów. Wcześniej niż myślałem San Juan - jestem 19.15. Zadyma ze staruszką od refugu - nijak nie rozumiemy, co ona chce od Beni. Prawie wszystkie wyra zajęte - Benia złapała dla mnie. Rozkładam się manifestacyjnie. W kościele kończy się Msza - dziadek ksiądz długo wykłada coś pielgrzymom. Wychodzą, ja proszę o mszę - bez problemu. Szybko po mój mszał. On proponuje najpierw zupę, ja najpierw do kościoła. Są moi - odprawiam. Po Mszy obiecana zupa - dziwna nieco, ale dobra i najważniejsze gorąca. Przy niej rozmowa. Parafia 28 osób, za to pielgrzymów masa. Najciekawsze kraje, co wymienił to Singapur, Indonezja i Argentyna.

Po zupie - trochę mało. Gotujemy makaron, wcześniej mycie w zimnej wodzie. Kuchni nie ma, więc ławka na dworze. Smakuje świetnie, coś domowego w miarę i nieco ciepłe. Zmywanie szamponem na szybkiego, bo zaraz 22. Wyrko wolne, więc przenoszę się do I roomu, bliżej moich. Sporo ludzi gdzieś się wyniosło. 22 cisza. Brewiarz na korytarzu, bo tam światło. Po 22 procesja wracających z dworu. Też sobie wymyślili spacery. Ktoś wali się nade mną na górę.

W nocy Benia budzi mnie, bo chce koc. Chrapanie faceta wykończyło ją - spała na korytarzu.

27 lipca, środa, dzień 32


Hiszpanów znów coś porąbało, albo następna ekipa wyczynowców się dobrała. Po 5 pełen ruch się zaczął - budzika nie trzeba. Wstaliśmy 5.30, kupy ludzi już nie ma, w domu ruch, choć trzeba przyznać, że bez gadania. Tylko niektórzy latarkami po oczach dawali. Wyjście 6.03, chyba jako jedni z ostatnich. No, może gdzieś w połowie stawki. Ciemno prawie całkiem, dobrze, że droga szeroka i bez niespodzianek. Księżyc w ostatniej kwadrze - akurat nie najgorzej poświecił. Jest nieco chmurek - nieźle się zapowiada.

Śniadanie po 6 km z kawałkiem - dalej daleko do następnej wioski. Siedzimy na murkach koło fuenty, obok lecą pielgrzymi. Tłum dziś jakby większy, a już 2 dni się cieszyłem, że jakoś główne nurty udaje nam się omijać.

Start i około 10 km. W lewej nodze od paru dni pod palcami jakby bąbel i pierwszy kilometr jest zawsze bolesny. Sam nie widzę, co tam mam, Benia nie fachowiec i nic nie widzi - czekam na Olę. Póki co na początek zawsze rozchodzenie. Boli.

Szlak lekkim asfaltem, stonka wali drogą na całego. Lewą stroną prawie rządek ludków. Tempo mamy niezłe, udaje się paru przegonić. Villafria widać z daleka, planujemy postój przed marszem po mieście. Miasto spore, ale jakoś z boku - Benia po wodę szła długo. Pół godziny na skwerku - nawet zasnęli. Wieje strasznie.

Ruszamy - zapowiada się cywilizacja. Na początku cały ciąg firm i hurtowni i kawałek głównej drogi, nie wiem czy nie koniec autostrady. Od tirów huczy. Potem wozów mniej, ale firm jeszcze więcej. Około godziny - wejście do miasta. Dobrze, że zaraz szlak poszedł w mniejsze uliczki. Ale i tak światła, przejścia - bardzo niewygodnie. Całkiem znielubię miasta. Zostało nam jeszcze Leon - chcielibyśmy obejść przedmieściami.

Zakupy w Sparze i drepcemy przez starówkę. Żadnego kibelka, żadnej wody. Katedra ładna, ale tylko rzucamy okiem. Jest fuenta, kawałek dalej skwerek z cieniem - siadamy. Wieje okrutnie. Andrzej stawia kuchenkę mało schowaną - czekamy na wrzątek do chińskich zupek. Benia przestawia kuchenkę, osłania plecakami - jest lepiej, ale gaz się kończy. Ja rezygnuję z zupki, wypiłem sporo mleka. Kibelka brak - radzę sobie w kępie oleandrów. Trochę głupio, ale najbliższe inne krzaki za miastem.

Poprawiam resztą rozpłyniętej konserwy i piszę to tutaj. Oni śpią, a raczej usiłują. Na wietrze wręcz chłodno - oboje w śpiworach. Jak mi w domu ktoś powie, że 26stopni to chłodno to pewno walnę.

Wczoraj wieczór dzwoniłem do Oli, dziś jadę po nią do Bilbao. Jakoś to cały czas chodzi za mną. Zdecydowanie bardziej wolę iść pieszo i tylko to mieć na głowie. Jutro wypadałoby przerzucić dalej auto - nie bardzo mi się to uśmiecha, ale pewno na mnie padnie tym razem. Może być dzień w plecy.

Drugi dzień idziemy razem ze Szczecińską. Oni kończą obiadowy postój w Widzieńsku. Oczywiście ciekawi nas, jak sobie radzą.

Myślę, że teraz to już nam poleci, choćby ze względu na ten wspólny z nimi marsz. Ciekawe, jak teraz z noclegami - pielgrzymów na szlaku jakby przybywało. Benia nigdy nie spała pod gołym niebem - kto wie, czy nie będzie miała tej przyjemności.

Skwerek tuż pod hotelem na ****, ładny. Wcale mnie nie ciągnie. Wolę Szlak. Wczoraj wieczorkiem jak tak sam sobie dreptałem, to aż wręcz miło było. Nogi dokuczają umiarkowanie, tak dla przypomnienia że to pielgrzymka, pogoda właściwie idealna - czego tu więcej chcieć? I marzenia się spełniają. Szkoda, że koniec blisko. Wg planu za 2 tygodnie Santiago - o tej porze już po.

Piszę dalej w czwartek.

Spod tego hotelu spokojnie koło 16. Tup tup przez miasto, w dużym parku albergo - wchodzimy po pieczątki i do toalety. Jest Polka na rowerze - robi 50 km dziennie, na 99% belferka. Idziemy. Na moje oko koło 8, było więcej. Z dala widać wioskę z koleją - na rozpisce jej nie ma. Mówię Beni, że jeszcze 2 km, było ponad 3.

W Tardajo pan bardzo gościnny w albergu, chyba głównie dla Japończyków. Zapisanie schodzi nam. W końcu do auta i ja w drogę. Nigdzie nie ma gazu - wkrótce na benzynie. Wielki market Eroski, jest coś do picia, żel do kąpieli, sery, a majtki 5-9 euro. Niech się wypchają.

Za ciężarówkami nie zauważyłem zjazdu na Bilbao, jadę pod Vitorię - może i dobrze. Opóźnienie pewne. Pod miastem na światłach skaczę w lewo przez 4 pasy - i dobrze, bo autostradą mijam całe miasto. Ola już czeka, powitanie miłe i na początek siara - nie mogę znaleźć auta. Zupełnie mnie zakręcił ten parking w pośpiechu. Okazuje się, że stanąłem w autach do wynajęcia. Potem siara z płaceniem - sam pewno bym zginął, Ola się dogaduje. Wysiadamy, płacimy, jedziemy. Przez miasto oki, krótszą drogę też łapię, okazuje się, że góry straszne - chyba 8 km, wjazd 14 %. Gadamy o wszystkim, po północy szukamy hostala - za trzecim razem jest. O 1 śpimy - wcześniej leczenie moich nóg.

28 lipca, czwartek, dzień 33


Pobudka 6.30, przed 7 jedziemy, tym razem mały ruch więc przez środek Burgos. Łatwo. W Hornillos kółeczko - jeszcze naszych młodych nie ma. Stajemy przy kościele, kredencjala dla Oli nie ma. Jest Andrzej, za chwilę Benia. Gotowanie, porządkowanie, dzielenie świeżej dostawy. Część do auta - na za 3 dni. Śniadanie - kabanosy i budyń. Jakie drobne rzeczy potrafią cieszyć.

Śniadanie schodzi prawie 1,5 godziny. Koło 9.30 jadę - gonię do Sahagun. Auto pod samym kościołem, miejsce ruchliwe. Kredencjal dają jak się pokaże paszport. Kicha.

Chleb, picie i na drogę. Kartka N 120 mało działa. Z Burgos do Leon jest gratis autostrada, tą Nką nikt nie jeździ. Szkoła pokory i cierpliwości na całego. Zimno się robi, 2 razy odrobinę pada, z boku pada zupełnie mocno. Po 2 godzinach jest wóz - gość wiezie mrożonki. Wyjechał z miasta i zaraz na autostradę, dobrze, że zabrał. Miły i gadatliwy. Radzi jechać do Fromisty - będę miał bliżej. Tak robię. Po drodze rozwóz mrożonek - facet szaleje po wąskich uliczkach.

We Fromiście ładnie dziękuję, jeszcze mi cd pokazał. Bardzo szybko milczący dziadek do wioski na S... , zaraz pierwszy wóz dalej do A.... . Tam staję za rondem - prawie cisza. Tylko wiatraki hałasują. Do Castrojeriz drogowskaz 18 km - to jest to, na co czekałem - działka na dziś dla mnie. Nogi w dzień nie bolały, opatrunek Oli dobry, ale żeby odpocząć to nie za bardzo - stając na stopa nijak posiedzieć. Jakoś się idzie, ale w obu stopach coś czuję.

Dociągam do połowy - 9 km, postój na brewiarz, usypiam. Przed 18 ciąg dalszy. Niedługo sms od Andrzeja żebym się pospieszył bo miejsca się kończą. Boli, ale lecę ponad 5 km na godzinę, końcówka prawie 6. Wioska 2 km przed Castrojeriz - gość z terenówki chce podwieźć - dzięki, ja tu idę. Do wsi wchodzę od tyłu. W refugu pani wie, że ja amigo od Andre. Dziewczyny w ogrodzie przy stole, Andrzej gdzieś na mnie czeka. Szukam go, w końcu wracam, jem. Oni już po.

Dziewczyny w prywatnym albergu, bo Ola nie ma kredencjala. Andrzej planuje na jutro 40 km, Benia chce go zabić.

Dziewczyny do siebie, ja robię pranie, mycie, załatwiam telefony, brewiarz i pisanie. Andrzej czuwa nad trasą - wychodzi, że gdzieś wyjdzie podjazd - jakoś nie widać codziennie 36 km. Póki co idziemy, pewno kilka dni przed SdC coś się postanowi.

Refugi uczą być mało wybrednym, ale tu jakoś średnio mi się podoba. Brak kuchni doskwiera. Może jutro lepiej.

29 lipca, piątek, dzień 34


Refug był jednak niesamowity. Zamiast łóżek murowane boksy, górne łóżko na jakby dachówkach. Zastanawialiśmy się, czy nie pęknie. Właściciel czy szef - w każdym razie hospitalero - brodacz, obszedł wieczorem, zgasił światło.

Rano Andrzej 3 razy mnie budził - chyba zmęczenie wychodzi. Podobno chrapałem strasznie. O 6.15 gotowi do wyjścia, a tu pobudka. Najpierw muzyka gregoriańska, potem głośniej, potem brodacz obszedł i pobudził wszystkich, potem zapalił światło. Za 10 minut miało być coś ciepłego, ale my już poszliśmy.

Ranek wręcz straszny. Boli prawa noga na grubej poduszce - wygląda na nowy bąbel, bolą wszystkie stare tematy, a do tego głowa i strasznie mi zimno. Ubieram polar, jest niewiele lepiej. Droga najpierw dolinką, potem stromo na grzbiet skalny. Ciekawe te grzbiety, płasko na górze, pewno powulkaniczne, ale nietypowe. Na podejściu doganiamy kobitki. Zejście krótkie i strome, potem dalej po płaskim. Same rżyska po żniwach. U góry mocno wiało, na dole też nie ciepło, polar ledwo starcza.

Śniadanie w środku wioski na ławkach przy ozdobnej fontannie. Fuenta wyjątkowo ozdobna. Ola robi foto. Wyjmuję śpiwór, zalegam na ławce. Wszyscy w szoku, że w lecie w Hiszpanii potrzebne czapki i rękawiczki. Benia z chorym gardłem, ja z gorączką - jest fajnie. Ola dzieli koksem - nie wiem co, ale łykam.

II etap wciąż płasko i rżyska, choć było małe podejście. Z Olą rozmawiamy o jej pracy, awansach i perspektywach. Szybko schodzi. Przed wioską refugio prowadzone przez Maltańczyków - najwyraźniej wnętrze starego kościoła. Ola nareszcie ma credential. Pieczątki i dalej. Postój w kolejnej wiosce. Albergo nieco w bok - pan robiący na dachu przy wejściu i śliczna trawa w środku. Bardzo miło i ładnie. Benia szła bardzo z tyłu i tu nas minęła. Wraca bardzo zła. W przewoźnym sklepie cola i limon.

Do Fromisty częściowo wzdłuż kanału. Mają tu akurat wody ile trzeba. We Fromiście na wejściu zakupy w mercado i chodu dalej. Postój za 3 km. Szukamy sensownego miejsca - w końcu za wsią przy placu zabaw. Zupki, mleczko z UHT, bułka. Humory w miarę, Benia marudzi, mnie o wiele lepiej. Chłodno - wszyscy w kurtkach, aż się dziwię, że śpiwory nie wyjęte. Upał bardzo zdecydowanie zmalał.

Dziś na dobre poszła nasza pielgrzymka. Cały dzień jesteśmy z nimi, myślimy gdzie są i co i jak. Piorun wczoraj dał smsa - nocował Józka i Andrzeja. Dziś zadzwoniłem do Pawła - przejęty, ale myślę, że będzie oki.

Ja się strasznie cieszę, że nie muszę tego robić i mam nadzieję, że tak zostanie. Inaczej być nie może - dwa razy do tej samej wody się nie wchodzi.

Dziś 2 razy mijała nas Polka poznana w Burgos. Tempo ma niesamowite - rowerem robi to, co my pieszo. Rozkosz.

Na postoju muchy okrutnie dokuczliwe, Andrzej ręcznik na twarz i chyba śpi, bo jest 16.30 a my jeszcze leżymy. Wieczór będzie późno.

Pospaliśmy zdrowo - obudziłem ich po 16,30, wyjście prawie 17ta. Etap koło 9 km do Villacazar de Sirga. Po drodze 2 puebla, więc droga niby się tak nie ciągnęła - zawsze to inaczej, jak 10 km bez punktów orientacyjnych. Droga spec zrobiona wzdłuż drogi jezdnej, początkowo z kamieniami, potem równa. Pod koniec lekko na rzęsach. Mówię wieczorem Andrzejowi, że to tak w okolicy moich max możliwości w tych warunkach, a on że przeszliśmy 38 km. No to nie jest z nami aż tak źle. Mogło być gorzej. Inna sprawa, że pogoda do marszu właściwie idealna. Wieczorkiem słońce, nieco wiatru, ale bez upału.

Rozciągnęliśmy się mocno - ja nie popędzę, Andrzej leci. W Villacazar refugo na podłodze. Leniwo się podbiliśmy i zapisali, pan wytoczył nam materace - niczego więcej nam nie trzeba. Dziewczyny do sklepu, Andrzej odkrywał łazienkę. Wróciły - na kolację jajecznica. A tak dzisiaj za mną chodziła od rana. I to na cebulce. Benia smażyć umie. Poprawka serkiem i pomidorkiem, jeszcze po piwku do tego. Jest nieźle. Przy kąpieli wyprałem spodnie - już widzę, że idealne nie są, ale nie będą takie sztywne i w ogóle. Na razie się suszą - do wieczora i tak nie dadzą rady.

Po nas kuchnię zajęła ekipa z Włochami na czele - gotują spaghetti. Jeszcze trochę im zejdzie, a my w jadalni mamy bazę, więc piszę sobie na dole.

Na tej drodze wiele można się nauczyć. Dziś odcienie chyba wszystkie możliwe. Rano bliski podłamania - ten pierwszy postój z zawinięciem w śpiworze i gorączką optymistycznie nie nastrajał, szło się fatalnie. Spanie po południu zupełnie milutkie, wręcz lekko rozpustne, a kolacja - jak rzadko kiedy - jajeczka, piwko, nektarynka. Jak niewiele człowiekowi potrzeba do poprawy humoru.

Po drodze myślałem o Ewie - sms przyszedł taki sobie. Nawet nie umiem odpisać. Od spraw domowych i w ogóle tych, które zostały gdzieś tam jestem tak daleko, że nie umiem się sensownie do nich odnieść. Na camino w gruncie rzeczy wszystko jest proste. Droga, ludzie, jedzenie. Fuenta się liczy i żeby wieczorem gdzieś się zmieścić. Szef daje. I jak tu się nie cieszyć. Myśli się o tym, co zostało, dziś wciąż pamiętamy o pielgrzymce, ale to wszystko dalekie i jakieś inne.

Myślałem dziś, co ta pielgrzymka mi dała. Może za wcześnie, bo parenaście dni jeszcze, ale już coś tam można dumać. No i trudno właściwie powiedzieć - pewno w domu powychodzi, na ile jest inaczej, na ile umiem być inny. Czuję wielką lekcję pokory i cierpliwości. Żeby ta pokora stała się prawdziwa i starczyła na długo - oj, dobre by to było. Bo szkoda by było całego tego trudu.

Poza tym dziękczynienie za 25 lat - chyba za mało dotąd o tym myślałem. No i pokuta. Ten temat gdzieś na trasie wyszedł i myślę, że to też coś dla mnie nowego i wartościowego.

Wczoraj Piorun pisał, że Hania czuje się lepiej - od razu myśl, że może trochę i moje nogi w tym pomagają. Jeśli tak - to chwała Panu. Niech to nie będzie na darmo.

Dziś w II czytaniu brewiarzowym jest 2 Kor o ościeniu dla ciała. Już dawno sobie pomyślałem, że te moje nogi to tak właściwie na tej pielgrzymce działają. Wygodniej by było, gdyby nie bolały. Skoro bolą - jak widać z tym da się iść, a dla duszy pewno to przydatne, by nie wpaść w pychę.

Dziś myśl, że do Ziemi Świętej to jednak nie ja. Taka impra jest możliwa, ale widać, że moje nogi i moja kondycja mówią, że to nie dla mnie. W Rzymie byłem młodszy i większość drogi była lekka. Teraz już nie ma tak łatwo i widać wyczyny na 4 miesiące wypada zostawić młodszym.

Na nogach co dzień to wychodzi coś nowego. Ola wiedziała, kiedy przyjechać. Za chwilę będzie miała zajęcie i to z wszystkimi.

Całe towarzystwo z albergu przystawiło się do tego spaghetti i tudzież winka. My najpierw pranko i porządki, potem Ola robiła operacje. Benia migiem, Andrzej chwilę, u mnie ponad pól godziny. Nieźle. Wszystkie stare skórki oczywiście robiły kupę zamieszania - mam nadzieję, że od jutra będzie łatwiej. Bardzo ale to bardzo na to liczę.

Dziś młodzież ma połowinki, u mnie wypada cos w pobliżu 3/4. Andrzej coraz bardziej skłonny jechać na 12go wieczorem do Kalei. Wszystko możliwe.

30 lipca, sobota, dzień 35


No to dziś dzień lekko głodny. Czasem widać i tak musi być.

Pobudka normalnie, wyjście lekko po 6, jeszcze mocno ciemno. Droga wzdłuż głównej, podobnie jak wczoraj - nużąca, ale w miarę równa.

Po 6 km Carrion - spore miasto, jesteśmy nastawieni na zakupy, chleba końcówka. Po szlaku przez miasto - wszystko pozamykane. Przed mostem stajemy, dziewczyny idą szukać pana - bez skutku. Idziemy. Za rzeką stoliki - jest miejsce postoju. Humory takie sobie. No i zimno okrutne. Wprost marzniemy. Po chwili wszyscy pod śpiworami. Ładne lato w Hiszpanii. Wciągamy po gorącym kubku i kawałku buły z serem. Na razie musi wystarczyć.

Drepcemy z miasta, za rondem stacja benzynowa. Benia kupuje po Marsie, będzie na czas kryzysu. Droga początkowo ładnym asfaltem. Zatrzymuje się pani w terenówce w barwach rządowych i pyta, czy jest OK. Miłe.

Z asfaltu schodzimy na gruntową i to bardzo nieujeżdżoną. Kamienie sterczą. Trudne to. Droga prosta i ciągnie się niemożebnie. To dopiero naprawdę dołuje. Mamy 17,2 km bez cywilizacji. Po godzinie prawie śpię i idę jak automat. Droga nie folguje. Postój: ławki i stół betonowy, z drzewek zostały kikuty, z fuenty - obudowa studni. Ciągniemy kawę, do tego Mars. PO starcie lecimy świetnie. To musi działać.

Droga dalej równie monotonna. Zasnąć można, gdy kawa nie działa. Jest wątpliwość, którą z dróg idziemy, czy nie alternatywną. Koniec odcinka 17,2 km - nagle widać wieś. Pieczątki w albergu, sonda po wsi - sklepu nie ma. Dziewczyny w barze kupują babeczki.

Postój na ławkach przy suchej fontannie na placu. Do wieczora 15 km, a tu leń idzie. Trzeba przyznać, że tak naprawdę to mi dziś zaufania wystarczyło i tylko się zastanawiałem, w jaki sposób Szef nam ten chleb przy sobocie załatwi. Postój w południe trochę zeszedł, bo wszyscy zasnęli - koło 15 pobudka, koło 15.15 na drodze. Plan: 9 do postoju + 6 do noclegu. Droga przy nacjonalce, więc dla mnie wygodniej brzegiem nacjonalki - i tak nic nie jeździ. Skoro obok autostrada bezpłatna, wszyscy na nią lecą. Na tym kawałku speeda załapałem jak chyba nigdy. Na początku sikanie, więc zostałem, potem przegoniłem dziewczyny i za Andrzejem byłem. Droga lekki łuk w lewo i górka i nagle widać pueblo. Na szlaku go nie ma - kolejna wioska-widmo, ale w naturze jest. Jest bar i nawet alberg. Bierzemy pieczątki, dla spokoju pytam o pana. Jest. Ja zdziwiony, pani zaskoczona że ja się dziwię. Druga pani otwiera nam cały sklep. Dziewczyny dochodzą i lecą całe zakupy. Nawet wino i lody. No i czuwał Szef.

Umawiamy się na posiedzenie za 3 km - leci mi się jeszcze lepiej. 17.15 siedzimy. Benia dochodzi później, ogłasza że dalej nie idzie. Cisza, siedzimy na ławkach. Liczę km, bo Andrzej wciąż bąka o konieczności podjazdu, którego chce uniknąć, a dziś wręcz bąknął o odłączeniu się od nas, by samemu przejść trasę w 100%. Wg moich obliczeń jest na styk, choć na Galicję nie mam dokładnej rozpiski. Myślę, że na razie trzeba iść i będzie dobrze.

Wstajemy, chcę zabrać Beni śpiwór. Nie da, podjedzie stopem. Idzie powoli, macha. Andrzej wyrwał w przód, Ola próbuje też. Ja nie za szybko, oglądam się na Benię. Szybko przestaje machać, kiwa mi, że idzie.

Zostaję do niej, chcę wziąć śpiwór - nie daje. Jest chora, ma gorączkę, ciężko jej się idzie. Biorę pod mankiet - nie protestuje. Gadamy o harcerstwie - szybko nam leci. Kawałek nie był długi, a Benia psychicznie pod wieczór przygasła.

W albergu w San Nicolas jest Andrzej, nie ma Oli. Pani nas spisuje, internet gratis, ale kuchni nie ma - a my akurat makaron dźwigamy, a gaz nam się kończy. Wchodzi Ola, razem na górę - mamy akurat box na 4 osoby. Kibelki super, w ogóle czysto i ładnie. Wszyscy się zastanawiają, ile za ten luksus przyjdzie nam zapłacić. No i jak tu kolację rozwiązać bez tej kuchni. Ja na pewno tego wina dalej targać nie będę. My pomyci - czekamy na dziewczyny.

Kolacja na chodniku za kościołem, potem wino w pokoju. Atmosfera swobodna - luzik, sobota wieczór. Przed spaniem odbieram pocztę. Nic ogromnego. Gosia jedzie do domu na 10 dni. Ola poprawia moje nogi. Nie jest źle.

31 lipca, niedziela, dzień 36


Andrzej z trudem nas budzi, dziewczyny trochę leniwią - wyjście wyraźnie po 6. Zimno całkiem. Bez polara się nie da, rękawiczki byłyby całkiem na miejscu. Dróżka wzdłuż pustej N-120, większość idę asfaltem, raptem 1 auto. Do Sahagun przed 7.30, po drodze znajomy słupek - stałem tu 2 godziny. Auto sobie stoi, tutejsze albergo dopiero się budzi. Na mieście niedopita młodzież. Zabieramy z auta, co trzeba, od dziś mamy 2 kuchenki. Śniadanie na murku przy kościele, bo nie wieje. Jak na niedzielę przystało - kabanosy. Wypas że hoho.

Andrzej rusza na 2 razy, bo mapy zapomniał. Zbieramy wszystko i w drogę. Na końcu miasta dzwony - pewno msza, bo 8.55. Rzeczywiście - Msza u benedyktynek. Chcą mojego papiera, ale jak wyjmuję to nawet nie oglądają. Tekst powoli i wyraźnie - nie ma problemu z czytaniem. Po Mszy bardzo miło i serdecznie, Benia tłumaczy, dwaj księża i siostra bardzo mili. Dostajemy obrazki, wizytówki i zalaminowaną paczuszkę. Miła niespodzianka.

Msza Święta u benedyktynekRadośni lecimy dalej, miło że tak się niedziela zaczęła. Gadka o polityce i państwie. Droga wzdłuż asfaltu, iść się jakoś da. Etap prawie 10 km, ale poleciał ładnie. W Bercianos rozglądamy się za sklepem - pan idzie z chlebem (komentarz: pan idzie z panem). Dziewczyny stają, ja szukam postoju - jest za wsią. Ławki i cień, ale wody nie ma. Pani mi daje we wsi, i to zimną, z lodówki. Dochodzę do sklepu - kupujemy co idzie. Na postoju pełen wypas. Stół się prawie ugina, w paczce okazały się być pyszne ciasteczka, świeży wypiek. Bajka. Niedziela full wypas. Z zimną colą.

Aż się nie chce iść, ale norma musi być. Ola prosi Benię o coś nt. siatkówki, potem schodzimy na kibiców - droga poleciała aż miło. W El Burgo Ranero tuż po 14. Szukamy albergu, jest w bok - przy nim jest Andrzej z colą. Rozkładamy się pod drzewem. Andrzej je, my nie bardzo. Z Olą odmawiamy brewiarz, ptaszek brudzi na ręcznik i na chleb. Leniwa gadka, postój do 16, do noclegu 12 km więc raczej spokój. Całkiem miła niedziela.

Dziś pielgrzymka do Bierzwnika - pamiętam i o p. Teresie i o młodych i - niedziela - o parafii. Nogi na razie ok., zabiegi pomagają.

Pisane wieczorem. Jak na Dzień Pański przystało, całkiem sympatycznie i miło. Poleżeliśmy w tym El Burgo do po 16, z kibelka skorzystali i spoko w drogę. Moje nóżki po postoju nieco się zbuntowały, dramatu wielkiego nie ma, ale chyba nowa robota dla Oli jest. Do noclegu koło 12, więc na dwa razy. Droga asfaltowa prawie bez ruchu, obok ścieżka dla caminowiczów, większość idziemy asfaltem. Samochody ładnie omijają, tylko jeden zatrąbił. Gadam z Olą jak widzi tę naszą ekipę, potem o różnościach. Oczywiście nogi się rozeszły, ale wielką przyjemnością ten marsz już nie jest.

Andrzej czeka, ale to niecała godzina - proponuję postój w kępie drzew na horyzoncie. Ładnie wychodzi, po 1h15'. Ola opowiada o doktoratach, ładny cień, lekko leniwo, tylko much sporo. Ostatni kawałek droga bez zmian, tylko w końcówce parę zakrętów i tunel pod koleją. Ola przyhamowała - ma coś z biodrem, Benia została z nią, Andrzej oczywiście z przodu. Końcówkę dociągam tak sobie, ale z zegarka wychodzi, że jest oki, więc to psyche zmęczenie.

Andrzej siedzi pod albergiem, nawet nie próbował gadać. Szukam szefa, znajduję w kuchni (już jest dobrze, będziemy gotować), szybko dociągają dziewczyny. Płacimy po 4 euro, pan zgadza się, byśmy nie szli na górę tylko rozłożyli materace w dużej sali na dole. Jest cudo - materace idealne, powietrza sporo i luz. Już jeden materac był, po nas jeszcze dwoje tu się przeniosło, ale i tak będzie więcej powietrza jak na piętrowych łóżkach.

Benia poszalała po necie i poszła gotować makaron, Andrzej siedzi z nosem w mapie i liczy jak przestawić auto. Dziś wracając szedł autostradą i łapał stopa - dobrze, że mandatu nie zapłacił. W sumie przeszedł niewiele mniej niż my. Ale kondycję to ma, więc spoko.

Jedzonka dziś mamy do oporu, choć raz głód nie grozi. Ale lepiej nosić, niż prosić, a apetyty wyraźnie idą w górę. Zwłaszcza Andrzej zaczyna pałaszować intensywnie. Spoko, to jeszcze mały problem.

Dziś SzPP do Bierzwnika - dałem smsy do Asi i do pani Teresy. Idziemy cały czas razem z nimi, cały czas z zegarkiem - gdzie oni są i co teraz robią. Dziś przy niedzieli wszystko jakoś świątecznie i bez stresów, myślę, że ta ranna Msza bardzo dużo dała. A i ciastka boskie, jeszcze końcówka została. Zaufanie do Szefa pełne, już tyle dowodów opieki dał, że chyba tylko idiota o byt by się martwił. I jeszcze dzisiejsze czytania... rozmnożenie chleba i czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem. No i czas.... przedostatnia niedziela. Leci to wszystko.

W albergu profile trasy - pojutrze za Leon lekko w górę, a za Astorgą mocno w górę ładnych parę kilometrów. Andrzej spoko, ja myślę, że poradzę, zobaczymy jak Ola z biodrem. Jeszcze kawałek jest. Idę na makaron.

Dopisuję 2 dni później. Nasz makaron właśnie dochodził, gdy ucztujący obok stwierdzili, że mają dość i dali nam pół sagana spaghetti carbonara. Wyżera nie z tej ziemi.

1 sierpnia, poniedziałek, dzień 37


Rano pakowanie - włącznie z zapakowaniem ugotowanego makaronu w menażki. Trochę ciężko, ale wyboru nie ma. Dziś data wiadoma, więc intencja za Ojczyznę - rano myślałem, że nie będzie źle. jedni z kamienia, drudzy z żelazaRano etapik do Mansilla de las Mulas. Jak zwykle rano trochę sennie, leniwo i bez wielkich wrażeń. W Mansilli na wejście pomnik zmęczonych pielgrzymów. Ola robi fotki. Śniadanko na ławce. Humory bardzo ładnie dopisują, dzień się zapowiada śliczny. Rano zimno, na śniadaniu robi się słoneczko, jest oki. Dumamy, jak kiwnąć z boku Leon. Z następnych kawałków dzień później nie za wiele pamiętam. Szlak cały czas w pobliżu N-120, hałas i głośno. W oczy rzuca się mnóstwo kanałów nawadniających pola. Ktoś tu przez lata nad tym pracował. Krótko przed Leon wiata betonowa z fuentą i ławkami, to tuż przed wsią Puente de Villarente. Myślimy o jedzonku, gdy ruszamy, 100 m w górę do wsi i zajeżdża samochód z chlebem. Mówisz i masz.

Potem w bok - schodzimy na główną drogę, żeby omijać Leon. W bok odbija obwodnica - Andrzej chce biegać poboczem. Idziemy dalej w kierunku miasta, robi się Puente Castro i widać, że to już jest miasto. Benia pyta, gdzie nocujemy, bo następny alberg za Leon jest daleko. Siadamy przed mostem przy wiacie i narada. Na razie idziemy, koło 19 będzie decyzja. Andrzej bardzo zdecydowany iść do końca do upadłego.

Na punkcie info jest plan Leon - jest duża ulica na południe od miasta - nią zetniemy cały trójkąt idący do katedry. Niedaleko od tej ulicy alberg - zbaczamy po pieczątki i zostajemy na obiad. Są ławki w cieniu i woda, w albergu kibelek. Mały Jesus zagląda nam w gary i dopytuje się, co i jak. Koleżanki są bardziej dyskretne.

Leon - obiad z JesusemMała sjesta i trzeba ruszać. Kręci się dziwne młode towarzycho, odchodzimy bez żalu. Na naszej głównej alei trochę ruchu, ale iść się da. Za miastem wyraźnie w górę, mnóstwo firm i sklepów. Męcząca do marszu okolica. Za Trobajo del Camino jest nasz szlak. Stajemy tuż za La Virgen del Camino. Akurat 17ta. Hymn i modlitwa za poległych i za Ojczyznę. Przecież i tak wciąż idziemy myśląc, gzie oni są i co robią. Cienia mało, czasu też, ale oddychamy nieco. Umawiamy się na postój za 6 km. Droga schodzi w bok, robi się szutrowa, idzie pod autostradą. Niby 4 km, ale leci szybko - chyba w obliczeniach im nie wyszło. Stajemy w San Miguel del Camino przy fuencie. Ruch duży, wielu się zatrzymuje po wodę. Dochodzą dziewczyny. Humory nawet niezłe. My idziemy, one niech podjadą. Pozbywam się najcięższych rzeczy. Andrzej do przodu, ja swoim tempem. Oglądam się na auta, po 15 min jest Ola machająca chyba z Opla. No i pięknie.

Andrzej stopniowo się oddala, ja nie forsuję, bo to i tak daleko. Ten kawałek to 8 km. Villadangos del Paramo widać z daleka, ale okazuje się, że to sklepowe przedmieścia. Po hotelach chwilę przysiadam, nogi dają się we znaki.

Alberg na samym początku wioski. Dziewczyny pomyte, szybko kolacja, wcześniej kąpiel. Jest mleko i piwo - jest fajnie. Szybko robi się wieczór, ale i doszliśmy przed 20. Ola mnie leczy przy oknie na korytarzu - szybko się ściemnia. Brewiarz w jadalni przy ostatnim świetle.

Wyrka w 3 piętrach, jakieś wyjątkowo niewygodne a krótkie, akustyka też mocna - skrzypnięcia niosą się, ktoś długo gada.

2 sierpnia, wtorek, dzień 38


Budzenie chyba na 3 budziki. Gdy Andrzej mnie woła - jesteśmy jednymi z ostatnich. Znowu na ekipę wyczynowców trafiliśmy. Wracając z łazienki nastawiam wodę na kawę - Andrzej i Ola zachwyceni.

Oczywiście ciemno, zimno i do domu daleko. Po ciemku raz wątpliwość co do szlaku. Cały etap wzdłuż N-120, ruch duży. San Martin del Camino - nie ma ani chleba ani wody. Dziewczyny rozgadane z franciszkanką, chcą wspólnego posiedzenia, a tu nie ma przy czym - ona poszła dalej. Siadamy na poboczu, lecą budynie. Andrzej grzeje ręce nad garami. Zimno dość mocno. Po gorącej przekąsce i w drogę, zanim wystygniemy. Humory średnie bo zimno i głodno.

W Hospital de Obrigo z dala widać duży most - pewno za nim sklepy. Zaraz na lewo mercado - są Polacy z Łodzi. Niedaleko na placyku fuenta i jakby stołki kamienne - w sam raz na śniadanie. Leniwo idzie, na mnie to za długo schodzi.

Przy wyjściu z miasta 2 możliwości - idziemy na prawo, chyba tradycyjnie. 2 wioski niedaleko siebie, stajemy w Santibanez. 4 ławki pod drzewkami naprzeciw kościoła. Kościół wygląda na stary, w środku okazuje się nowy ale z bardzo starym ołtarzem. Miła pani daje pieczątki. Znów na zawołanie podjeżdża chleb. widok na Astorgę

Biorę ibuprofen, leci mi się idealnie. Droga dość kamienista, wyraźnie w górę a na końcu w dół. Rozciągamy się mocno. Przed San Juan śliczny widok z góry na Astorgę.

Na wejściu do San Juan Andrzej czeka - leci po auto. Daje mi drugą menażkę. Benia jest szybko, idziemy do miasta. Jest skwerek w cieniu. Podłoże tragiczne, ale gotujemy. Wychodzę naprzeciw Oli. Daleko. Zupki gotowe, wciągamy szybko. Przenosimy się do cienia pod szkołę rolniczą. Małe II danie i dziewczyny śpią. Ja uzupełniam etapy w kredencjalu - dziś w Hospital de Obrigo nabyłem drugi kredencjal! - i te notatki. Zaraz kawa i dalej. Ciekawe, gdzie Andrzej nas znajdzie.

Wstawanie bardzo leniwe, zamiast 16 wychodzimy 16.30. Do Astorgi 3 km - też jakoś leniwo idzie, skrajem asfaltu. Na początku miasta bardzo w lewo, wydaje się, że miasto omijamy. Ostro w górę i jesteśmy na Starówce. Zaraz alberg - bardzo miły pan objaśnia jak wyjść z miasta i gdzie market. Kibelek, zimna woda - znowu chwila schodzi. Jeszcze sklep i znowu chwila - na wyjściu z miasta jesteśmy po 18. Prawie dramat. Spotykamy naszych Polaków - jakoś leniwo im idzie. Od Andrzeja sygnału nie ma. W Muria postój na skwerku. Dociągają i Polacy, nawet startują przed nami. Szybko ich wyprzedzamy. Jest sms od Andrzeja - idzie za nami z Astorgi. Średnim tempem do Santa Catalina de Somoza. Zaraz na początku prywatny alberg przy barze, bardzo ładne podwórko. Tylko 5 euro i o Andrzeja nie pytają. Bierzemy. Ola padnięta, ja tak trochę. Zdążyłem się wykąpać, w trakcie prania jest Andrzej. Niezłe tempo. Dowiózł brykę do Ponferrady.

Kolacja z winem na wyrkach, między wyrkami krzesło z żarciem. Patrzymy na kilometry i na rozpiskę - jak nic jutro po górach. Propozycja dla Oli - podjechać jutro albo nawet podjechać autem do Santiago i obrócić. Benia zgadza się towarzyszyć. Jak dla mnie - najlepsze wyjście. Wyśpią się dziewczyny.

Wieczorem telefon do Kazimierza - jest w Sierakowie tak jak się spodziewałem. Rozmawiam i z solenizantem i ze Zdzisławem - chyba trochę a może i bardzo zazdrości.

3 sierpnia, środa, dzień 39


Andrzej robi pobudkę, krótko po 6 na drodze. Z nami wychodzi współlokatorka, chyba Niemka. Ciemno całkiem, ale droga wyraźna. Próbujemy gwiazdy rozpoznać, nawet Oriona widać tu.

Do El Ganso prawie po ciemku - wioska śpi na całego. Lecimy dalej - będzie koło 12tu na śniadaniu. W Rabanal będzie z 5 albergów, ze 4 bary, ale żadnego sklepu. Nie mamy chleba. Andrzej robi kawę, ja kupuję ciastka. Jakby co - mamy zupki. Gdy ruszamy - jest auto z chlebem, Andrzej biegnie do niego - jest oki.

Ciągniemy kolejne 4, to już solidnie wysoko. W Foncebadon w barze pieczątka - przybija świetna dziewczynka, może z 6 lat. Za wsią pod murkiem śniadanie, gwarzymy dość poważnie. Widoki się robią, góry na całego. Wciąż raczej w górę. Ze 2 km za wsią krzyż żelazny, u stóp kupa kamieni. Dość imponująco to wygląda. Oczywiście foto. Lekko w dół - jest Manjarin - pojedyncza chałupa z obsługą pielgrzymów. Niby sklep niby bar, ciekawe miejsce. Wciąż do góry - za 6 km ma być El Acebo. Po prawie godzinie zaczyna się zejście - niektóre panienki wyraźnie mają dość. Ostatni odcinek bardzo mocno w dół. Wioska z fajnymi balkonami. Tienda na końcu wsi przy placu zabaw - rozkładamy się pod drzewem. Zupka, jedzonko, ze sjesty nici - muchy wyjątkowo upierdliwe. Do przesady.

Nic nie pospaliśmy, muchy zupełnie nie dały. Wstawanie średnio leniwe. Popołudnie bolesne. Droga w dół, ale spory kawałek w niecce między górami. Słońce zdecydowanie mocniejsze niż poprzednio, teren nagrzany i duszny. Do Molinaseca dochodzimy na rzęsach. Ciężko. Na początku miasta kąpielisko na rzece. Nawet nie mam siły rozglądać się. Wszystkiego dość. Przechodzimy wąską uliczką przez miasteczko, rozwalamy się na chodniku. Motorowerzysta chyba na nas się zapatrzył - wyłożył się przy nas na środku ulicy. Ludzie się z nas śmieją - potem się okazało, że 300 m dalej był alberg. Siedzimy z 20 minut i w drogę - niby niedaleko do Ponferrada. Gdy ruszamy - policja robi zamieszanie na drodze. Okazuje się, że to jedzie wyścig kolarski (dużo potem dowiedziałem się, że Vuelta de la Burgos). Na czele samotny uciekinier, koło 2 minut przewagi, grupa Spivk, Enrique S... jakiś tam. Dzień potem z gazety to wiem - wygrał samotnie, stamtąd do mety miał 7 km.

Droga w bok, jakieś dalekie przedmieścia, gorzej, że łukiem miasto omijamy. Nie idziemy szlakiem, pytamy o alberg - nie tak daleko, duża chałupa. Mówimy o problemie z przybyciem dziewczyn - OK., poradzimy.

Ledwo się zapisałem - za 5 minut jest Msza. Chwytam mszał i biegnę, niech Andrzej łapie bagaże. W czasie Ojcze nasz prawie odlatuję. Ledwo dokończyłem, usiadłem. Trochę chyba przesadziliśmy, a poza tym prosto z drogi do kościoła, nogi bolą, buty nie zmienione. Te 44 km to też wystarczy.

Po Mszy idę szukać sklepu, nawet nie tak daleko było mercado. Coś na kolację i pan. Wracam koło 21 - sygnału nie ma. Włączam swoją komórkę - sms od Beni: nie wiedzą, czy jechać na wieczór pociągiem. Odpowiadam - za późno, nocują po drodze. Jemy kolację na dworze, gdaka o motywach pielgrzymowania. Układamy się - dzwoni Mama. Miła niespodzianka, Gosia w domu. Jadą ze Sławkiem do Świnoujścia, pozdrawiam.

Wieczór tragiczny, spanie zerowe. Zmęczenie total, ludzie gadają, jak się udało zasnąć, to męczące sny o locie gdzieś do Iraku. Wypoczynek zero.

4 sierpnia, czwartek, dzień 40


Budzę się 5.10, szum w albergu, ale u nas na górze w miarę spanie. Oczywiście spanie już żadne, ale wstajemy po 6. 6.30 na drodze. Nogi bolą z każdego końca, będzie dziś ciężko. Przez miasto niecałą godzinę, chyba trzeba wszystkie zabytki spojrzeć. Zamek nawet ciekawy.

Droga wygodna, mało uczęszczany asfalt. Sporo ludzi idzie, w tym albergu było nas grubo ponad 200, a były jeszcze inne. Śniadanie w Fuentes Nuevas - siedzimy na chodniku z tyłu za małą kapliczką na środku placu. Za kapliczką bar - tłumy pielgrzymów co chwilę dobiegają. Ruch na całego. Po śniadaniu w drogę - dróżka asfaltowa, potem polna między winnicami. Dalej widać góry, w ogóle urozmaicony kraj się zaczął. Postój w Cacabelos - Andrzej siedzi na wejściu przy fuencie, czeka już 20 minut. Ludzi przechodzi sporo, dziś wyjątkowe natężenie mamy.

Po 20 minutach idziemy - 7 km to nie tak strasznie. Najpierw całe Cacabelos - okazuje się długie. Potem wyraźne podejście przez Pieros - może wymęczyć. Tam rozwidlenie szlaków - idę na lewo asfaltem, potem szlak w pole. Przed Villafranca złączenie szlaków - chyba kogoś dogoniłem. Przedmieścia Villafranca długie, kamienista dróżka a ja już mam dość. Andrzej czeka przy albergu - poszedł dróżką w prawo, był 5 minut przede mną.

Wleczemy się do miasta, będziemy szukać wody. Doganiają nas dziewczyny - szły drogą N-VI chyba 10 km. Piękne spotkanie.

Z fuentą bieda, pan daje wodę w sklepie odzieżowym. Cofamy się do trawiastego skwerku. Resztą sił idę do sklepu - mleko, cola. Dziewczyny mają ser, kiełbaski. Głodu nie ma. Wymiana wrażeń z 2 dni. Szybko spanko - wszystkim się przyda.

Wstawanie znowu leniwe - jak zwykle trochę opóźnienia. Z zakupów nici - sjesta, tylko na darmo rundka po mieście. Szlak idzie asfaltem a potem wzdłuż asfaltu, trudno nie jest, ale nogi jakoś ciężko idą. Wokół niczego sobie góry, przez nie autostrada i wzdłuż autostrady droga N-VI i nasz szlak po poboczu.

Wioska Pereje - szlak schodzi do wsi, siadamy przy fuencie, ja i Andrzej na schodach do jakiegoś dziwnego domu. Schody w cieniu, ale jeszcze mocno nagrzane. Postój krótki, na nocleg nie jest daleko. Droga całkiem miła, cień, rzeka w dole szemrze, na drodze ruch zupełnie znośny. Autostrada z boku, nie przeszkadza.

Trabadelo niby się zaczyna, ale domy jakoś daleko. Benia bardzo została, Ola na nią czeka. Zaglądam do sklepu - otwarty do 9 więc się zdąży.

W refugu nie ma właściciela. Obchodzę wszystkie pokoje, jest komplet. Są dziewczyny, rozpytują się - należy siedzieć. Okupujemy sofy w salonie, dziewczyny pierwsze się kąpią. Nowe znajomości - dwie Słowenki w średnim wieku i Maciek z Bydgoszczy. Ten posiedział z nami prawie cały wieczór.

Pojawił się gospodarz - możemy spać w salonie. Kolacja, z okazji Dnia Proboszcza z winem i z czekoladą. Szybko wieczór leci, leczenie nóg po ciemku. Mam średniego bąbla na pięcie. Andrzej odbiera info - w meczu 4-2 dla porządkowych - Andrzej triumfuje.

Rozkładamy sofy, materace - schodzi długo. Ja na sofie, ale w nocy wyniosłem się na podłogę. Tu mogę się wyprostować.

Komentarze

pełna podziwu - 16.12.2018 21:24

Tak, jestem pełna podziwu. Często ksiądz tu pisze, że otrzymał w czasie drogi lekcje pokory. Ależ przeszedł ksiądz ponad 1500 km, w upale, zmęczeniu, z bólem. Już więcej lekcji nie potrzeba, pokazał ksiądz jak pokorny powinien być człowiek. Z Bogiem.

Małgorzata L. - 15.06.2016 00:09

Zaczytałam się..:). Pierwsza myśl to wspomnienie o "Pielgrzymie" Paulo Coelho, ale nie tylko..Nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce.., ale nieraz widziałam wyruszających i pielgrzymów i wiem, że chętnie bym także poszła..Jakoś nie było okazji do tej pory..W każdym razie relacja z pielgrzymki niesamowicie wciągająca, ciekawa i dająca do myślenia..Bardzo budująca.

krzysztof kiełek starachowice - 19.09.2013 13:58

super napisane sporo się uśmiałem a i łezka w oku się zakręcila ja swoje camino zaczolem 29 czerwca 2013 roku do 20 lipca z Atapuerci do Santiago przez Muxie do Fisterry .I tak czytam te ksiedza wspomnienia i tak teraz patrzę ze swojej perspektywy jak to się camino zmienia ja szedlem w lipcu i mialem bardzo duzo słońca ale i wiaterku jednym slowem św Jakub mnie sprzyjał ja myślałem że jestem maratończykiem ale się pomylilem byli lepsi o de mnie ale mimo że szedłem dużo to chciałem coś zwiedzić i tak Burgos ,Leon I Astorgę zwiedziłem i po drodze się napztrzylem ładnych widoków i tak z perspektywy czasu porównuję te swoje camino do camino księdza i stwierdzam fakt że camino 10 lat do tylu i współczesne mimo że duzo się zmieniłop pozostaje takie samo i dzięki ś Jakubowi za to bo każdy znajdzie to po co się wybiera na camino a moje zawolanie na camino to było vamos peregrinos desperados i nie było osoby która by się nie uśmiechneła na takie zawolanie pozdrawiam buen camino i szukam książki której autorem jest ksiądz

Zobacz wszystkie »