Camino de Santiago

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

09/2019
Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Grzegorz Szkibiel :: 15.09.2019 17:21
30 lipca 2019: Marburg -- Kirchvers

W ciągu ostatniego roku liczba wejść na nasz blog przekroczyła 20000. Dzięki wszystkim za wsparcie. Szczególnie pozdrawiam księdza Pawła, który, niestety opuścił moją parafię, ale zapewne dalej nam błogosławi i kibicuje. Z moich notatek wynika, że jest to już 28y etap. Odległości robią się coraz większe. W tym roku dorzucamy dodatkowe 500 km, co daje nam ładną odległość 1305 km od domu. Zaczęło się bardzo wcześnie i to jeszcze w Szczecinie: pobudka o 3:30. O piątej pociąg do Pasewalku, a stamtąd do Berlina. Tu szybka przesiadka na "schnellzug" do Kessel. W pewnym momencie, prędkość wynosiła 247 km/h. Nigdy jeszcze tak szybko nie jechałem... Z Kessel do Marburga jedziemy już zwykłym "bumelzugiem" i lądujemy tam o 13:40. Ruszamy od razu do Św. Elżbiety.

W katedrze łapiemy pieczątkę na start, a że robi się już 14:00, a do przejścia całkiem kawałek, więc ruszamy w trasę przez miasto. 

Dawno juz nauczyliśmy się, że po muszelkach iść nie daje się w miastach (poza miastami to jeszcze jak cię mogę). Idziemy według mapy, a właściwie błądzimy po ulicach. Szybko straciłem poczucie orientacji koncentrując się na starym mieście. Domki zachwycały mnie w zeszłym roku i dalej je podziwiam. Przedzieramy się między ludźmi, a także między stolikami na deptakach. Uliczki stają się coraz to węższe i chociaż ogólna tendencja jest w górę, to jednak często schodzimy w dół.

Wreszcie wchodzimy pod uczciwą górę. Co prawda w pewnym momencie okazuje się, że to nie ta góra, ale już brniemy dalej, żeby nie wracać. Trafiamy na szlak po przejściu między płotami.

Kończy się ulica, zostaje ścieżka przez polanę. Jest gorąco. Co niektórzy się opalają. Decydujemy się na pierwszy odpoczynek.

Widoki zachęcają do dalszego odpoczynku, ale decydujemy sie iść dalej: pod górę, przez las. Odmawiamy różaniec i dochodzimy do pierwszej miejscowości za Marburgiem -- zatopionej w lesie na wzgórzu dzielnicy Waldstadt.

Szybko mijamy tę miejscowość i wchodzimy w las. Mamy dość długie zejście. W przeciwieństwie do zeszłego roku, tym razem zaopatrzyliśmy się w namiot i tak patrząc na las stwierdzamy, że moglibyśmy się tu rozbić i przespać. Tyle, że mamy zarezerwowany nocleg. Drepczemy więc w dół do szosy, którą przecinamy i lasem, polem i przez wioskę idziemy mniej - więcej równolegle do tejże. W wiosce kościół -- zamknięty. I tu ze zgrozą obliczamy, że przeszliśmy tylko 2/5 drogi, a jest już 17:00. Idziemy przez pola po niekończących się prostych drogach. Wreszcie las. Odpoczywamy. Pozostało około 9 km do mety. Mamy piękny widok na Marburg (o zgrozo!), kręcimy się???

Jest to nasz ostatni widok na to piękne miasto. Znowu lasem idziemy w górę. Trawa robi się coraz wyższa. Niebo jest coraz to bardziej pochmurne. Zastanawiam się, czy Jakub już w pierwszy dzień doświadczy nas deszczem. Mapa wywodzi nas w pole, ale się reflektujemy i wracamy do lasu. Chwilę później, mapa zginęła, ale szybko się znalazła. 

No i... pada. Na początku zastanawiamy się, czy się tym przejmować, ale okazuje się, że mżawka jest dość mocna. Ubieramy się i zabezpieczamy. Chwilę później zastanawiamy się, czy nie ma w okolicy jakiejś wiaty, bo zaczęło całkiem uczciwie lać. Idziemy. Takich opadów jeszcze nie było. Skracamy maksymalnie, nie zważając na mokrą trawę i błoto. 

Deszcz przestaje padać, a przynajmniej lać. Mokrzy dochodzimy do Kirchvers. Już się robi ciemno. Gospodarze czekają na nas z kolacją i piwem marki Pilger.

 

 


Dodaj komentarz »

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Autor: Grzegorz Szkibiel
Ostatni wpis: 15.09.2019 17:21
Odwiedziny: 21195 (od 24.04.2017)