Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Moje Camino - Camino czyli raj na ziemi

5 sierpnia, piątek, dzień 41


Pobudka i wyjście standard - jeszcze ciemno. Księżyc na nowiu, słońce późniejsze. Najpierw mało uczęszczanym asfaltem, potem poboczem nacjonalki. Sennie i leniwo, noga mnie boli w paru miejscach. Poza tym zimno.

Vega de Valarce - Andrzej nie bardzo wierząc zbacza do piekarni - o dziwo, jest chleb. Kawałek dalej otwarty sklep - prawie cud o tej godzinie w tym kraju. Ja staję koło fuenty - robi się śniadanie. Mijają nas całe tłumy - ciekawe, gdzie spali, bo nie wszyscy u nas.

Po kawie i jedzonku nieco lżej. Kawałek oddzielonym poboczem nacjonalki, potem drogą przez wieś. Każdy idzie sam, swoim tempem - rozciągamy się nieco. Wioski prawie łączą się z sobą, często domy. Za Hospital droga wyraźnie w górę. Dobrze, że równo. Dylemat na rozjeździe - wybieramy drogę rowerów. Benia przed nami. Kolejny rozjazd - my z Olą w lewo. Po ostrym podejściu La Faba. Idę do końca, Andrzeja nie ma. Cofam się do polany przy fuencie, zatrzymuję Olę. I tak nogi muszą odpocząć. Po 15 minutach Andrzej - czekał przy pierwszej fuencie, żadne z nas go nie widziało.

Droga wyraźnie w górę - szybko wychodzimy z lasu. Krajobraz trochę bieszczadzki - połoniny to przypomina. Benia daje smsa - poszła inną drogą. W La Laguna chwila przy studni i do O'Cebreiro. Benia czeka, liczymy km - zasłużyliśmy na obiad. Kupujemy 2 razy 4 chleby niezależnie od siebie. Obiadek na murku i teraz na śpiworkach w cieniu. Nawet mnie do snu buja.

Pospaliśmy równo, wyjście dobrze po 16. W tym O'Cebreiro pełne wczasowisko, piknik na całego. Widok na obie strony góry. Lecimy jeszcze na 2 etapy. Droga ładna, chwilami w cieniu, jak zwykle po południu pustawo. Wioski w tej Galicji straszne. Zatrzymaliśmy się w jednej na postój - przy fuencie syf straszny, nieco dalej przy kościele dało się siedzieć. Smród wszędzie, obornik się wala, psów wałęsa się cała masa. Przeskok cywilizacyjny straszny.

Dochodzimy do planowanego noclegu - ma być prywatny alberg. Jest, ale pełen, pani o spaniu na podłodze nie chce gadać. Bieda. Cofamy się 100 m - casa rural. Są 2 miejsca, dziewczyny zaczynają się rozkładać - za chwilę wychodzą - cena jakaś porażająca. Przez wieś rozglądamy się za miejscem do spania na dziko. Za wsią na stopa - zawsze mamy jeszcze prawie 2 godziny na wyłapanie czegoś. Staje po ok. 10 minutach Landrover. Chciał 2 osoby - zabrał 3, bo Benia się wsadziła na przód właściwie na siłę; Andrzej chciał iść pieszo.

Po strasznej górze zjeżdżamy do Tricastella - Oli prosiaczek bardzo się z tego cieszy. Wysadza nas gość przy albergu - pełno. Benia idzie gadać. Zrobiła kółko - wszędzie pełno, ale kazali jej iść do proboszcza bo miły. Walimy na kościół. Jest otwarty i proboszcz właśnie wychodzi. Proszę o Mszę - nie ma problemu, choć chyba nie do końca zadowolony że jeszcze posiedzi. Sam spytał, gdzie śpimy i zaproponował spanie... w kościele. Ale najpierw odprawiam. Tekst rozważania dał - było jako kazanie. Po Mszy pilnuje rozłożenia śpiworów - musi być osobno. Potem ciągnie za sobą, odkręca wodę - nabieramy do pełna w co się da. Kolacja na murku, siedzi z nami i gawędzi. Augusto ma na imię, będzie pod 50 lat - miły facet. Myjemy się nałapaną wodą i chusteczkami dla dzidziusiów. Oprócz nas na chórze kościoła 5 osób - późno zeszli, ale prawie cicho. Ola mi robi bąble - są na obu piętach, jeden się odnowił. Śpimy przed 23.

6 sierpnia, sobota, dzień 42


Noc straszna, nie wyspałem się nic. Może za długie spanie po południu, poza tym twardo i niewygodnie. Budzenie co chwila.

Na drodze koło 6.30 - zupełnie ciemno. Andrzej komórką oświetlał sobie słupki. Droga dość mocno w górę. Wali cały tłum. Gęsto od kijów. Średnia frajda, uważać trzeba żeby jakąś laską przy wyprzedzaniu nie oberwać.

Nieco jaśniej; jest źródło wprawione w kształt muszli. Ładne i woda oki. Zdejmuję polar. Na śniadanie za wcześnie. Nie za daleko przełęcz i widok na dolinę z morzem mgieł. Widok powalający, fotki idą masowo. Lekko w dolinę, we wsi nie ma gdzie siadać. Przywykliśmy do postojów we wsi przy fuencie - tu zwykle nie ma na to szans. Postój za wsią na murku. Akurat Maciek się zjawia, siada przy nas. Chleba jest dość, atmosfera miła.

Idziemy, Maciek z nami a dokładniej z Benią. Ja się powoli rozpędzam, potem idę z Olą, ona na chwilę w bok, więc zostajemy. Najpierw górka, potem wyraźnie w dół do Saria. Białe miasto w dolinie. Właśnie pokazało się słońce. Przez całe miasto szukamy sklepów, na schodach w centrum szalony rowerzysta zjeżdża środkiem. Kompletne wariactwo. Za miastem targowisko - żywe koguty, króliki i w ogóle. Maciek sobie idzie. Benia rzuca do Oli że ją amant opuścił - wybuchamy śmiechem. Benia kompletnie obrażona.

Idziemy do 14tej. Znowu górki, ale sporo drzew i cienia. Mnie idzie się zupełnie nieźle. 2 razy staję przy sklepie, zanim Benia dojdzie to się rozglądam. Za drugim razem ona robi zakupy - chleb był, brakło konkretów. Jedna fuenta - sucha, dalej nic nie widać, jest ładny cień na placyku pod drzewami - zarządzam postój, idę po wodę. Jacyś wybitnie nieużyci tubylcy - wmawiają, że nie mają wody, w końcu młody jakiś odkręca mi kran pod domem. Niemiłe, dobrze, że rzadkie takie numery. Dźwigam dwie butle, wracam do moich. Chcę wyjaśnić Beni ten śmiech - wychodzi scysja na całego. Andrzej niepotrzebnie podnosi głos. Obiadek w średniej atmosferze, po nim wszyscy śpią, ja piszę.

Dokańczam pisanie w poniedziałek wieczorem. Wciąż dymy były. Leniwy się ten postój zrobił, wstawało się ciężko. Popołudniowego kawałka niewiele pamiętam. Chyba Andrzej z Maćkiem siedzieli na murku w cieniu, ja doszedłem, siadłem nieco wcześniej po prawej. Krótki postój, bo do noclegu kawałek. Idziemy do Portomarin, końcówka raczej w dół. Ola została z tyłu, prosiaczek jej dokucza. Wejście do miasta - bardzo wysoki most, w dole coś, co wygląda na sztuczny zalew. Benia i Andrzej czekają na schodach na końcu mostu. Zbieramy się, dreptamy przez miasto. Pierwszy sklep - koniecznie picie. Wlewam w siebie na maxa. Dało mi to popołudnie mocno. Prawie na końcu starówki - alberg municypialny. Oczywiście załadowany. W dół przy księgarni ma być privat - dobić się nie sposób. Idziemy z Benią szukać innych. W kościele akurat Msza - jest 20.30 - nie da rady. Jeden alberg - pytamy w barze - komplet, każą obok. Wejście od skarpy - są miejsca, po 8 euro, jak 5 osób (bo cały czas Maciek) to po 7. Zaraz wrócimy. Po drodze zakupy - markety działają, bo ludzi w mieście tłum.

Instalujemy się, cisza od 23, więc możemy i kolację. Tylko kąpiel chłodnawa. Benia sonduje suszarkę do prania - nie bardzo wysuszyła, trochę podgrzała, a całe euro poszło.

Na koniec w pośpiechu tuż przed 23 sprzątamy po jedzeniu i lecimy do wyrek. Są jeszcze wolne miejsca - nie było tu takiej tragedii.

7 sierpnia, niedziela, dzień 43


Rano jeden oglądał się na drugiego, ja rzuciłem, że możemy poniedzielować - zaczęliśmy wstawać, jak było jasno. Do tego śniadanko - wyszliśmy 8.30. Horror. Jedyna pociecha, że mgła i wilgotno. Jak tu iść w nocy - ciężko pojąć. Rano przez inny most na tym zalewie i dość pod górę. Większych wzniesień już nie ma być. Choć hopki w tej Galicji nieustające. Prawdziwe góry za nami.

Pierwszy postój w małej wiosce na kamieniach przy kościółku. Ola zainteresowana kamienną architekturą. Dziwny postój bez kawy - do tego z rana przywykliśmy.

Nie bardzo kojarzę dalszy ciąg rana. Razem z Andrzejem ciągniemy pod Palas de Rei. Przed miastem jakby miejsce odpoczynku, ale w słońcu. Andrzej chce leżeć na ładnej trawce przy drodze, ale skoro są wielkie tablice że to privado więc ja wolę nieco dalej po lewej w dużym cieniu. Ranna mgła dawno poszła. Grzeje całkiem ładnie, pranie suche, także moje spodnie - ubrałem na II postoju. Aha, postój był na podwórku przy małym albergu po prawej stronie. Ślady trawki wychodziły spomiędzy betonków - siedzieć się dało, obok śliczny wielki kogut, co chwila hałasował, a kot wyglądał, jakby pilnował kur.

Na obiad poczwórna zupa z makaronem - nie wiem co i z czego Ola w końcu tam powrzucała. Dobre i ciepłe. Potem chlebek z czymś i magdalenki na deser - babeczki jakby drożdżowe tutejsze. Ciężko się wstawało, ale nocleg daleko - leniwy ranek trzeba nadrobić. W Palas de Rei szukamy sklepu - oczywiście nie ma szans. Szlak wężykiem przez miasto, jak zwykle żeby całym miastem przeprowadzić. Popołudnie jakoś bez historii. Nie, było!!! Na szlaku spotkałem Czeszki. Wypatrzyły Andrzeja, ale przeleciał, mnie zagadnęły. Targają potężne plecaki, studentki z Brna. Gadka i o polityce i o Czechach. W miarę miło, sporo da się zrozumieć. Idę swoim tempem, one się trochę zdyszały. Droga sporo w dół, coś w rodzaju lasu, trochę cienia. Przy niewielkim albergu Andrzej na betonowych stołkach przy okrągłym stoliku. Przysiadam, one też. Wyciągają coś do palenia - Andrzej mówił, że to strasznie śmierdziało, Benia potem przypuszczała, że to może marycha.

nocleg w sali gimnastycznejOla się opóźnia - pomyliła trasę. Zarządzamy, że ja i Andrzej lecimy przodem nocleg klepać. Kawałek jest spory, nie wiadomo co tam na końcu nas czeka. Ciągną się jakieś dziwne wioseczki, Melide jakoś nie widać. Z dala widać grupę firm - tutejsza zona industriale, przy niej park dla pielgrzymów z ławkami i wodą - jak drzewa urosną, to będzie tu ładnie. A miasto daleko. W końcu jest jakieś miasteczko - czas najwyższy - i tu niespodzianka - to Furelos. Z mapki wychodzi, że do Melide jeszcze kawał. Ja prawie padam, ale wyjścia nie ma. Na szczęście od ostatnich domów widać już wjazd do Melide. Na podejściu stajemy - sms do dziewczyn, że mogą podjechać stopem. Smsy się mijają - laski już to zrobiły i są w mieście pod kościołem. Na drodze piekarnia - jest ostatni kawałek chleba. Bierzemy.

Są dziewczyny - sprawdziły alberg - zapchane, zaś kościoły zamknięte. Benia idzie pytać policjanta - wie gdzie szkoła i gdzie sklep. Lecimy. W szkole sala gimnastyczna na betonie - życzliwy podpowiada, że w rogu są kartony. Z Benią na zakupy - jest chleb i wino. Zarządzam Mszę - Maciek też idzie. Msza we wnęce za szkołą. Przeżycie mocne, ale niedziela jest niedziela.

Kolacja na środku sali, ściemnia się szybko. Prowizorka kąpiel - łazienka dość obskurna i woda zimna, ale się żyje.

Układamy się na kartonach. Twardo.

8 sierpnia, poniedziałek, dzień 44


Noc oczywiście do niczego. Zupełnie spanie nie szło. Przewracałem się miliony razy. Coś tam zasypiałem, ale męczarnia w sumie okropna. Gdyby tak spanie na tej pielgrzymce mi wychodziło - byłoby o wiele łatwiej. Ledwo parę nocy tak naprawdę dobrze przespałem.

O 4 wstawałem do łazienki i podłożyć sobie polar. Wszyscy spali. 4.30 zaczął się ruch - harcerki ze środka sali zrobiły pobudkę. Najgorsze te kije walące o beton. Przewrażliwiony jestem na ich punkcie. One poszły, inni zaczęli się ruszać. Podobno strasznie chrapałem z buzią rozpłaszczoną na brewiarzu. Andrzeja budziłem parę razy - też zasnął nad ranem.

W sumie wyjście koło 7 - nie tak źle, jeszcze szaro. Mgła siedzi, zapowiada się chłodny ranek. Spodziewamy się, że jak zwykle tak będzie pod 11tą, potem upał. Plan na dziś - w miarę szybko na nocleg ok. 20 km od SdC. Pierwszy postój na ławeczkach pod drzewami. Kapie z drzew tylko odrobinę. Wiara mija nas pozawijana w pałatki. My dzielnie bez niczego. Prawie nic zresztą nie mamy. Na razie to najwyżej mżawka.

Na śniadaniu kręci się czarny kundel. Miły, ale chory i stary. Głodny, bo chleb wcina, bardzo towarzyski.

Lecimy dalej, widać tłum dookoła, harcerki spotykamy nieustająco. Wszystko wchodzi do Arzua, tłok taki, że w mieście uciekam na drugą stronę ulicy. Jest market, w nim ławka - czeka akurat na nas. Zakupy takie, żeby starczyło do końca.

Przed albergiem kolejka plecaków, wiem dokąd gonił ten poranny wyścig. Pieczątka samemu w sali parafialnej i dalej. Na szlaku momentalnie pusto. Paru rowerzystów i kilku pieszych do wieczora.

Na obiad musi być fuenta bo ma być makaron - jak na zawołanie po 6 km skwerek z kranem. Ola gotuje makaron z sosem, potem poprawka chlebem - dziś bez ciastek, ale kawa jest.

Nie rozsypiamy się, bo dalej chłodno, choć już nie pada, ale sjesta niekonieczna. Wciąż boimy się o nocleg. Z Andrzejem ciągniemy do przodu, dziewczyny wyraźnie z tyłu. Benia ma problem z plecami.

Obiad to był chyba w Cotorbe, potem od Salcede rozglądamy się za noclegiem. Na rozpisce jest Sta Irene. Są 2 albergi, ale pełne. Za 2 km ma być coś dalej i grande casa. Lecimy. Jak coś będzie wiadomo, to powiemy dziewczynom. Nazwy wiosek się mieszają, nie wiem w końcu czy to Arca czy O Pino. Alberg w bok od szlaku, oczywiście komplet. Jak chcemy podłogę, to w casa de cultura. Chcemy, bo Monte do Gozo za 14 km - stanowczo nie dziś.

Jest 17ta. Sms do dziewczyn - one dały smsa, że szukają nas w Sta Irene. Wychodzę naprzeciw - zeszło koło godziny. Siadamy i radzimy - zaczepia Iwona z Poznania z rodziną.

Gadatliwa babka, ale miła. Pożyczamy pierwsze karimaty, podłoga kamienna. Kąpiel na zimno, pranie dało się zrobić - zasadniczo alles mam czyste. Święto.

Obok market więc dodatkowe zakupy. Andrzej leczy u Oli nogi - dziś dzień służby zdrowia, więc coś koniecznie musiało wyskoczyć. Teraz wraz z Maćkiem - też się tu znalazł - zabieramy się za kolację.

Kolacja w piątkę z Maćkiem, nawet miło i przyjemnie, trochę może że piwo było, więc lekko rozmownie. Do stołu dosiadło się towarzycho Włochów z cudownymi dzieciakami. Oczywiście Benia kwiczy i mówi, że chce piątkę. Lucia ma kapitalne, ogromne czarne oczy. Oczywiście foto.

Moje nogi wygłupiają się aż do końca i Ola nawet w ostatni wieczór ma robotę. Śmiesznie.

Późno przychodzą nasze Czeszki, gramolą się długo, światło się pali. Szybko w miarę zasypiamy.

9 sierpnia, wtorek, dzień 45


Noc nie najgorsza, choć trochę mnie po tej pożyczonej macie nosiło. Właściwie nie mata, ale materac podobny do mojego, tyle że oddmuchać nie umiałem.

Pobudka coś koło 6, chyba 6.30 na drodze. W tej strefie czasowej całkiem ciemno. Idziemy drogą, żeby się nie cofać do szlaku. I tak gdzieś na Camino wyjdziemy. Aut parę jedzie, ale jest szeroko i prawie cały czas latarnie. Gdzieś po 2 km jest szlak w bok - i tak chyba z 1 km oszczędziliśmy.

Droga mocno w górę - wygląda, że też tak na pożegnanie. Sporo eukaliptusów. Ciekawie, bo inaczej.

Dziwny hałas gdzieś z lasu - okazuje się, że idziemy obok lotniska. Foto dla kołujących i startujących samolotów.

Śniadanie na betonowych rurach na poboczu - schodkami dało się siedzieć. Benia wzięła z albergu chleb - mamy aż nadmiar. Wsuwamy do oporu. Do Monte do Gozo powinno być ze 4 km, chciałoby się to mieć jak najszybciej. A tu trochę się ciągnie, choć myślę, że to sprawa subiektywna. Droga w górę, koło telewizji Galicja, potem TVE. Z dala pomnik na Monte do Gozo. Ostatnia pieczątka. Ubieram koszulę i koloratkę. Zazdroszczą mi czystego ciucha i nawet nie tak bardzo mocno pogniecionego. Koszula rozmiar 45, w domu na siłę i na wcisk zapinana, teraz wchodzi z dużym luzem.

Lecimy w dół. Nie tak daleko początek Santiago - foto przy tablicy i skok do miasta. Wież katedry nie widać, chyba dało się zobaczyć z Monte, ale trochę w bok a tam nie byliśmy.

Msza u JakubaNużący marsz przez miasto, spore nawet i rozciągnięte. Ostatecznie to nie wioska. Jak jest stare miasto, to pewno niedaleko. Gdzie ta katedra? W końcu w perspektywie uliczki jest. Robimy przeprośną uliczkę. Krótko. Marsz do Katedry - tłum okropny kłębi się w każdą stronę. Najpierw od frontu, okazuje się, że na Mszę to od boku. Ja prosto do zakrystii. Jest znajomy ksiądz - Włoch z Ponferrada. Dają szaty i notują grupę, odprawia nas chyba 14tu.

W kościele szmer i gwar, skupienie nie takie proste. Wierzyć się nie chce, że to już koniec. Doszliśmy i reszta to już tylko powrót.

Idziemy po Compostelkę - biuro obsługi pielgrzymów niedaleko. Kolejka spora, ale obsługa na 6 okienek, więc szybko. Beni nie chcieli uwierzyć, że tak szybko i tak daleko. Ja trafiłem na Niemca, może ze względu na koloratkę nie dyskutował. Bardzo miły i życzliwy.

Szukać auta. Problem, jak wydostać się z miasta - idziemy razem, żeby potem autem do miasta się nie pchać. Na Plaza Galizia Benia dopytuje się o miejski autobus - w tym kierunku będzie za 5 min. Jedziemy wszyscy za 3 euro. Facet pokazuje, gdzie wysiadać, dziewczyny nie bardzo poznają wioskę, ale auto jest.

Ja za kółko i na koniec świata. Na początek zły kierunek, ale jest rondo więc nawrotka. Potem w miarę spoko za miasto. Ludkowie pospali nieco. Przed Finistre zakupy w mercado - już na wieczór, a oni i na jutro.

na końcu świataCiągnie się ta droga i nie popędzi się, ale w końcu jesteśmy na Cabo Finisterre. Rzeczywiście wrażenie niesamowite. Skała skierowana w morze, prawdziwy koniec świata. Parę fotek i w tył. Obiecana była kąpiel - niedaleko jest plaża i nawet parking ze stolikami. Andrzej chce coś zjeść - dziewczyny trochę złe, że one pizzy szukają, a my jemy.

Woda na początek przeraźliwie zimna, ale parę metrów da się popływać. Ola nie wchodzi, tylko brodzi. Zabieram parę muszelek - nie takie wielkie, ale prawdziwe z Końca Świata.

Jedziemy z powrotem - jakoś szybciej mija. Andrzej śpi - dobrze ma, że tak potrafi.

2 razy stajemy przy pizzerii, w końcu jest jakaś otwarta. Długo czekamy, pani podaje dla 3 osób, dla mnie nie. Zapomniała. Kończę po Andrzeju i Beni i jedziemy. I tak godzina w plecy.

Santiago oznakowane okropnie. Drogowskazów na lotnisko co kot napłakał. Kto miasta i okolic nie zna - nie wiem jak tu sobie poradzi. Lecimy za miasto, do San Marcos - drogo. Wioska dalej jest hostal, ale jeden zajęty, w drugim równie drogo. Wracamy. Pani szuka stałego klienta - nie może nam dać tego pokoju. Namiar na kolejny hotel, nawet zadzwoniła - jest ostatni pokój za 50 euro. Bierzemy. 1 km do miasta, w sumie to jesteśmy w mieście. Zaczął padać deszcz. I tak wiedział kiedy, bo przecież cały czas pogoda pomyślna. Małe przepakowanie, ładowarka gdzieś głęboko - Benia daje swoją.

Padamy w pokoju, oni pojechali. Plan na jutro - jak nie znajdziemy wyraźnie taniej to siedzimy. Tak na koniec odrobina luksusu. Mama dzwoniła, teraz oddzwaniam - już wie, że weszliśmy. Ciekawe jak to idzie. Chyba padniemy do rana. Nogi wyleczyły się same.

10 sierpnia, środa, dzień po


Obudziłem się prawie 9.30, spałem kamieniem. Chyba czas na odreagowanie. Ola wstała koło 9, też nie narzekała.

Spokojne śniadanie - zapasów mamy że hoho. Koło 11 idziemy - deszcz ustał koło 10, chyba padał całą noc. Autobusem do centrum, w sam raz na Mszę - uczestniczę bez koncelebrowania. Tłum i gwar nie do wytrzymania.

Rundka po sklepach - szukamy pamiątek; ja fifolka dla Małego, Ola coś dla siostrzeńca. W biurze turystycznym informujemy się o dojazd na lotnisko - nie będzie źle.

Z powrotem do katedry - tłum nieco mniejszy, ale gwar nadal. Jakub ma akurat sjestę, więc go nie ściskamy. Chwila w krypcie przy grobie, chwila przed Portykiem Chwały.

Powoli z miasta, po drodze małe jedzonko i zakupy. Autobus - najpierw poczekać, potem nie ten kierunek, o 17.30 w końcu w hotelu. Teraz chwila drzemki, potem ma być jedzonko.

Od młodych nie ma sygnału - nie powiem, trochę się niepokoję.

Ewa w smsie pytała czy się cieszę czy smucę, że skończyło się. Na dziś to mi jakoś bardziej smutno.

Komentarze

pełna podziwu - 16.12.2018 21:24

Tak, jestem pełna podziwu. Często ksiądz tu pisze, że otrzymał w czasie drogi lekcje pokory. Ależ przeszedł ksiądz ponad 1500 km, w upale, zmęczeniu, z bólem. Już więcej lekcji nie potrzeba, pokazał ksiądz jak pokorny powinien być człowiek. Z Bogiem.

Małgorzata L. - 15.06.2016 00:09

Zaczytałam się..:). Pierwsza myśl to wspomnienie o "Pielgrzymie" Paulo Coelho, ale nie tylko..Nigdy nie byłam na żadnej pielgrzymce.., ale nieraz widziałam wyruszających i pielgrzymów i wiem, że chętnie bym także poszła..Jakoś nie było okazji do tej pory..W każdym razie relacja z pielgrzymki niesamowicie wciągająca, ciekawa i dająca do myślenia..Bardzo budująca.

krzysztof kiełek starachowice - 19.09.2013 13:58

super napisane sporo się uśmiałem a i łezka w oku się zakręcila ja swoje camino zaczolem 29 czerwca 2013 roku do 20 lipca z Atapuerci do Santiago przez Muxie do Fisterry .I tak czytam te ksiedza wspomnienia i tak teraz patrzę ze swojej perspektywy jak to się camino zmienia ja szedlem w lipcu i mialem bardzo duzo słońca ale i wiaterku jednym slowem św Jakub mnie sprzyjał ja myślałem że jestem maratończykiem ale się pomylilem byli lepsi o de mnie ale mimo że szedłem dużo to chciałem coś zwiedzić i tak Burgos ,Leon I Astorgę zwiedziłem i po drodze się napztrzylem ładnych widoków i tak z perspektywy czasu porównuję te swoje camino do camino księdza i stwierdzam fakt że camino 10 lat do tylu i współczesne mimo że duzo się zmieniłop pozostaje takie samo i dzięki ś Jakubowi za to bo każdy znajdzie to po co się wybiera na camino a moje zawolanie na camino to było vamos peregrinos desperados i nie było osoby która by się nie uśmiechneła na takie zawolanie pozdrawiam buen camino i szukam książki której autorem jest ksiądz

Zobacz wszystkie »